Zaloguj się
Nazwa użytkownika:   Hasło:   Loguj mnie automatycznie  
Dzisiaj jest 06 gru 2019, 17:17

Strefa czasowa UTC [letni]





Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 34 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
Post: 22 kwie 2011, 7:09 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Witam Wszystkich będę tu wklejał opowieści o niezwykłych miejscach; historyjki z różnych żródeł, których mam sporo w swoich zbiorach.
Zachęcam do rozwijania wątku :)

Tajemnice syberyjskiej Doliny Śmierci
Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Na ogromnym i z rzadka zaludnionym obszarze syberyjskiej Jakucji odnaleźć można niezwykłe metalowe struktury oraz dowody na niszczycielskie wybuchy przypominające eksplozje nuklearne, jakie miały tutaj miejsce co sześć lub siedem wieków. Czym są tajemnicze budowle, jakie rzekomo skrywa wieczna zmarzlina?

W północno-wschodniej syberyjskiej Jakucji, w basenie rzeki Wiluj znajduje się trudnodostępna okolica nosząca ślady ogromnego kataklizmu, jaki miał tu miejsce przed około ośmioma setkami lat i który przewrócił wszystkie drzewa i porozrzucał fragmenty skał na obszarze o powierzchni setek kilometrów kwadratowych.

Na obszarze tym zlokalizowane są także rzekomo zagadkowe metalowe obiekty spoczywające głęboko w wiecznej zmarzlinie. Na powierzchni ich obecność dostrzegalna jest jedynie poprzez kępy bujnej roślinności. Dawna nazwa tego obszaru to Uliuju Czerkeczech, co tłumaczyć można jako Dolina Śmierci.

Aby dostarczyć jak najpełniejszego obrazu tego, co ma miejsce w Dolinie Śmierci, relacje podzielone zostały na trzy kategorie. Pierwsza z nich obejmuje fakty oraz relacje świadków, druga prezentuje dawne legendy ludów zamieszkujących region oraz twórczość poetycką ludów sąsiednich, które obserwowały dziwne zjawiska. Ostatecznie uwaga kieruje się na kryjące się za tym wszystkim siły sprawcze.

RELACJE NAOCZNYCH ŚWIADKÓW

Obszar, o którym mowa może zostać scharakteryzowany jako wymieszane na przemian z tajgą bagna, niemalże niemożliwe do przebycia, które razem pokrywają obszar ok. 100.000 km kwadratowych.

Z regionem wiążą się pewne interesujące opowieści dotyczące metalowych obiektów o nieznanym pochodzeniu rozmieszczonych na całym obszarze.

Aby rzucić więcej światła na owe struktury istniejące tuż obok nas, które dały źródło opowieściom, należy zagłębić się w historię regionu i odkryć jego wierzenia i legendy. Zdołaliśmy odtworzyć pewne elementy lokalnej paleotoponimi, które w zaskakujący sposób odpowiadają treści legend. Wszystko wskazuje na to, iż odnosiły się one do jasno określonych rzeczy.

W dawnych czasach Dolina Śmierci stanowiła część szlaku używanego przez lud Ewenków, rozciągającego się od Bodajbo do Annybaru i ku wybrzeżu Morza Łaptiewów.

Około 1936 roku podróżował tym szlakiem kupiec nazywany Sawinow. Kiedy porzucił zajęcie, miejscowi zaczęli opuszczać te miejsca. Ostatecznie wiekowy kupiec i jego wnuczka Zina zdecydowali się przenieść do Siuldiukaru. Gdzieś na obszarze między rzekami znanym jako Cheldju (co w miejscowym języku znaczy żelazny dom), starszy pan zaprowadził ją do niewielkiego, lekko spłaszczonego łuku, gdzie jak okazało się, za spiralnym korytarzem znajdują się metalowe komnaty, w których spędzili noc. Dziadek powiedział Zinie, że nawet w najtęższe mrozy w komnatach było ciepło jak latem.
Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W dawnych latach wśród miejscowych myśliwych zdarzali się śmiałkowie, którzy w komnatach spędzali noce, jednakże odchorowywali to ciężko, zaś ci, którzy zdecydowali się spędzić w nich kilka dni pod rząd, umierali. Jakuci twierdzili, że Dolina to miejsce bardzo niedobre, podmokłe, zwykle omijane przez zwierzynę. Położenie tych konstrukcji znane było jedynie starszym, którzy w młodości zajmowali się łowiectwem i często odwiedzali te miejsca. Wiedli koczowniczy tryb życia i wiedzieli o charakterze okolicy oraz miejscach, gdzie było wolno się udać i gdzie nie, co było sprawą wagi życiowej. Ich potomkowie przyjęli osiadły tryb życia, zaś wiedza z przeszłości uległa zatraceniu.

Obecnie jedynymi śladami wskazującymi na istnienie owych konstrukcji są dawne nazwy, jednakże za każdym z tych toponimów kryją się setki, jeśli nie tysiące, kilometrów kwadratowych.

W 1936 roku geolog prowadzony przez starszych autochtonów napotkał wzdłuż rzeki Ołguidach (Miejsce z kotłem) półkolisty metalowy obiekt w kolorze czerwonawym o tak ostrej wystającej krawędzi, że można było przeciąć nią paznokieć. Jego ściany były grube na około 2 cm, zaś na powierzchni widoczna była prawdopodobnie jedna piąta jego średnicy. Stał nachylony, więc można było wjechać pod niego na reniferze. Geolog wysłał opis do Jakucka, centrum regionu. W 1979 r. ekspedycja archeologiczna ze wspomnianego miasta próbowała odnaleźć półkulę. Przewodnik grupy przyznał, iż widział ją kilkukrotnie w młodości, jednakże jak stwierdził, w międzyczasie okolica niezwykle się zmieniła. Należy stwierdzić, iż w tym regionie można przejść 10 kroków od czegoś i nie zwrócić na to uwagi, więc wcześniejsze odkrycia tłumaczyć można czystym szczęściem.

Jednak znacznie wcześniej, w 1853 roku, R.Maak, znany badacz regionu napisał: „W Suntar [jakuckiej osadzie] powiedziano mi, że w górnym biegu Wiluj znajduje się potok o nazwie Ałgyj timirbit (co przetłumaczyć można jako „wielki kocioł zatonął”), który wpływa do Wiluj. Niedaleko jego brzegów w lesie znajduje się gigantyczny kocioł wykonany z miedzi. Jego rozmiary są nieznane, gdyż nad powierzchnią ziemi widać jedynie obrzeża, ale rośnie w nim kilka drzew…"

To samo odnotował N.D. Archipow – badacz dawnych kultur Jakucji: „Wśród populacji basenu Wiluj istnieją dawne legendy o istniejących w górnym biegu rzeki brązowych kotłach zwanych ołgui. Legenda ta zasługuje na uwagę, gdyż w okolicach, gdzie rzekomo znajdują się mityczne kotły płynie kilka potoków o nazwie Ołguidach czyli „Kotłowy Potok”.

Oto urywek listu napisanego w 1996 przez kolejną osobę, która odwiedziła Dolinę Śmierci. Michaił Koreckij z Władywostoku napisał:

„Byłem tam trzykrotnie. Pierwszy raz w 1933, gdy miałem 10 lat i podróżowałem z ojcem, kiedy on wybrał się w poszukiwaniu zarobku. Następnie w 1937, bez ojca. Ostatni raz zaś w 1947 jako członek grupy młodych osób.

Dolina Śmierci rozciąga się na obszarze po prawej stronie dopływu Wiluj. W rzeczywistości to cały szereg dolin wzdłuż zalanych obszarów. Przez wszystkie trzy razy byłem tam w towarzystwie przewodnika, Jakuta. Nie udaliśmy się tam dlatego, że żyło się dobrze, ale w dawnych czasach można było szukać złota bez zagrożenia, że zostanie się obrabowanym lub dostanie kulę w łeb.

Co do tajemniczych obiektów, to jest ich tam najprawdopodobniej wiele, gdyż za każdym razem widziałem 7 z owych „kotłów”. Wszystkie zadziwiły mnie będąc zupełnie niewiarygodnymi konstrukcjami. Po pierwsze zadziwiał ich rozmiar – od 6 do 9 m. średnicy.

Po drugie, wykonane były one z dziwnego metalu. Wszyscy piszą, że wykonane były z miedzi, ale ja jestem pewien, że nie była to miedź. Chodzi o to, że nawet przy pomocy zaostrzonego dłuta nie dało się porysować „kotłów” (a próbowaliśmy nieraz). Metal nie pękał i nie dało się go odłamać przy pomocy młotka. Na miedzianej powierzchni młotek zostawiłby z pewnością zauważalne wgniecenia. Jednak ta „miedź” pokryta jest powłoką nieznanego materiału przypominającego szmergiel. Jednak nie jest to śniedź ani łuska – nie da się tego ani wykruszyć ani też zadrapać.

Nie napotkaliśmy schodzących w dół szybów z komnatami, ale zauważyłem, że roślinność wokół kotłów jest nienaturalna – zupełnie inna od tego, co rośnie wokoło.

Jest znacznie bardziej obfita: łopian o wielkich liściach, bardzo długie łoziny i dziwna trawa, półtora lub nawet dwa razy wyższa od człowieka. W jednym z „kotłów” cała nasza grupa (6 osób) spędziła noc. Nie wyczuwaliśmy niczego niedobrego i opuściliśmy go bez żadnych nieprzyjemnych zdarzeń. Nikt nie czuł się potem źle za wyjątkiem tego, że 3 miesiące później jednemu z moich przyjaciół wypadły wszystkie włosy. Mnie zaś po lewej stronie głowy (na której zazwyczaj śpię) pojawiły się trzy niewielkie wrzody wielkości główek zapałek. Próbowałem się ich pozbyć całe życie, ale są ze mną do dziś.

Nasze wysiłki w próbach odłamania choć kawałka dziwnego „kotła” nie przyniosły skutków. Jedyną rzeczą, jaką przywiozłem był kamień. Jednak nie zwyczajny kamień: w połowie doskonale okrągły, 6 cm średnicy. Był czarny i nie nosił żadnych śladów obróbki, choć był niezwykle gładki, jakby wypolerowany. Podniosłem go z ziemi wewnątrz jednego z tych kotłów.

Zabrałem moją pamiątkę z Jakucji do wsi Samarka w dystrykcie Czugujewka w Kraju Primorskim, gdzie w 1933 mieszkali moi rodzice. Odłożyłem go aż do czasu, gdy moja babka zdecydowała się na budowę domu. Trzeba było wstawić szyby do okien, ale w całej wsi nie było szklarza. Starałem się przeciąć szybę krawędzią półkolistego kamienia i okazało się, że tnie on z zadziwiającą łatwością. Potem moje znalezisko używane było często w charakterze diamentu przez naszych krewnych i przyjaciół. W 1937 roku dałem kamień dziadkowi, ale na jesieni został on aresztowany i wywieziony do Magadanu, gdzie przetrzymywany był bez wyroku do 1968, kiedy to zmarł. Nikt nie wie, gdzie znalazł się mój kamień…”

W swym liście Korecki podkreśla, że w 1993 roku jakucki przewodnik powiedział mu, że … 5 lub 10 lat temu odkrył kilka okrągłych kotłów (były zupełnie okrągłe), które wystawały wysoko (wyżej niż człowiek) nad powierzchnię gruntu. Wyglądały na zupełnie nowe. Następnie myśliwy widział je znowu, jednakże teraz zniszczone i porozbijane. Korecki zauważa także, iż gdy odwiedzali jeden z kotłów po raz drugi, widoczne stało się stopniowe pogrążanie konstukcji w ziemi.

A. Gutieniew i J. Michałowskij – dwaj badacze mieszkający w mieście Mirnyj w Jakucji twierdzili, iż w 1971 roku stary myśliwy z ludu Ewenków powiedział, że w okolicy między dwiema rzekami znanej jako Niugun Bootur („Ognisty bohater") oraz Atadarak („Miejsce z trzygraniastym harpunem") znajduje się wystający z gruntu obiekt, dzięki któremu okolica uzyskała swą nazwę – bardzo duży trzygraniasty żelazny harpun, zaś w okolicy znanej jako Cheliugur („Metalowi ludzie") położona jest ponoć żelazna nora, w której leżą chudzi, czarni i jednoocy ludzie w ubraniach z metalu. Powiedział także, że wie gdzie znajduje się to miejsce i może je pokazać, gdyż nie jest to daleko. Nikt nie uwierzył mu, on zaś w międzyczasie zmarł.

Jeden z tych obiektów napotkany został w czasie budowy tamy na Wiluj, niedaleko miasta Erbije. Zgodnie z relacją jednego z budowniczych Wilujskiego Projektu Hydroenergetycznego, po ukończeniu prac nad kanałem odwadniającym i osuszeniu głównego kanału, odkryto w nim wypukły metalowy punkt. Z racji ścigających terminów, po szybkiej inspekcji znaleziska, kierownictwo wydało rozkaz kontynuowania prac.

Istnieje wielu opowieści ludzi, którzy napotkali podobne konstrukcje przypadkiem, jednakże bez precyzyjnych wskazówek jest niezwykle trudno zlokalizować je w niezwykle monotonnym krajobrazie.

Pewnego razu starsi mężczyźni opowiadali o miejscu zwanym Tong Duurai i przepływającym tak potoku Ottoamoch (którego nazwa oznacza „szczeliny w ziemi"), w której to okolicy znajdują się niezwykle głębokie otwory w ziemi nazywane śmiejącymi się przepaściami. Miejsce to pojawia się także w legendach mówiących, że stanowi ono dom „ognistego giganta", który niszczy wszystko dookoła. Sześć lub siedem wieków temu, ogromna kula ognia wyleciała stamtąd i albo odleciała w dal, potem zaś (sądząc po kronikach i legendach innych ludów) eksplodowała, albo wybuchła tuż nad miejscem swego wyjścia, w wyniku czego obszar setek kilometrów wokół stał się jałową pustynią usianą porozrzucanymi skałami.

Jakuckie legendy zawierają liczne odniesienia do eksplozji, ognistych tornad i płonących kul wznoszących się w powietrze. Wszystkie te zjawiska są w pewien sposób połączone z tajemniczymi metalowymi konstrukcjami, jakie znajdują się w Dolinie Śmierci. Niektóre z nich stanowią znacznej wielkości okrągłe metalowe domy stojące na licznych wspornikach. Nie posiadają ani drzwi ani okien, a jedynie przestrzenny właz na szczycie kopuły. Niektóre z nich pogrążyły się już niemal kompletnie w wiecznej zmarzlinie z ledwie dostrzegalnym łukowatym wybrzuszeniem na powierzchni. Obcy sobie świadkowie opisywali ów „grzmiący metalowy dom" w ten sam sposób. Inne obiekty porozrzucane po okolicy to metaliczne półkoliste pokrywy skrywające coś nieznanego. Jakuckie legendy mówią, że tajemnicze płonące kule produkowane są przez otwór miotający dym i ogień z grzmiącą stalową pokrywą.

Jest to również źródło ognistych wiatrów, których opisy przypominają dzisiejsze eksplozje nuklearne. Na około wiek przed każdą eksplozją lub ich serią, lecąca z dużą prędkością ognista kula wyłania się z żelaznego otworu i bez powodowania większych zniszczeń, wznosi się ku górze w formie cienkiego słupa ognia. Na jego szczycie pojawia się następnie wielka płonąca kula. W akompaniamencie następujących kolejno po sobie grzmotów, wznosi się ona jeszcze wyżej i odlatuje, pozostawiając ślad dymu i ognia. Następnie w oddali słychać szereg eksplozji…

W latach 50-tych XX wieku radziecka armia zwróciła uwagę na ten obszar, najwyraźniej z powodu niezwykle niskiego zaludnienia na jego północnych krańcach, po czym przeprowadzono tu serię testów jądrowych. Jedna z eksplozji wzbudziła wielkie zdziwienie i wciąż stanowi żywotny temat wśród zagranicznych specjalistów. Jak poinformowała we wrześniu 1991 roku niemiecka stacja radiowa Deutsche Welle, w 1954 roku przeprowadzono test 10-kilogramowego urządzenia nuklearnego i z nieznanych powodów parametry eksplozji były o 2000 – 3000 wyższe niż zakładano, osiągając 20-30 megaton, co zostało zarejestrowane przez laboratoria sejsmiczne na całym świecie. Powód tak znacznej rozbieżności w mocy eksplozji pozostaje niejasny. Agencja informacyjna TASS wydała oświadczenie, iż testowano wybuch powietrzny bomby wodorowej, ale jak się okazało później nie były to trafne informacje. Po testach na obszarze ustanowiono kilka wydzielonych stref, gdzie przez kilka lat przeprowadzano sekretne prace.

MITY I LEGENDY

Spójrzmy w daleką przeszłość oraz to jak przedstawia ją epicka twórczość mieszkańców. Jak twierdzą przekazywane z ust do ust legendy, w zamierzchłym okresie, kiedy wszystko się zaczęło, obszar ten zamieszkiwała niewielka grupa nomadzkich Tunguzów. Pewnego razu ich dalecy sąsiedzi ujrzeli jak ich ziemia spowita została przez smolistą czerń zaś okolicą wstrząsnął ogłuszający ryk.


Podniósł się huragan z niewidzialnej siły, pioruny przecięły go we wszystkich kierunkach naraz, a kiedy wszystko się uspokoiło i ciemność przerzedła, oczom koczowników ukazał się niespodziewany widok. Pośrodku jałowej krainy, lśniąc w słońcu, stała wysoka struktura, która widoczna była nawet z odległości wielu dni drogi.

Przez długi czas wydawała ona z siebie nieprzyjemne dla ucha dźwięki, ale stopniowo zmniejszała się, aż wreszcie zniknęła. W miejscu gdzie stała znajdowała się ogromna pionowa przepaść. Wedle słów legend, składała się ona z trzech stopni „śmiejących się przepaści". W jej otchłani rzekomo znajdowała się podziemna kraina ze swym własnym słońcem, które zaczęło jednakże blaknąć. Z otworu dochodził tak duszący odór, że nikt nie osiedlał się wokół niego. Jak dostrzegli niektórzy w oddali, nad przepaścią unosiła się wirująca wyspa, co okazało się być „grzmiącym deklem", zaś ci, którzy pokusili się, aby zajść bliżej i przyjrzeć się temu, nigdy już nie powrócili.

Przeminęły wieki i życie toczyło się jak przedtem. Nikt nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego, ale pewnego dnia zdarzyło się niewielkie trzęsienie ziemi, zaś na niebie pojawił się cienki ognisty wir, na szczycie którego płonęła oślepiająca kula. Przy wtórze czterech grzmotów i zostawiając po sobie ślad z dymu i ognia, kula wystrzeliła lecąc w dół, zaś kiedy skryła się za horyzontem, eksplodowała. Koczownicy byli oszołomieni, jednakże nie opuścili ziem, które były dla nich domem, gdyż ów „demon" nie przyniósł im żadnych szkód, a eksplodował nad ziemiami wrogiego im sąsiedniego plemienia. Kilka dekad później wydarzenia powtórzyły się: kula ognia podążyła tą samą trajektorią i wybuchła nad ich sąsiadami. Najwyraźniej ów demon był w pewien sposób ich obrońcą, o którym zaczęto tworzyć legendy, zwąc go Niurgun Bootur – ognisty bohater.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ale jakiś czas później zdarzyło się coś, co wzbudziło przerażenie nawet w najdalszych zakątkach. Gigantyczna ognista kula wyłoniła się z otworu z ogłuszającym grzmotem i eksplodowała tuż nad głowami! Rozpoczęło się trzęsienie ziemi. Niektóre ze wzgórz poprzecinane zostały rozpadlinami głębokimi na 100 m. Po eksplozji wokół szalało nadal potężne morze ognia z wirującą nad nim wyspą o kształcie dysku. Skutki eksplozji rozciągały się na obszarze ponad tysiąca kilometrów. Plemiona nomadów zamieszkujące obrzeża tego obszaru, które przeżyły kataklizm rozpierzchły się we wszystkich kierunkach, ale i to nie uchroniło ich przed śmiercią. Wszyscy zapadali na pewną dziwną chorobę, która dziedziczona była następnie przez ich potomków. Jednakże pozostawili oni dokładne relacje co do tego, co miało miejsce na podstawie czego jakuccy twórcy zaczęli układać piękne, niezwykle tragiczne legendy.

Minęło trochę ponad 600 lat. Zniknęło i pojawiło się wiele pokoleń nomadów. Zapomniano o przestrogach od zamierzchłych przodków i ludzie znów pojawili się w dawnej przeklętej okolicy.

Historia powtórzyła się… Niurgun Bootur w formie kuli ognia znów pojawił się nad ognistym wirem i znów eksplodował za horyzontem. Kilkadziesiąt lat później druga z kul, zwana teraz Kiun Erbie („lśniący powietrzny goniec" lub „wysłannik") pojawiła się na niebie, po czym nastąpiła następna niszczycielska eksplozja, którą uczłowieczyły legendy nadając imię Uot Usumy Tong Durai, co ogólnie przetłumaczyć można jako „nieznajomy złoczyńca, który przekłuł ziemię i ukrył się w głębinach, wszystko wokół niszcząc ognistym wirem".

Należy zauważyć, że w przeddzień przylotu negatywnego bohatera Tong Duurai, na niebie pojawił się posłaniec boskiej Djesegei, Kiun Erbie, który przeciął nieboskłon pod postacią spadającej gwiazdy albo okazałego pioruna, aby ostrzec Niurgun Bootura o nadchodzącej bitwie.

W legendach sprawą wagi najwyższej było wyjście Tong Durrai z podziemi i stoczenie bitwy z Niurgun Booturem. Miało to miejsce w następującej kolejności: po pierwsze, przypominający węża rozgałęziony ognisty wir wyskakiwał z przepaści, zaś na jego szczycie pojawiała się ponownie gigantycznych rozmiarów kula, która po kilku uderzeniach pioruna wybijała się wysoko w niebo. W locie towarzyszyli mu jego pomocnicy – rój czerwonych tornad, który wzbudzał wokół postrach.

Ale istniały też okazje, gdy Tong Duurai napotykał Niurgun Bootura powyżej miejsca, gdzie wystartował, zaś potem przez długi czas obszar ten pozbawiony był życia. Odtwarzane obrazy tych wydarzeń różnią się dość znacznie od siebie: kilku ognistych bohaterów mogło jednocześnie wydostać się z otworu, przelecieć pewien dystans i eksplodować w jednym miejscu. Stało się to z lotem Tong Duurai. Badania pokładów gleb wskazują, że przerwy między wybuchami nie przekraczały 600 – 700 lat.

Legendy barwnie oddają tamte wydarzenia, ale brak źródeł pisanych oznacza, że nie zostały one zarejestrowane w formie dokumentów. Zdaje się jednak, że jest to zrekompensowane w kronikach innych ludów.

Z KRONIK POZOSTAŁYCH LUDÓW

W sumie, w okresach przerw trwających od 600 do 700 lat miało miejsce kilka eksplozji, lub raczej cały kompleks zdarzeń obejmujących także ich zapowiedzi. Wszystkie te wydarzenia znalazły jaskrawy wyraz w epickiej twórczości, tradycjach i legendach. Ciekawym faktem jest, że podobne legendy powstały w strefach równikowych planety, gdzie eksplozje gigantycznych kul ognia, jakie nagle przysłaniały niebo, były początkami kresu kilku centrów starożytnych cywilizacji.

Sądząc po rezultatach archeologicznych badań przeprowadzanych w górnym biegu Wiluj przez S. A. Fiedosejewa, nieregularny charakter osadnictwa na tych terytoriach rozpoczyna się w IV wieku p.n.e. W pierwszym stuleciu naszej ery, linia wydarzeń historycznych zdaje się być przerwana i nie przeciwstawia się to możliwej dacie ostatniej z historycznych eksplozji we wrześniu 1380 r. Chmura, jaka wówczas powstała przysłoniła Słońce nad Europą na kilka godzin. W kilku geoaktywnych strefach wydarzyły się silne trzęsienia ziemi.

Wydarzenie to odnotowano w źródłach pisanych. W ruskich kronikach współistnieje ono z Bitwą na Kulikowym Polu: „Mrok rozproszył się jedynie w drugiej połowie dnia. Wiał wiatr o tak wielkiej sile, że strzała wystrzelona z łuku nie mogła się przezeń przebić."

Jednakże eksplozje opisane w legendach Tunguzów są znacznie barwniej niż w innych źródłach. Sądząc po relacjach, były one znacznie gorsze niż wybuchy dzisiejszych broni jądrowych.

Jeśli przyjmiemy rok 1380 za datę początkową i cofniemy się w tył, możemy wyśledzić podobne wydarzenia. Dla przykładu, w roku 830, zniszczona została kultura Majów zamieszkujących meksykański półwysep Jukatan.

Niektóre wersety Biblii również noszą podobieństwo do jakuckich legend. Są to m.in. opisy plag egipskich czy upadku Sodomy i Gomory. Na jednej z oaz na Półwyspie Arabskim, jedno z miast zostało dosłownie obrócone w pył. Zgonie z legendami miało to miejsce w czasie, gdy na niebie pojawiła się ogromna kula ognia, a następnie eksplodowała.

W położonym na subkontynencie indyjskim Mohendżo-Daro archeolodzy odkryli zniszczone miasto. Ślady katastrofy – stopione kamienne mury, wskazują jasno na eksplozję porównywalną z wybuchem bomby jądrowej. Podobne zjawiska opisywane są w chińskich kronikach z XIV wieku. Mówią one, że daleko na północy nad horyzont wzniosła się ciemna chmura, pokrywając niebo w połowie i rozrzucając fragmenty skał. Kamienie spadały z nieba także w Skandynawii i Niemczech. Uczeni ustalili wówczas, że były to zwyczajne kamienie pochodzące z erupcji wulkanu.

Być może powodem tych nieszczęść był w rzeczywistości Tong Duurai, który wyłaniał się spod ziemi przez wiele wieków? W czasie gdy Niurgun Bootur zabarwiał wraz ze swym pojawieniem się połowę nieba, Tong Duurai znacznie przewyższał go rozmiarami i wznosząc się w niebiosa, znikał zupełnie z pola widzenia.

Zauważyliśmy, że w Dolnie Śmierci zawyżone promieniowanie tła obserwowane było w kilku przedziałach czasowych. Zjawiska tego specjaliści nie są w stanie wytłumaczyć.

CO STOI ZA EKSPLOZJĄ TUNGUSKĄ?

30 czerwca roku 2008 roku przypadnie setna rocznica jednej z najbardziej tajemniczych katastrof: eksplozji ciała kosmicznego w pobliżu rzeki Podkamiennaja Tunguska. Trudno w ubiegłym wieku znaleźć wydarzenie o podobnej skali. Siła eksplozji przekroczyła wówczas siłę bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki o ponad 2000 razy. Poza tym tunguska eksplozja spowodowała m.in.:

- niecodzienne świecenie się nieba, jakie zaobserwować można było nawet na 10 dni później oraz pojawienie się srebrzystych chmur;

- zaburzenia w działaniu przyrządów meteorologicznych oraz pojawienie się powierzchniowych trzęsień ziemi;

- falę dźwiękową, która dwukrotnie okrążyła glob;

- poprzewracane drzewa na ogromnym obszarze ponad 2000 km kwadratowych;

- słabe ślady radioaktywności wykryte w próbkach drzew oraz pokładach lodów arktycznych datowanych na 1908;

- anormalne właściwości gleby i minerałów w obszarze wybuchu;

- niezwykle szybki wzrost roślinności w epicentrum eksplozji tunguskiej;

- ochłodzenie klimatu Ziemi w kilku następnych latach;

Pomimo faktu, że zdarzenie takiej rangi nie przeszło niezauważone, pierwsze próby wyjaśnienia tego, co rzeczywiście miało miejsce w odległej syberyjskiej tajdze powzięte zostały wiele lat później, około 1927 roku. Od tego czasu dziesiątki wypraw badawczych odwiedziły region, powstały setki naukowych prac oraz podobna liczba hipotez, co do przyczyn zjawiska. Jednakże ani jedna z nich nie była w stanie w pełni wyjaśnić złożonego zjawiska, jakie poprzedziło i towarzyszyło eksplozji tunguskiej. Niektóre ze zjawisk zaobserwowanych przez świadków nie pasują do ram istniejących teorii. Wiele z tego, co się wydarzyło nie może zostać zinterpretowane z punktu dzisiejszego naukowego widzenia.

Co więcej, odnieść można trwałe wrażenie, że napotykamy coś mieszczącego się zupełnie poza granicami naszego prostego rozumienia świata wokół. Być może dzisiaj jesteśmy bliżsi niż kiedykolwiek znalezienia rozwiązania tajemnicy, która stanie się punktem zwrotnym w rozwoju ludzkiej świadomości. Wymagać będzie to jednak pewnej śmiałości oraz zdolności patrzenia z otwartym umysłem niepowstrzymanym przez obecne w nauce dogmaty, aby ocenić najbardziej niewytłumaczalne elementy wydarzenia.

Przeprowadzane przez generacje naukowców i badaczy prace dostarczyły nam bogatego źródła faktów i materiału naukowego pozwalającego rzucić więcej światła na prawdziwe przyczyny i naturę zjawiska, jakie miało miejsce niemalże 100 lat temu w okolicach nad Podkamienną Tunguską.

Nie powinniśmy omijać kluczowych elementów każdej ze znanych hipotez, ale jednocześnie skoncentrować się na tych faktach, które zawsze pozostaną w cieniu i z pewnych niejasnych powodów nie otrzymają uwagi, jaka się im należy. Co zdumiewające, zebrane razem z dawnymi poematami epickimi, fakty te prezentują zupełnie odmienny obraz wydarzenia, jakie miało miejsce na początku ubiegłego wieku.

Na samym początku owego studium podkreślić należy, że zarówno przed jak i po eksplozji tunguskiej miało miejsce kilka wydarzeń połączonych z nią w pewien sposób i będących ogniwami jednego łańcucha. Dlatego też, używając metod stosowanych w kryminalnych dochodzeniach, powinniśmy połączyć je w pojedynczy przypadek. Aby ujrzeć rzeczywistość, która przez wiele lat umykała oczom badaczy, powinniśmy poruszać się w przód i tył w czasie i przestrzeni, by przyjrzeć się zdarzeniom, które dzielą nieraz dziesiątki czy setki lat.

Powinniśmy także zwrócić uwagę na relacje naocznych świadków, których liczba nawet na rzadko zaludnionej Syberii szła w tysiące. Jeszcze w latach 60-tych XX wieku można było odnaleźć około 3000 osób, które były świadkami tego niezwykłego wydarzenia.

Zanim jednak powrócimy do faktów, powinniśmy podzielić to, co zgromadzone zostało w czasie naszego śledztwa: hipotezę o eksplozji tunguskiej, która dla wielu będzie zaskakująca, ale która powstała w czasie analiz wielu danych. Opierając się na relacjach tysięcy świadków eksplozji tunguskiej, odkryciach badaczy, tekście poematu Oloncho, zrekonstruowanej chronologii zdarzeń i analizie konsekwencji eksplozji opisanych nie tylko w epice, ale także poprzez wysiłki naukowców, możliwe jest wysunięcie sugestii, że na ogromnym niezamieszkałym obszarze północno-zachodniej Jakucji znajduje się pradawna podziemna instalacja techniczna.

W zamierzchłych czasach „ktoś" skonstruował to, co dziś znamy jako Dolinę Śmierci – kompleks, który istnieje do dziś dnia i ochrania Ziemię przed meteorytami i asteroidami. Oczywiście sugestia ta jest zaskakująca, bowiem o podobnej możliwości trudno nawet myśleć. Przez tysiące lat obok nas istniało coś, co przysłania nie tylko nasze dotychczasowe osiągnięcia, ale nawet najśmielsze fantazje. My tego nie dostrzegliśmy. Naturalnie, nikt z tych, którzy badali różnorakie naukowo niewyjaśnione konsekwencje katastrofy tunguskiej nie wyobrażali sobie, że wszystkie pozostawione przez eksplozję ślady były rezultatami działania pewnego starożytnego systemu obrony kosmicznej pozostawionego przez nieokreślonych budowniczych.

Obrazek
„Dziadek” Matwiej (lat 108) – świadek eksplozji tunguskiej w 1908. Na fotografii z autorem w ewenkijskiej osadzie Siuldiukar w 1997 r.

MIEJSCOWE LEGENDY I PRZESTROGI SZAMANÓW

Oto jeden ze szczegółów, jaki przechował się w pamięci archetypowej lokalnej populacji, przekazywany przez tysiąclecia w starożytnym epickim poemacie. Legenda przekazywana słownie opowiada o tym, jak kraina pogrążyła się niegdyś w nieprzebytej ciemności i wszystkim wstrząsnął ogłuszający ryk. Podniósł się huragan stworzony z niewidzialnej siły i uderzył w ziemię.

Gdy wszystko ucichło, zaś ciemności przerzedły, mieszkańcy ujrzeli niezwykłą rzecz. Pośrodku opustoszałej krainy stał wysoki słup widoczny z daleka, który wydawał głośne dźwięki, powoli zmniejszając się, zaś w miejscu, gdzie się znajdował pozostała ogromna przepaść.

Eksponując dalsze fakty, zaprezentujemy kilka fragmentów Oloncho, który zdaje się mocno potwierdzać przytoczoną hipotezę z racji czysto technologicznej natury wydarzeń opisanych w starożytnych opowieściach. Zaskakujące jest, że ludzie, którzy tłumaczyli i analizowali owe teksty nie zauważyli tego i niczego nie przypuszczali.

Zacznijmy od szczegółowej rekonstrukcji zdarzeń starając się uformować fundamentalny obraz tego, co poprzedziło i towarzyszyło katastrofie z 1908 roku.

Pierwszymi, którzy dowiedzieli się o nadciągającym kataklizmie byli szamani miejscowych plemion. Na dwa miesiące przed eksplozją między mieszkańcami tajgi zaczęły rozprzestrzeniać się pogłoski o mającym rzekomo nadejść końcu świata. Przemieszczając się ze wsi do wsi, szamani ostrzegali ludzi przed nadciągającym kataklizmem. Ludzie zaczęli przepędzać swe stada z górnego biegu Podkamiennej Tunguski do obszarów nad Niżną Tunguską oraz dalej, w kierunku rzeki Leny.

Eksodus Ewenków zaczął się zaraz po zebraniu się sugłan (zgromadzenia) wszystkich miejscowych klanów, jakie miało miejsce w miesiącu Teliat (maj). Sekretna konferencja starszych ustaliła, że ich cykliczny kurs wędrówek powinien zostać zmieniony, zaś klany powinny podążać blisko siebie wzdłuż nowego szlaku.

Przy następnej zbliżającej się okazji Wielki Szaman ogłosił koniec świata:

„Przodkowie powiedzieli, że musieli ruszyć się z ich tradycyjnych miejsc. Nikt nie powinien znajdować się tam po miesiącu Teliat, w miesiącu Muchun [czerwiec], tak powiedzieli przodkowie… Wyżsi chcieli odwiedzić Dulię… Nikt nie powinien tego widzieć."

I w ten sposób koczownicy rozprzestrzenili się po tajdze…

Słuchając wewnętrznego instynktu, a zarazem wspierając rewelacje szamanów, z regionu zaczęły znikać dzikie zwierzęta. Ptaki odleciały ze swych siedlisk, łabędzie opuściły jeziora, a z rzek zniknęły ryby. Ogromny obszar tajgi, mierzący dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych, jakby pozbawiony został fauny. W strefie zagrożenia pozostali jedynie ci, którzy nie chcieli słuchać ostrzeżeń szamanów.

Wszystko mówi za siebie. Najwyraźniej pewien system wcześniejszego ostrzegania przekazany został za pośrednictwem szamanów, którzy rozmawiali z duchami przodków. Zwierzęta, ptaki i ryby zareagowały na zbliżające się niebezpieczeństwo instynktownie, reagując na negatywny wpływ zwiększającego się ziemskiego pola elektromagnetycznego w tej części tajgi.

Po przestudiowaniu tekstów „Oloncho", rozmowach z miejscowymi myśliwymi i tymi, którzy pozostali przy życiu i pamiętają dawne dzieje, sformowaliśmy przypuszczenie, że kompleks, o którym mowa, rozciąga się na całej przestrzeni tajgi, zaś jego elementy skupiają się głównie pod ziemią.

Obrazek
L. Kulik, pierwszy badacz eksplozji tunguskiej (fotografia z lat 30-tych z biblioteki KMET).
Uploaded with ImageShack.us

ELEKTROWNIA INSTALACJI

Zniszczenie albo deflekcja meteorytów lub asteroidów osiągana jest przy użyciu pola siłowego, które przekazywane jest w skoncentrowanej formie przez pewien rodzaj elektromagnetycznych tworów, które przypominają świecące kule. Przypominają one pioruny kuliste z tą różnicą, że największy znany nauce twór tego typu mierzył ok. 2 m średnicy, podczas gdy kule używane do niszczenia meteorytów są gigantycznych rozmiarów, a rozmiary niektórych dochodzą do 60 metrów średnicy.

To właśnie ich lot obserwowany był w 1908 roku przez tysiące ludzi w znacznej części Syberii z tym rezultatem, że świadkowie wydarzeń tunguskich przypisali całą rzecz pojawieniu się serii ogromnych piorunów kulistych.

Kule plazmowe, które najwyraźniej generowane są przez elektrownie umieszczone głęboko pod powierzchnią gruntu, które znajdują się w miejscu specjalnie przez kogoś wybranym. Łączy się to z charakterystyczną cechą tej części planety, mianowicie ze wschodniosyberyjską anomalią magnetyczna. Magazyn „Technika Młodzieży" (#1, 1984) nazwał ją magnetyczną superanomalią, której źródło leży na głębokości połowy promienia Ziemi. Innymi słowy, elektrownie kompleksu mogą stanowić jedno ze źródeł owej anomalii.

Przygotowania do kontruderzenia zbliżającego się meteorytu tunguskiego (był to meteoryt; Kulik w pewnym sensie miał rację) zaczęły się na dwa miesiące przed eksplozją, co potwierdzić można zachowaniem się szamanów oraz zwierząt w tajdze. Na około 10 dni przed eksplozją, instalacja zlokalizowana w Dolinie Śmierci weszła w fazę działania. Była to aktywacja elektrowni i zwiększenie poziomu jej energii spowodowane przez rozpoczęcie przez kompleks przygotowań do generowania energii (kul elektromagnetycznych), oddziałujących na środowisko, co stało się przyczyną pojawienia się głównych atmosferycznych anomalii połączonych ze wzrastającymi napięciami w ziemskim polu elektromagnetycznym.

Działanie instalacji było na tyle silne, że na 10 dni przed eksplozją, w wielu krajach europejskich, a także nad Zachodnią Syberią, ciemność nocy ustąpiła niezwykłej jasności, jak gdyby obszary te doświadczały białych nocy. Wszędzie tam pojawiły się święcące jaskrawo w zmierzchu i mroku srebrzyste chmury rozciągające się ze wschodu na zachód i formujące linie, niczym te, które zdarzają się między biegunami magnesu. Pojawiło się przeczucie, jak zauważył E. Krinow, jeden z badaczy zdarzenia tunguskiego, że zbliżało się jakieś niezwykłe naturalne zjawisko.

Wiele lat później badacze z Tomska natknęli się na zapomnianą publikację prof. Webera dotyczącą silnych perturbacji geomagnetycznych zaobserwowanych w laboratorium Uniwersytetu Kiel w Niemczech na 3 dni przed eksplozją obiektu, które zakończyły się dokładnie wtedy, gdy gigantyczny bolid eksplodował nad Płaskowyżem Środkowosyberyjskim.

Obrazek
Artystyczna wizja anormalnej zorzy obserwowanej po eksplozji.
Uploaded with ImageShack.us

METEORYT TUNGUSKI A „POMOCNICY”

Dziesięć dni minęło, zaś potem, rankiem 30 czerwca 1908 roku, ciało z przestrzeni kosmicznej weszło z ogromną prędkością w ziemską atmosferę. Podążyło trajektorią z południowego-wschodu na północny-zachód. Określenie dokładnej trajektorii meteorytu odgrywa ważną rolę w śledztwie dotyczącym zdarzenia, po pierwsze z tego powodu, że jak zobaczymy, nad tajgą przeleciało kilka obiektów, nadlatując z kilku stron nad miejsce eksplozji. Badaczy zdziwiła rozbieżność w relacjach świadków, którzy w tym samym czasie obserwowali obiekty w różnych obszarach Syberii oddalonych od siebie, poruszające się po rożnych kursach, ale zmierzające do jednego punktu. Skłoniło to do powstania hipotezy, że nad syberyjską tajgą mógł nawet manewrować statek kosmiczny.

38 minut przed zniszczeniem meteorytu tunguskiego, prace kompleksu w Dolinie Śmierci weszły w kulminacyjną fazę. Rozpoczęło się generowanie kul, które dla własnych potrzeb nazwiemy pomocnikami.

W kopalni Stiepanowskij (leżącej blisko Jużno-Jenisejska), na 30 minut przed upadkiem meteorytu miało miejsce trzęsienie ziemi.

Jeden ze świadków tych wydarzeń znajdował się blisko niewielkiego jeziora, gdy grunt zaczął drżeć pod jego nogami. Zaczęło się coś na podobieństwo trzęsienia ziemi. Nagle w mężczyźnie pojawiło się niewytłumaczalne, wręcz nieludzkie uczucie strachu, pochodzące gdzieś z wewnątrz – jakaś siła, która próbowała odciągnąć go od jeziora. W owym momencie woda w jeziorze zaczęła opadać, ukazało się jego dno, które rozdzieliło się na dwie części, niczym dwa liście. Świadek, gnany niezwykłym przerażeniem uciekł w popłochu, najszybciej jak tylko mogły ponieść go nogi.

Po przebyciu znacznego dystansu potknął się o krzak i upadł, a gdy podniósł się z powrotem i spojrzał za siebie, ujrzał słup światła wznoszący się z miejsca, które jeszcze przed momentem było jeziorem, zaś na szczycie kolumny znajdował się przypominający kulę obiekt. Wszystkiemu towarzyszył przeraźliwy ryk i szum. Zaczęło się tlić ubranie jakie miał na sobie, zaś promieniowanie paliło jego twarz i uszy…

Epizod ten współgra zadziwiająco z tekstem eposu Oloncho i opowieściami starszych ludzi o miejscu zwanym Tong Duurai, poprzez które płynie potok Ottoamoch („Szczeliny w ziemi"), gdzie znajdują się znane jako śmiejące się rozpadliny niezwykle głębokie szyby. Z nich, jak mówią legendy, wieją ogniste wiry. Po długim okresie ciszy, wynoszącym około stulecia przed każdą dużą eksplozją lub ich serią, następuje zdarzenie na mniejszą skalę. Legendy mówię, że cienka kolumna ognia wyłania się z żelaznej przepaści. Na jej szczycie pojawia się bardzo duża kula ognia. Towarzyszą jej w locie pomocnicy, rój krwistych tornad, jakie wzbudzają w okolicy postrach. Po czterech grzmotach następujących kolejno po sobie, kula wzlatuje jeszcze wyżej, pozostawiając ślad z dymu i ognia, potem zaś w oddali słychać kanonadę eksplozji.

Niezwykłe jest, że legendy jakuckie zawierają tak wiele odniesień do eksplozji, ognistych wirów i kul ognia wydostających się z przepaści zionących ogniem i dymem okrytych grzmiącymi pokrywami, pod którymi mieści się podziemna kraina. Zamieszkuje ją ognisty złoczyńca, Uot Usumu Tong Duurai.

RELACJE NAOCZNYCH ŚWIADKÓW

O tym właśnie mówią legendy oraz relacja G. K. Kulesza, który był obserwatorem w stacji meteorologicznej w Kireńsku oddalonym o ok. 460 km od miejsca tunguskiej eksplozji.

„30 czerwca na północny-zachód od Kireńska obserwowano niezwykłe zjawisko, które trwało od 7:15 do 8 rano. Nie widziałem tego osobiście, gdyż usiadłem do pracy po zarejestrowaniu i odczytaniu urządzeń meteorologicznych. Oto co się stało (podam sedno tego, co powiedzieli ci, którzy byli tego świadkami).

7:15 na północnym-zachodzie pojawił się słup ognia o średnicy ponad 8 metrów, mający kształt włóczni. Kiedy zniknął, słyszeć się dało pięć silnych uderzeń, niczym strzałów armaty następujących szybko i wyraźnie jeden po drugim. Potem na miejscu tym pojawiła się ciemna chmura. Jakieś 15 minut później, te same uderzenia słychać było znowu i powtórzyły się po raz kolejny po następnym kwadransie. Sternik barki, były żołnierz i ogólnie człowiek inteligentny, roztropny w mowie, naliczył 14 uderzeń w trzech grupach. Służba nakazywała mu przebywanie na brzegu i widział on i słyszał całe zjawisko od początku, aż do końca."

Wiele osób widziało słup ognia, ale jeszcze więcej słyszało wybuchy. We wsi Korelinaja leżącej 20 wiorst (21 km) od Kireńska, mieszkańcy mówili o silnym wstrząsie, jaki sprawił, że z okien wypadły szyby. Potwierdził to barograf.

W archiwach byłego Irkuckiego Obserwatorium Magnetycznego i Meteorologicznego badacze natrafili na notatki A. K. Kokorina – obserwatora ze stacji pogodowej nad Keżmą, oddaloną od miejsca eksplozji tunguskiej o ok. 600 km. W swym dzienniku obserwacyjnym z czerwca 1908 w dziale Notatki zapisał on rzecz niezwykle ważną. Wskazuje on na to, że w powietrzu znajdowało się wówczas więcej niż jedno ciało.

„Około 7 rano dwa ogniste pierścienie gigantycznych rozmiarów pojawiły się na północy. 4 minuty po ich zniknięciu, pojawiły się ponownie. Wkrótce po zniknięciu ognistych kół dał się słyszeć głośny hałas, przypominający szum wiatru, jaki przeszedł z północy na południe. Hałas trwał około 5 minut. Następnie pojawiły się dźwięki i grzmoty niczym strzały z ogromnych pistoletów, jakie zatrzęsły szybami w oknach. Strzały te trwały przez 2 następne minuty, po czym nadszedł a potem przerwa niczym strzał z karabinu. Te ostatnie dźwięki trwały 2 minuty. Wszystko miało miejsce w świetle dnia."

W tym czasie T. Naumienko obserwował lot kuli we wsi Keżma, leżącej nad rzeką Angara. Utrzymywał on, że obiekt był większy niż Księżyc i przeleciał na tle Słońca, które w tym czasie znajdowało się na wysokości 27 stopni nad horyzontem. W tym samym momencie, meteoryt tunguski przeleciał nad wsią Mironowo (58º 14' N, 109º 29' E).

Pierwszymi, którzy obserwowali lot pomocników niosących potężne ładunki elektromagnetyczne byli mieszkańcy wsi Aleksandrowka, która jest oddalona o niemalże 1500 km od miejsca eksplozji.

Relacja pozostawiona przez Iwana Nikanorowicza Kudriawcewa, który był świadkiem przelotu ognistej kuli, zawiera szczegóły wskazujące na elektromagnetyczną naturę pomocników:

„30 czerwca 1908 był jasnym dniem. Siedziałem naprzeciw okna wychodzącego na północny-zachód. Nasza wieś, Aleksandrowka, rozciąga się wzdłuż wąwozu… Po przeciwnej stronie wsi, na grzbiecie Semi, wznosi się szczyt góry Gliadeń. O 7 rano słońce już wstało, ale nie pokazało się jeszcze zza Gliadenia. I wówczas nagle jasna kula pojawiła się na niebie, raptownie rosła i jaśniała coraz bardziej. Leciała na północny-zachód. Lecąca kula była w rozmiarze Księżyca, jednakże była jaśniejsza, choć nie oślepiająca: można było patrzeć na nią w locie bez odrywania wzroku. Leciała bardzo szybko. Kula zostawiała za sobą na swym kursie biały dymny ślad szerszy niż ona sama. Gdy tylko pojawiła się, wszystko wokół zostało oświetlone jakimś nienaturalnym światłem, zaś ono samo nie intensyfikowało się powoli, lecz poprzez pewne fluktuacje, falowe błyski. Nie było hałasu, w czasie lotu kuli nie towarzyszył żaden ryk, choć nienaturalne światło wzbudzało pewien rodzaj strachu, niepokoju…"

J. Sarijczew zapytany przez D. F. Landsberga w Kańsku, 11 października 1921, odpowiedział:

„Wraz z rozpoczęciem się hałasu pojawił się w powietrzu pewien rodzaj łuny o okrągłym kształcie, rozmiaru około połowy Księżyca, o niebieskawym odcieniu, lecący szybko z Filimonowa w kierunku Irkucka. Łuna zostawiła ślad w formie bladobłękitnego pasa, jaki rozciągał się niemalże na całej długości lotu, potem stopniowo zanikał od końców. Łuna skryła się za górą bez dzielenia się. Nie byłem w stanie określić długości zjawiska, ale trwało krótko.

W tym samym czasie lot ciała niebieskiego lecącego po zmiennej trajektorii zaobserwowany został na południe od terytorium krasnojarskiego, 60 km na północ od Minusińska, 930 km od miejsca eksplozji. Prawdopodobnie w tym samym czasie obiekt widziany był w regionie osady Niżnije-Ilimskoje, 418 km od miejsca katastrofy. Potem zaś, jak ustalono, obiekt przeleciał nad wsią Prieobrażeńka leżącej nad rzeką Niżnaja Tunguska. Wszystkie te obiekty poruszały się w jednym kierunku: miejsc eksplozji Szyszkowa i Kulika oraz krateru Woronowa."

Obraz, jaki wyłania się z relacji świadków, zdaje się mówić jasno, że obiekty obserwowane przez nich z różnych części tajgi, nie mogły być meteorytami. Było ich wiele i poruszały się po różnych trajektoriach, choć w jednym kierunku. Co niezwykłe, naukowcy i badacze, którzy tak dokładnie przesłuchali licznych świadków, nie byli w stanie wyśledzić w ich relacjach jakichkolwiek różnic między zachowaniem meteorytu a kulami asystentami, które zbliżały się z różnych stron z zamiarem zniszczenia go. Wiadomym jest, że lot meteorytu przez ziemską atmosferę jest zwykle bardzo krótki (sprawa kilku sekund) i niezwykle szybki (od 6 do 22 km/s), odbywa się pod kątem względem powierzchni ziemi i po prostej trajektorii, pozostawiając po sobie ślad ognia i dymu, jaki rozciąga się na długości 200 – 300 km i blednie po kilkudziesięciu minutach.

Raporty badaczy oraz naukowe wyjaśnienia mówią o pojedynczym obiekcie tunguskim. Jednakże relacje świadków zdarzenia wraz z dowodami badaczy wskazują nieugięcie, że na niebie znajdowało się kilka obiektów, podążających różnymi trajektoriami, z różnych kierunków, ale co najważniejsze, poruszających się powoli, równolegle względem powierzchni ziemi, czasem zatrzymując się, zmieniając kurs i prędkość, czyli innymi słowy manewrując, co zupełnie wyklucza sugestię, że widziane obiekty były kometami lub meteorytami, które przecież nie poruszają się w taki sposób.

Tysiące obserwatorów nie mogło się po prostu mylić, gdyż niebo tego ranka było bezchmurne. Ludzie zamieszkujący w promieniu 800 km od miejsca, gdzie upadł kosmiczny intruz, obserwowali niezwykły przelot ognistych obiektów emanujących iskry i pozostawiających za sobą tęczowe ślady. Najistotniejszym punktem jednak było to, że nie widzieli oni pojedynczego obiektu, ale różne kule towarzyszące, które między sobą różniły się zachowaniem i wyglądem.

Po tym, jak pomocnicy zostali stworzeni a następnie wystrzeleni z szybów instalacji, zaczęli poruszać się w pewnym kontrolnym kierunku – miejscu ich ostatniego rekonesansu przed zniszczeniem meteorytu. Na pewnym pułapie lotu, kule zatrzymały się, aby ustalić swe pozycje względem spadającego meteorytu, aby następnie, przybierając ogromną prędkość i wydając ryk, ruszyć na jego spotkanie.

Poniżej znajduje się fragment relacji świadka zamieszkałego wówczas we wsi Moga nad Niżną Tunguską, 300 km na wschód od miejsca eksplozji. Cytowany był on w książce Jurija Sbitniewa pt. „Echo" i mówi sam za siebie.

„Pamiętam ów czas dobrze – miałem wówczas 11 lat. Wstałem dość wcześnie. Było jasno i bezchmurnie… Nasz dom znajdował się tu, gdzie stoi obecnie, na wzgórzu. Klepałem kosę.

Uderzałem w kosę, ale dźwięk dochodził z innego miejsca. Zamarłem, a gdy wsłuchiwałem się, zaczął się prawdziwy hałas. Niebo było jasne, bez żadnej widocznej chmury. Nie istniały oczywiście wówczas samoloty ani helikoptery. Dopiero w niedługo potem przyzwyczailiśmy się do nich. Ale wówczas był ten hałas. Nie brzmiał jak burza i wciąż wzrastał, grzmiąc głośniej…

Niespodziewanie przez niebo przetoczyło się drugie słońce. „Nasze” biło w tył mojej głowy, zaś tamto było na moich oczach. Nie mogłem patrzeć, wszystko przeszło w czerń. Wbiegłem do domu, zaś nowe słońce świeciło przez okno a światło poruszało się po piecu […].

[…] Okna wychodziły na wschód i południe. Jedno niewielkie skierowane było na północny-zachód a owo „słońce” świeciło właśnie przez nie, malując białą ścianę wielkiego rosyjskiego pieca na kolor szkarłatny. Owa łuna poruszała się z lewa na prawo, w kierunku wschodnim. Przez okno wpadały zwykłe promienie słoneczne oświetlając drugą ścianę pieca.

Patrzyłem na słońce oświetlające przez okno piec a moja szczęka opadła. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Hałas zaś rozbrzmiewał dalej. Nie było ulgi. Mój dziadek usiadł na piecu i zaczął głośno zawodzić modlitwę. Zaśpiewał i powiedział do mnie: „Stiopa, módlmy się! Wszyscy się módlcie! To się staje… Nadchodzi…”

Jak się modlić? Chciałem pobiec gdzieś, ale nie było gdzie. Hałas był wszędzie wokoło, zaś ognista kula pędziła ku nam. Wciąż wiło się po piecu, potem zaś zatrzymało się.

Ognista kula, jaka pojawiła się na czystym, pozbawionym chmur niebie, zbliżyła się do ziemi z rykiem. Rosła, gdy się na nią patrzyło, płonęła i stała się tak niezwykle jasna, że nie dało się na nią patrzeć. W pewnej ulotnej chwili, przeraźliwy huk przeszedł w nieprzerwany ryk, zaś kula przestała się poruszać, zawisając nad ziemią niczym słońce nad horyzontem tuż przed zachodem. Trudno powiedzieć, na ile zatrzymało się, ale ognista kula stała nieruchomo przez wystarczająco długo, aby stan ten odcisnął się w zadziwionym ludzkim umyśle.

Bałem się wyjrzeć przez okno, ale na piecu dostrzegłem, że zatrzymało się. Potem niespodziewanie nabrał szybkości, błysnął przez piec i zniknął. Hałas był nie do wytrzymania. Ziemia trzęsła się. Zostałem przewrócony na podłogę a szyba z małego okna posypała się na nas, jak gdyby została przez kogoś wybita… Nie leżałem na ziemi przez długo. Wstałem z myślą: „Gdzie dziadek? Nie mówcie, że go przewróciło!” Leżał na brzuchu na samej krawędzi pieca i nieprzerwanie pytał: „Stiopa, co to jest?” Był mokry i biały, biały… Myślałem, że grunt wciąż się trzęsie, podłoga poruszała się pod moimi stopami albo to moje nogi się trzęsły. Było to przerażające!

Nikt nie Był w stanie zrozumieć, gdzie się udało owo słońce. Świeciło jeszcze na chwilę przedtem. I to tak silnie, że w chwilę zniknęły cienie. Zaś światło walczące ze światłem, odarło świat ze znanych nam, przyjemnych kształtów. Wszystko, od najmniejszego źdźbła trawy po cedr zdawało się być różne od tego jakim było zawsze. Zniknęły kolory, tak samo jak i zwykła trójwymiarowość świata, ciepło, czułość. Nasz świat zniknął."

Sądząc po szczegółach tejże relacji, narrator znajdował się bardzo blisko miejsca, gdzie wygenerowana została kula-pomocnik. Innymi słowy, w bliskiej odległości od jednego z słupów energii (ognistych wirów) wynoszących pomocnika na powierzchnię.

Zarejestrowana przez Sbytniewa relacja zawiera ważny element:

Ktoś ujrzał ognisty słup wraz ze zmierzającą ku ziemi kulą ognia i przez chwilę pojawiło się tam coś na podobieństwo ogromnego drzewa o okrągłej płonącej koronie. Ktoś zauważył, że ów szalejący snop światła odrywa się i jakby pojawiła się więcej niż jedna kula światła, która podążyła na wschód. Inni jednak twierdzili, że nie było drugiej kuli, ale owa jasność, tamto słońce, samo przetoczyło się w dół po skosie.

Wielu obserwowało to i było wiele różnych wersji. Wszyscy jednak zgadzali się, że ruch owego tajemniczego ognistego ciała ustał i zawisło ono na jakiś czas w bezruchu nad ziemia. Słyszeć się dał ryk… Potem zaś nastąpiło coś w rodzaju eksplozji, trzęsienie ziemi i gwałtowny ruch w oddali, podnosząc się, ten sam huk, ale teraz cichnący i blednął coraz bardziej i bardziej szał ognia, aż trudno było odnaleźć go na przepastnym białym niebie.

Ołoncho

Rozrzucając deszcz kamieni,

Wzniecając błysk błyskawic,

I uderzenie czterokrotne grzmotu,

Za nim,

Niurgun Bootur niezachwiany leci …

Dokładne przestudiowanie Oloncho skłania do poważnych wniosków. Pewne elementy eposu opisują wzór odzwierciedlający dokładnie fazy rozwoju wydarzeń, jakie okresowo mają miejsce nad Syberią. Staje się jasne dlaczego tekst Oloncho zawiera tak zdumiewające elementy relacji naocznych świadków. Oto kilka dalszych linijek eposu:

W odległości trzech dni drogi,

Dym wznoszący się ujrzeć da się,

Rozchodzący się ku górze jakby grzyb,

Kraina wokół pokrywa się,

Pyłem i popiołem,

Dym kotłuje się,

Gęsty i czarny,

Wnosi się do góry jako czarna chmura,

Słońce przyćmiewając.

W innych czasach scenariusz taki toczył się na oczach tysięcy ludzi. Wśród najbardziej interesujących relacji podobnego typu znajduje się raport holenderskiego ambasadora barona de Bij, który I.V. Bogatyrjew odnalazł w Narodowym Morskim Archiwum ZSRR:

„2 (13) kwietnia 1716 roku, w drugi dzień po święcie wielkanocnym, około 9 wieczorem pojawił się na czystym i bezchmurnym niebie najjaśniejszy meteor, czego stopniowy rozwój jest tutaj przedstawiony.

W północno-wschodniej części nieba powstała najpierw z horyzontu bardzo gęsta chmura zaostrzona na szczycie i szeroka u podstawy. Rosła tak szybko, że w nie więcej niż 3 minut osiągnęła pół wysokości do zenitu.

W tejże chwili, gdy pojawiła się ciemna chmura, na północnym-zachodzie zjawiła się ogromna lśniąca kometa, która wzniosła się 12 stopni nad horyzont, potem zaś na północy pojawiła się inna ciemna chmura, z zachodu, szybko wznosząc się do chmury, która zbliżała się trochę wolniej. Między tymi dwiema chmurami na północnym-wschodzie uformowało się białe światło w kształcie kolumny, jakie przez kilka minut trwało w swej pozycji, podczas gdy chmura, która pojawiła się z zachodu poruszyła się, aby spotkać je z ogromną prędkością i zderzyła się z drugą chmura z tak potężną siłą, że w niebiosach wskutek tej kolizji powstał szeroki płomień wraz z dymem, podczas gdy łuna rozciągała się z północnego-wschodu aż na zachód. Prawdziwy dym uniósł się 20 stopni nad horyzont, podczas gdy promienie ognia przecinały go stale we wszystkich kierunkach, tak jakby miała miejsce bitwa między wieloma narodami i armiami.

Cud ów trwał dalej przez pełen kwadrans w swej najjaśniejszej formie, potem zaś zaczęło to po trochu blednąć i zakończyło się pojawieniem się sfory jasnych strzał, jakie sięgały 80 stopni ponad horyzont. Chmura, jaka pojawiła się na wschodzie zniknęła. Potem druga zniknęła zupełnie tak, że do 10 wieczorem niebo stało się na powrót jasne i świeciło migoczącymi gwiazdami."

Nie sposób wyobrazić sobie, jak przerażające było owe zjawisko, gdy zderzyły się ze sobą dwie chmury, gdy zwarły się jak gdyby z ogromnego podmuchu z towarzyszącymi niezwykle szybkimi grupami małych chmur kierujących się na zachód. Płomień, jaki powstał z nich był jak uderzenie pioruna, niesamowicie jasny i oślepiający.

MYŚL TECHNICZNA STOJĄCA ZA INSTALACJAMI

Analizując konsekwencje eksplozji, które miały miejsce nad tajgą w czasie minionych 100 lat, można odnieść można uczucie wdzięczności i podziwu dla myśli tych, który tysiące lat temu zbudowali kompleks mający bronić naszej pięknej błękitnej planety i jej wszystkich mieszkańców. Nawet pierwsze uderzenie, gdy meteoryt znajduje się wciąż wiele kilometrów od Ziemi powoduje wystarczającą zmianę jego toru lotu, aby móc uniknąć wszystkiego tego, co potem może nastąpić zaś wszelkie konsekwencje eksplozji, która niszczy meteoryt mają miejsce z dala od gęsto zaludnionych obszarów.

żródełko http://infra.org.pl/index.php

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 

UDOSTĘPNIJ:

Share on Facebook FacebookShare on Twitter TwitterShare on Tuenti TuentiShare on Sonico SonicoShare on FriendFeed FriendFeedShare on Orkut OrkutShare on Digg DiggShare on MySpace MySpaceShare on Delicious DeliciousShare on Technorati TechnoratiShare on Tumblr TumblrShare on Google+ Google+

: 22 kwie 2011, 7:09 
Offline
VIP Member
Awatar

Rejestracja: 17 kwie 2009, 22:37
Posty: 10000
Lokalizacja: PL



Na górę
   
 
 
Post: 02 cze 2011, 9:01 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Miejsca zjawisk paranormalnych. Tam dzieją się rzeczy "nie z tej ziemi"

Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

Opowieści o duchach albo miejscach, w których dochodziło do nagromadzenia zjawisk o trudnym do wyjaśnienia rodowodzie, to efekt odwiecznej pogoni człowieka za tym, co niezwykłe i nieznane. Fascynacja tajemnicą i chęć zgłębienia tego, co niezrozumiałe zawsze leżały w naturze człowieka. Ludzkie pragnienia związane z obcowaniem z tym, co mroczne były także silnikiem, który popychał do działania gawędziarzy, literatów czy filmowców.

Nie do końca jednak jest tak, że wszystkie przewijające się w kulturze popularnej czy powtarzane szeptem opowieści, to jedynie wytwór ludzkiej wyobraźni. Na świecie roi się od miejsc, w których dochodzi do zjawisk niezwykłych. Ich wyjaśnienie, pomimo dociekliwości naukowców i prób podejmowanych przez stowarzyszenia paranaukowe, okazało się niemożliwe.

Czy mające tam miejsce zjawiska, to efekt aktywności duchów, sił pochodzących nie z tego świata czy może wynik działania ziemskich sił, których człowiekowi po prostu nie udało się jeszcze zgłębić?

Arkaim - wielka rosyjska tajemnica
Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

Arkaim to położona na Uralu, w obwodzie czelabińskim, prastara twierdza, która określana bywa mianem rosyjskiego Stonehenge. Mimo że obiekt poddawany był wielu badaniom, większość zjawisk, które mają tam miejsce, pozostaje niewyjaśniona. Przerażenie budzą też tragiczne wydarzenia, do jakich w przeszłości wielokrotnie dochodziło w okolicy. Zdaniem naukowców, forteca została wybudowana w epoce brązu i stanowi dziedzictwo kultury andronowskiej. Odkryto ją przypadkowo w 1987 r. podczas prac przygotowawczych, poprzedzających budowę planowanego w tym miejscu zbiornika retencyjnego. Budowla zawiera portale skierowane w cztery strony świata. Zdaniem naukowców, stanowi ona także rodzaj bardzo precyzyjnego kalendarza odnoszącego się do najważniejszych wydarzeń astronomicznych. Nie ma pełnej zgody specjalistów, co do roli, jaką konstrukcja pełniła w przeszłości. Niektórzy twierdzą, że była to osada lub miasto; inni mówią o funkcji obserwatorium albo świątyni.

Na przestrzeni lat, w miejscu tym wielokrotnie dochodziło do tajemniczych zdarzeń. Jakiś czas temu, jedna ze studentek archeologii, która zajmowała się badaniem obiektu wyznała, że znajdując się w jego okolicy nawiązała kontakt... z duchami osób, które żyły tam dawno temu, a od których miała się dowiedzieć wielu intrygujących rzeczy. Niestety, wkrótce potem uznano ją za niepoczytalną. Później w miejsce to został wysłany archeolog Konstantin Bystruszkin. Naukowiec przez lata zajmował się badaniem tajemniczego miejsca, ale zamiast wyjaśnić przynajmniej część tajemnicy, odkrył cały szereg kolejnych fenomenów. Badacze rosyjskiego Stonehenge zwracają uwagę, że wokół obiektu zawsze krążyły dziwne opowieści. Oprócz historii o duchach, dziwnych postaciach i Niezidentyfikowanych Obiektach Latających, którym przypisuje się związek z konstrukcją, w przeszłości popularne były też legendy, że Arkaim znajduje się na skraju znanej rzeczywistości, a przekroczenie jego murów może spowodować przemieszczenie się do innego miejsca.

Przełęcz Diatłowa - miejsce tajemniczej śmierci studentów

Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

Jedna z położonych w północnej części Uralu przełęcz, nosi dziś nazwę Diatłowa. Upamiętnia ona tragiczne wydarzenia, do jakich doszło 2 lutego 1959 r. W wyniku wydarzeń, których pełnego przebiegu do dziś nie udało się ustalić, śmierć poniosło 9 osób. Większość grupy stanowili studenci z Politechniki Uralskiej, którzy wyruszyli na wyprawę celem zdobycia szczytu Otorten. Nikt z członków zespołu nie wrócił jednak z gór (jeden z uczestników wycofał się z misji na kilka dni przed tragicznym finałem).

Kiedy po kilku dniach od deklarowanej przez uczestników daty powrotu do bazy nikt się nie zjawił, w góry wysłano ratowników. Wkrótce stopniowo zaczęto odnajdywać zwłoki kolejnych osób, które wzięły udział w wyprawie - część z nich zmarła w wyniku wychłodzenia organizmu (było to o tyle dziwne, że wszyscy, zdając sobie sprawę z ciężkich warunków, jakie będą panowały w górach, byli doskonale przygotowani do podróży); u dwojga studentów stwierdzono pęknięcie czaszki.

Ekspertyzy lekarskie wykazały także, że dwoje uczestników miało zmiażdżone klatki piersiowe, a jedna ze studentek została pozbawiona języka i części twarzy. Niektóre z ciał były częściowo rozebrane, co zdaniem śledczych mogło sugerować, że podróżnicy byli zmuszeni do nagłego opuszczenia namiotów. Pomimo wielu hipotez, jakie do dziś powstały, oficjalnie jako przyczynę tragedii podano działanie nieznanych sił.

Belmez - miejsce manifestacji twarzy

Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

Mianem twarzy z Belmez określane są tajemnicze wizerunki, które ukazują się we wnętrzach starego domu znajdującego się w hiszpańskiej Andaluzji. W prywatnym budynku należącym do rodziny Pereira, od 30 lat pojawiają się zagadkowe manifestacje, których nie wyjaśniły żadne przeprowadzone dotąd badania.

Twarze samoistnie pojawiają się w różnych miejscach budynku - są to zarówno podobizny należące do mężczyzn, jak i kobiet. Rysunki przedstawiają twarze o różnych wyrazach, a świadkowie twierdzą, że czasami, na przestrzeni godzin, mimika poszczególnych postaci potrafi się zmienić. Oblicza różnych osób pojawiają się i znikają samoistnie. Stosowanie jakichkolwiek zabiegów zmierzających do zmiany sytuacji okazało się daremne - nie pomagają próby usuwania rysunków za pomocą środków chemicznych; zbyteczny okazał się także kompleksowy remont budynku.

W pewnym momencie wydawało się już nawet, że tajemnica tego paranormalnego zjawiska została rozwikłana. W trakcie prowadzonych w budynku prac modernizacyjnych, odkryto znajdujące się pod podłogą szczątki ludzkie. Wkrótce wyszło na jaw, że dom został wzniesiony na terenie dawnego średniowiecznego cmentarzyska. Usunięcie szkieletów na niewiele się jednak zdało. Budzące ciarki na plecach wizerunki różnych osób, pojawiają się w tym budynku nadal.

Góra Uluru - święta góra Aborygenów

Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

Znajdująca się w środkowej Australii góra Uluru jest świętym miejscem dla ludności aborygeńskiej. Dla turystów odwiedzających ten kraj, góra jest popularnym celem wycieczek. Czy warto się tam wybrać? Widoki na pewno przytłaczają swoim pięknem.

Dobrze jest też wziąć pod uwagę fakt, że w strefie, w której znajduje się góra, często dochodzi do wypadków. Turyści nagminnie tracą przytomność. Wiele osób, mimo że cieszy się żelaznym zdrowiem, po zetknięciu z górą nagle umiera na zawał lub udar. Multum zwiedzających straciło życie skręcając sobie kark. Ciekawostką jest, że dyrekcja parku, w którym znajduje się góra, każdego roku otrzymuje tysiące paczek, w których niesforni turyści umieszczają fragmenty skał, które zabrali sobie na pamiątkę. Do paczek często dołączane są listy, w których podróżnicy zamieszczają żarliwe przeprosiny, tłumacząc, że odkąd weszli w posiadanie kamienia, w ich otoczeniu zaczęło dochodzić do nieszczęść.

Las Hoia Baciu

Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

Znajdujący się w Transylwanii las przez wielu określany jest mianem transylwańskiego Trójkąta Bermudzkiego. Wszystko z powodu niewytłumaczalnych zjawisk, do których w nim dochodzi. W borze, który nawiedzany jest przez coraz większe rzesze turystów odnotowywano spotkania z Niezidentyfikowanymi Obiektami Latającymi - np. w 1968 r. udało się wykonać zdjęcia dziwnego, unoszącego się nad lasem statku powietrznego, który co chwilę zmieniał jasność, by w końcu wznieść się wysoko w powietrze i zniknąć w chmurach. Do dnia dzisiejszego pojawiło się mnóstwo relacji na temat spotkań z obiektami przybierającymi rozmaite kształty.

Niejednokrotnie widziano tam świetliste punkty, których pojawienie łączyło się ze zwiększeniem poziomu radioaktywności. Nie brakuje też dziwnych śladów odciśniętych w ziemi albo śniegu. Z opowiadań osób, które przebywały w Hoia Baciu wynika, że w różnych, zupełnie nieoczekiwanych sytuacjach dostrzec tam można zarysy twarzy. U ludzi chodzących po lesie często pojawiają się dolegliwości takie jak bóle głowy czy zaczerwienia skóry.

Trójkąt Bermudzki

Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

W tej niebezpiecznej strefie, której zasięg oddziaływania obejmuje obszar od Puerto Rico poprzez Bermudy po Miami, wielokrotnie dochodziło do wypadków, które po dziś dzień pozostają niewyjaśnione. Wiele osób spogląda na Trójkąt Bermudzki w kategoriach legendy, ale nie brakuje też takich, które uważają, że w regionie tym oddziałują siły, których źródło jest nieznane. Zwykło się mówić o czynnikach o charakterze paranormalnym bądź też inspirowanych przez siły pochodzące z obcych cywilizacji. O ile z uśmiechem można pochodzić do tego typu założeń, to już incydentom, które miały tam miejsce zaprzeczyć się nie da.

Nie brakuje też badaczy, którzy w sposób racjonalny próbują wyjaśnić tajemnicę Trójkąta. Ich zdaniem, za liczne wypadki w tej strefie należy obwiniać: kiepskie warunki pogodowe, które są tam niemal codziennością oraz wady urządzeń nawigacyjnych.

Dwa lata temu głośno było o badaniach rosyjskich naukowców, którzy stwierdzili, że udało im się wyjaśnić zagadkę Trójkąta Bermudzkiego. Specjaliści z syberyjskiego oddziału Rosyjskiej Akademii Nauk, pracujący pod nadzorem prof. Anatolija Nesterowa stwierdzili wówczas, że kluczem do wyjaśnienia zagadki Trójkąta miałaby być wysoka aktywność tektoniczna tego regionu. Gdy dochodzi do przesunięć i pęknięć skorupy ziemskiej, spod dna morskiego wydobywają się pod wielkim ciśnieniem ogromne ilości gazu ziemnego. Natrafiający na taki wybuch statek czy samolot traci równowagę i tonie. Dzieje się tak w wyniku dużych zmian gęstości wody i wypełnionych metanem chmur, które powstają w efekcie uwolnienia gazów podpowierzchniowych. Jak wiadomo już od lat 80-tych XX wieku (Amerykanie przeprowadzali wówczas liczne odwierty dna Atlantyku w rejonie Trójkąta), pod powierzchnią oceanu znajdują się wielkie pokłady gazu.

Las Pokaini

Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

Naukowcy, choć bardzo by chcieli, nie potrafią wyjaśnić tego, co dzieje się w jednym z łotewskich lasów. W położonym nieopodal stolicy kraju miejscu dochodzi do rzeczy, które wymykają się próbom racjonalnego wytłumaczenia. Mowa o lesie Pokaini, w którym wciąż dochodzi do pogodowych anomalii; urządzenia odmawiają w nim posłuszeństwa; a odwiedzający go chorzy wracają do zdrowia.

W Pokaini dochodzi do wielu fenomenów meteorologicznych. Niezależnie od sytuacji pogodowej w tej części Łotwy, w lesie zawsze panuje cudowna aura. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, że nawet kiedy pada deszcz albo śnieg, w Pokaini i tak zawsze jest pięknie. Jedna z największych niewiadomych w lesie wiąże się ze znajdującymi się w nim głazami i skałami. To właśnie im przypisywane są nadnaturalne i uzdrawiające właściwości. Większość z nich jest ciepła w dotyku. Odwiedzający las turyści twierdzą, że są dwie kategorie kamieni. Część z nich przywraca zdrowie i sprawia, że ustępują choroby stawów czy osteochondroza. Jest też grupa kamieni niebezpiecznych, a obcowanie z nimi może zakończyć się śmiercią.

W lesie znajduje się także tzw. "dolina dusz". O tym, jak bardzo niesamowitym jest ona miejscem przekonali się ci, którzy wykonywali w niej zdjęcia. Na fotografiach można bowiem dostrzec świetliste kule, których nie da się wypatrzyć "gołym okiem".

Strefa ciszy w Meksyku

Obrazek
Uploaded with ImageShack.us

Strefa ciszy w Meksyku, to tajemniczy obszar znajdujący się na północy kraju, pomiędzy stanami Durango, Chihuahua i Coahuila. W granicach strefy ciszy zachodzi zjawisko zaniku fal radiowych. Spowodowane jest ono intensywnym oddziaływaniem pól magnetycznych. Po raz pierwszy zanotowano je w latach 30-tych ubiegłego wieku, kiedy przelatujący nad tym terytorium meksykański pilot utracił łączność radiową. Posłuszeństwa odmówił też jego kompas.

11 lipca 1970 r. w strefie ciszy spadła rakieta wystrzelona przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych. Amerykanie utracili kontrolę nad obiektem, który niespodziewanie wszedł w meksykańską strefę powietrzną. Rakieta przenosiła elementy radioaktywne.

Osoby zajmujące się badaniem zjawisk paranormalnych zwracają uwagę na osobliwości, jakie można tam napotkać w naturze. U zwierząt oraz wśród roślinności odnotowywane są mutacje niespotykane nigdzie indziej. Ponadto właśnie tam rejestrowane są znaczące opady meteorytów. W przypadku jednego z takich obiektów ze strefy stwierdzono, że złożony był z najstarszej materii, jaką do tej pory analizowano.

źródełko http://niewiarygodne.pl/

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 28 cze 2011, 8:03 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Rosyjska dziura do piekła

W latach 70-tych w północnej Rosji zaczęto drążyć najgłębszą na świecie dziurę w ziemi. Ten gigantyczny projekt o nazwie SG-3, choć miał czysto naukowy cel, wywołał nagle ogólnoświatową panikę. Kiedy przekroczono magiczna granicę 12 km głębokości, natrafiono ponoć na dziwną pieczarę, w której panowała rekordowo wysoka temperatura. Kiedy w dół spuszczono mikrofon zarejestrowano odgłosy, jakich nikt się nie spodziewał. Sowieci mieli bowiem… dokopać się do piekła i nawet nagrać jego dźwięki.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Tak zwana SG-3 (ros. Kolskaja Swierchglubokaja Skważina) to dość oryginalna struktura. Pośrodku niczego na Półwyspie Kolskim, jakieś 150 km na północny-zachód od Murmańska, znajduje się opuszczona placówka z barakami, magazynami i laboratoriami. Gruba warstwa kurzu przykryła dawne ślady ludzkiej obecności, takie jak książki, próbki skał, maszyny i naukowe przyrządy, które wyglądają na porzucone w pośpiechu.

Pośrodku tego wszystkiego stoi ogromna wieża w siarkowym odcieniu żółci. Wszystko to wskazuje jasno, że mogło tu dojść do czegoś niezwykłego. Budowla przypomina starą rozerwaną przez wybuch wieżę kontroli lotów, jednak związana jest nie z próbą ujarzmienia przestworzy, lecz głębin. Pod nią znajduje się bowiem ogromny otwór – jedna z największych na świecie dziur w ziemi.

24 maja 1970 r., kiedy trwał wyścig w kosmos między USA a Związkiem Radzieckim, przy granicy z Finlandią rozpoczęła się kolejna rywalizacja, której celem była tym razem podróż do wnętrza Ziemi. Przez dziesięciolecia „super-głęboki odwiert SG-3” pochłaniał miliony rubli, przedzierając się przez setki ton skał, starając się pomóc naukowcom w ustaleniu jak największej liczby informacji. Ekipa obsługująca wiertło pod koniec lat 80-tych wywołała niemały skandal, a sprawa otworu, który sięgał wówczas ponad 10 km w głąb ziemi, nabrała nagle wysoce religijnego znaczenia, łącząc ze sobą razem historię nauczyciela-ateisty i amerykańskiego teleewangelisty.

Krzyki z głębi ziemi

Prace nad superdziurą rozpoczęły się w pierwszej połowie 1970 r. Do jej stworzenia wykorzystano wiertło Uralmasz-15000, które metr po metrze przewiercało się przez skały Płyty Bałtyckiej. Głównym celem, jaki sobie postawiono było wywiercenie najgłębszego otworu na świecie, który przebiłby głęboką na 9583 m. dziurę o nazwie „Bertha Rogers” w Oklahomie, która powstała po odwiertach ropy naftowej. 6 czerwca 1979 r. projekt SG-3 pobił Amerykanów. Sowieci chcieli jednak drążyć głębiej i ich następnym celem stała się granica 15.000 m.

Jednak po drodze do wnętrza Ziemi, badacze dokonali niezwykłego odkrycia. Od czasu do czasu do ich uszu dobiegały dziwne dźwięki dochodzące z głębi otworu. Na głębokości 3000 m. odkryli oni warstwę skał, która miała identyczny skład, co księżycowe kamienie. Jeszcze głębiej natknięto się na pokłady złota, jednak naukowców czekała także przykra niespodzianka. Im głębiej wiercono, tym bardziej gorące stawało się otoczenie. Szacowano, że na głębokości ponad 12.262 m. temperatura będzie wynosić ok. 100 stopni Celsjusza, jednak w rzeczywistości wynosiła 180, co poważnie utrudniało dalsze prace.

Pod sam koniec lat 80-tych zaczęły pojawiać się także pierwsze plotki na temat projektu. Mówiono, że na głębokości 14 km pod ziemią, natrafiono na coś w rodzaju pieczary. Badaczom udało się zmierzyć, że w dole panuje temperatura… 1100 stopni. Do wylotu otworu postanowiono opuścić także mikrofony, które zarejestrowały przedziwne dźwięki [prezentowane kilkakrotnie w amerykańskim programie radiowym Coast to Coast, choć w rzeczywistości były to odgłosy z horroru z 1972 r. - przyp.tłum.]. Według pogłosek, badacze mieli dokonać przerażającego odkrycia. Po analizie hałasów doszli do wniosku, że są to w rzeczywistości ludzkie wrzaski, wydobywające się z gardeł torturowanych ludzi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Robotnicy SG-3 przy odwiercie. Według legendy, to oni mieli usłyszeć, a następnie nagrać odgłosy piekła, które wciąż można z łatwością znaleźć w Internecie (posłuchaj). Prezentowano je wielokrotnie, m.in. w audycjach radiowych. Dźwieki, które mają pochodzić z odwiertu są w rzeczywistości ścieżką dźwiękową z horroru


Piekielny anioł ze skrzydłami nietoperza

Nikt nie wie dokładnie, gdzie znajdują się korzenie legendy o dziurze do piekła. Amerykański dziennikarz radiowy, Rich Buhler, postanowił poszukać źródeł tej historii, docierając do fińskiego pisma Vaeltajat, które wspomina się w wielu wersjach tej historii. Redakcja magazynu dostała list opisujący tą sprawę od jednego z czytelników. W Finlandii informacje o tym przekazało także pismo Ammenusastia powołując się na artykuł w gazecie Etela Noumen. Ostatecznie wieści o odkryciu piekła dotarły do sieci TBN (Trinity Broadcasting Network), która była największą religijną telewizją w USA.

Za rozpowszechnienie tej historii odpowiedzialny był norweski nauczyciel, Åge Rendalen. Tuż przed świętami w 1989 r., Rendalen odwiedził w Kalifornii swego przyjaciela, Ricka Kuykendalla. Obaj panowie studiowali razem teologię i podczas gdy Kuykendall został pastorem, Rendalen stracił żarliwą wiarę. Tak jak w przeszłości, obaj panowie żywo dyskutowali nad sprawami religii. Tuż po jego przylocie do Ameryki, jego przyjaciel opowiedział mu o dziwnych wiadomościach, które podała TBN twierdząca, że grupa naukowców przypadkowo dokopała się do piekła. Kuykendall pokazał wkrótce znajomemu powtórkę materiału, która rozśmieszyła ich obu.

Rendalen wpadł na pewien pomysł, decydując się na wypróbowanie wiarygodności reporterów stacji, którzy byli w stanie zaakceptować niemalże każdą informację. 4 stycznia 1990 r., napisał on do TBN list, w którym przedstawił się jako „specjalny doradca Norweskiego Ministerstwa Sprawiedliwości”, rozszerzając opowieść o kolejne wątki. Jak twierdził w swej fałszywej depeszy, badacze pracujący przy odwiercie mieli w pewnej chwili ujrzeć snop fluoroscencyjnego światła, który wystrzelił z dziury i w którym pojawiła się świetlista postać ze skrzydłami nietoperza. Jako dowód, Rendalen przekazał w swym liście artykuł z lokalnej norweskiej gazety.


– W rzeczywistości tekst mówił o inspektorze budowlanym, który narzekał, iż jego pracodawca ogranicza jego wolność wyrażania się. Wybrałem go ponieważ był on na zdjęciu trzymając sugestywnie palec na ustach. Potem dodałem wymyślone tłumaczenie – mówi.

Historia mówiła, że Bjarne Nummedal, główny geolog pracujący przy dziurze potwierdzał te rewelacje i mówił o groźbach, jakie rząd radziecki kierował ku geologom.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wieża SG-3 w 2007 r., przed częściowym rozmontowaniem.

Przez wrota Belzebuba

Dwa tygodnie po tym, jak Rendalen wysłał swą przetłumaczoną opowieść do TBN, rozpoczyna się cała saga. I choć niemalże od razu Rendalen i Kuykendall przyznali, że wszystko to było fikcją, TBN nie zamierzało podać tego do wiadomości swoich widzów i przesłało informacje do teksańskiego ewangelisty, RW Shambacha. Jak się okazało, list wysłany dla żartu przyczynił się do budowy legendy o radzieckim piekle.

Historia o odkryciu piekła rozchodziła się jednak z lotem błyskawicy. Zaakceptowali ją także inni kaznodzieje i pisma chrześcijańskie, a także raczej wiarygodne gazety, jak Birmingham News. Brukowa Weekly Word News pisała w nagłówku: „Dowierciliśmy się do piekielnych bram”.

Legenda nie została zatrzymana nawet przez jej twórców. Rendalen opublikował wkrótce oświadczenie, że była to jedynie prowokacja. Co ciekawe, historia o odwiercie do piekła krąży nadal po Internecie.

- Jeden z moich uczniów przesłał mi link do nagrania, w którym telewizyjny kaznodzieja, Creflo Dollar, otwiera swoje kazanie z 2009 r. opowieścią o dowierceniu się do piekła. Co ciekawe, twierdzi on, że słyszał tą historię już w 1984 r., a więc na 5 lat zanim powstała! – mówi Rendalen.

Pomimo, że opowieść o piekle zrobiła zdumiewającą karierę, sam projekt „SG-3” osiągnął znacznie mniejszy sukces. W 1992 r. odwierty zawieszono. Z racji niezwykle wysokich temperatur i wzrastających z głębokością problemów technicznych, zwiększała się także niechęć do finansowania przedsięwzięcia w trudnych czasach przełomu. Przez kilka lat na miejscu na Półwyspie Kolskim przebywała jeszcze niewielka grupa uczonych, którzy zbierali na miejscu dane sejsmiczne i geomagnetyczne. Po kilku latach i oni wyjechali.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ekipa projektu SG-3 po dotarciu na głębokość 12000 m. Planowano przebić się 3 km dalej, jednak było to niemożliwe.

Rosyjski rząd zlecił totalną likwidację placówki, jednak i na to nie było wystarczających środków. Po pewnym czasie na miejscu zjawiła się ekipa rozbiórkowa, której prace postępowały bardzo powoli. Udało im się jedynie rozebrać ćwierć wieży górującej nad otworem, który niegdyś był najgłębszą dziurą na świecie…

żródełko http://www.npn.nazwa.pl/wiat-tajemnic/2 ... a-do-pieka

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 05 lip 2011, 13:54 
Offline
Provost and Judge * 7th Degree
Provost and Judge * 7th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 lut 2011, 0:58
Posty: 150
Lokalizacja: Śląsk.
Płeć: mężczyzna
Bardzo ciekawe :D wrzucaj więcej jak masz Mruga

_________________
''Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie.
Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg, nie jest biegu sensem?
Nic nie jest pewne. Ja przecież sam wciąż pytam, szukam sposobu, by kiedyś polecieć
jak Ikar, na skrzydłach tej wolności.
I jeśli mam jak on spaść, to spadnę jak on,
ale szczęśliwy, bo żyłem naprawdę...''



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 19 lip 2011, 12:48 
Offline
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 lut 2010, 23:29
Posty: 1780
Płeć: mężczyzna
Cytuj:
Arkaim

Obrazek
Obrazek

"W roku 1952 satelity przekazały na Ziemię fotografię kilku niezwykłych kręgów, wyraźnie wyodrębniających się na powierzchni stepu południowuralskiego. Sztuczne pochodzenie owych kręgów nie budziło u nikogo żadnych wątpliwości. Jednak nikt nie był w stanie powiedzieć dokładnie, cóż to takiego. (...) Wielu badaczy żywiło nadzieję na znalezienie pozostałości kraju, w którym żyła legendarna biała rasa aryjska. Badacze starali się chocażby zaledwie musnąć utraconą wiedzę, ten skarb będący w posiadaniu starożytnych aryjczyków.
Kiedy zaczęto prowadzić wykopaliska w dolinie arkaimskiej, archeologowie oznajmili światu naukowemu, iż zlokalizowali nastarsze miasto, liczące ponad czterdzieści wieków, oraz że zamieszkiwali je ludzie nasjstarszej cywilizacji indoeuropejskiej. Badacze zaczęli nazywać Arkaim Miastem, świątynią i obserwatorium jednocześnie. (...)
-Arkaim - to nie jest miasto ani świątynia. Co zaś dotyczy obserwatorium - to prawda, jednak wcale nie jest to najważniejsze. Arkaim - to akademia, tak można określić współczesnym terminem. W Arkaimie mieszkali i pracowali nauczyciele wołchwów. Tutaj zajmowali się studiowaniem Wszechświata, określali współzależności ciał kosmicznych, ich wpływ na człowieka. Swoich największych odkryć nie zapisywali, ani też nie występowali publicznie z długimi przemówieniami. Na podstawie wieloletnich studiów opracowywali rytuały, obliczali obrzędy i wprowadzali je w życie ludzi, obserwując dalej na ile są one skuteczne. Kiedy było trzeba, wprowadzali poprawki. Wyniki długotrwałych studiów byli oni w stanie wyrazić w końcu jednym bądź dwoma krókimi słowami, w których zawarta była istota odkrycia. (...)
O tym, w jaki sposób prowadzono owe studia czy badania, można opracować wielotomowe traktaty.
Jednak wołchwowie ich nie spisywali i nie zamęczali ludzi swoją wiedzą: przedstawiali ludziom w kilku słowach gotowy wniosek. A ludzie wierzyli wołchwom. Ich rady zawszy życie potwierdzało. (...)

Arkaim miał kształt koła o zewnętrznej średnicy około 160m. Jak widzimy dla miasta jest to zupełnie malutko. Jednak będę nazywać go miastem, jak to obecnie czynią naukowcy.
Otaczała go dwumetrowa fosa napełniona wodą. Zewnętrzne mury były bardzo masywne. Przy wysokości 5,5m miały grubość 5m. W murach znajdowały się 4 wyjścia, usytuowane po przeciwległych stronach. Największe było południowo-zachodnie, pozostałe 3 - mniejsze.
Wchodzący do miasta trafiał od razu na jedyną ulicę w kształcie pierścienia, szerokości ok. 5m, oddzielającą mieszkania przylegającedo zewnętrznego muruod wewnętrznego pierścienia. Ulicę stanowił zbudowany z okrągłych belek pomostwpadał do kanału, po czym do zewnętrznego rowu.
Wszystkie mieszkania przylegające do zewnętrznego muru jak cząsteczki cytryny miały wyjścia na główną ulicę. W sumie wyznaczono 35 mieszkań w kręgu zewnętrznym. Liczba ta jest zbyt mała nawet dla wioski.
Dalej widzimy tajemniczy pierścień murów wewnętrznych. Był on jeszcze potężniejszy aniżeli zewnętrzny. Przy szerokości 3m jego wysokość osiągała 7m.
Mury te, wg danych wykopaliskowych, nie posiadały przejść, poza jedną niewielką wyrwą od strony południowo-wschodniej. Tak więc 25 wewnętrznych mieszkań, identycznych jak te w okręgu zewnętrznym, było praktycznie odizolowane od reszty wysokim i grubym murem. Ażeby znaleźć maleńkie wejście do wewnętrznego kręgu, trzeba było przejść całą długość ulicy w kształcie pierścienia. Miało to ukryty sens. Wchodzący do miasta musiał przejść drogę, którą przechodzi Słońce. Środek Arkaimu zajmuje centralny plac w kształcie nieomal kwadratowym. ok. 25x27m. Sądząc po śladach ognisk, usytuowanych na określonym porządku, był to plac przeznaczony do odprawiania jakichś rytuałów. Tak więc widzimy schemat mandali - kwadrat wpisany w koło. W starożytnych tekstach kosmogonicznych koło symbolizuje Wszechświat, kwadrat Ziemię, nasz świat materialny. Mądry człwoiek starożytny, doskonale znający strukturę Kosmosu, widział, jak harminijnie i naturalnie jest on urządzony. I dlatego w trakcie budowy miasta jakby od nowa stwarzał Wszechświat w miniaturze.
Arkaim wznisiony był wg wcześniej sporządzonego projektu, jako kompleks złożony z obiektów z największą dokładnością zorientowanych wg obiektów astronomicznych. Układ 4 wejść w zewnętrznym murze Arkaimu przedstawia swastykę skierowaną zgodnie z ruchem Słońca.
Swastyka (w sanskrycie: "związana z łaską", "najwuiększy sukces") to jeden z najbardziej archaicznych symboli sakralnych, spotykanych już w okresie górnego paleolitu wśród wielu ludów świata. (...) Swastyka to symbol Słońca, sukcesu powodzenia, szczęścia, twóczości. I odpowiednio: swastyka skierowana w przeciwnym kiedrunku (odwrrócona), symbolizuje ciemność, zniszczenie, "nocne Śłońce" u dawnych Rusinów. Jak widać na starych ornamentach, również na aryjskich dzbanach znalezionych w okolicach Arkaimu, używano obu swastyk. Ma to głęboki sens. Dzień następuje po nocy, światło nadchodzi po ciemności, nowe narodziny zastępują śmierć - i to jest naturalna kolej rzeczy we Wszechświecie. Dlatego w starożytności nie było "żłych" i "dobrych" swastyk - odbierano je jako jedność.
Arkaim z zewnątrz był piękny: miasto na planie idealnego koła, z wyodrębnionymi basztami przy wejściach, płonącymi ogniami i pięknie ukształtowaną "fasadą". Lecz z pewnością stanowił on jakiś sakralny wzór, niosący głęboki sens. Wszak wszystko w Arkaimie przeniknięte jest sensem.
Każde mieszkanie przylegało jedną stroną szczytową do zewnętrznego lub wewnętrznego muru i wychodziło na główną ulicę w kształcie pierścienia albo na plac centralny. W zaimprowizowanym "przedpokoju" był specjalny odpływ wodny, który prowadził do kanału pod główną ulicą. Starożytni aryjczycy byli więc wyposażenie w kanalizację. Ponadto w każdym mieszkaniu znajdowała się studnia, piec i nieduża spiżarnia w kształcie kopuły.
Ze studni nad poziomem wody wyprowadzone były dwa odgałęzienia rur wydrązonych w ziemi. Jedna doprowadzonba była do pieca, a druga do spiżarni w kształcie kopuły. A w jakim celu? Wszystko jest genialnie proste. Dobrze wiemy, że jeśli zajrzeć do studni, zawsze ciągnie od niej chłodne powietrze. Tak oto, dochodząc do pieca, to chłodne powietrze tworzy cug, o takiej sile, że pozwalało to na wytop brązubez posługiwania się miechami! Taki piec był w każdym mieszkaniu, a starożytnym kowalom pozostawało tylko cyzelowanie mistrzostwa i współzawodniczenie w swojej sztuce. Druga "rura ziemna" doprowadzona była do spiżarni i zapewniała jej obniżoną temperaturę.
Znany rosyjski astroarcheolog K. Bystruszkin prowadził badania nad Arkaimem w aspekcie obserwatorium astronomicznego i doszedł do następujących wniosków:
Arkaim to budowla, która nie jest po prostu skomplikowana, jest wręcz nadzwyczaj złożona. W trakcie studiowania planu prajtycznie od razu określono jego podobieństwo do znanych budowli Stonehenge w Anglii. Np średnia wewnętrznego kręgu Arkaimu stanowi wszędzie równe 85m, w rzeczywistości jest to pierścień o dwóch promieniach: 40 i 43,2m (spróbujcie wykreślić!) Natomiast promień pierścienia "księżyc Obri" w Stonehenge wynosi 43,2m. I Stonehenge i Arkaim usytuowane są na tej samej szerokości geograficznej. Oba w centrum doliny w kształcie misy, a między nimi odległość prawie 4000km...
(...)
Tak więc Arkaim jako obserwatorium astronomiczne służył również obserwacji Księżyca. W sumie na owych ogromnych murach-kręgach można było zarejestrować 18 wydarzeń astronomicznych! Sześć związanych ze Słońcem i dwanaście związanych z Księżycem (włączając "wysoki" i "niski" Księżyc). Dla porównania badaczom Stonehenge udało się wyodrębnić tylko 15 wydarzeń niebieskich.
Oprócz tych zadziwiających faktów - wydarzeń uzyskano następujące dane: arkaimska miara długości - 80cm, środek wewnętrznego okręgu przesunięty jest względem zewnętrznego o 5,25 jednostek arkaimskiej miary, co jest bliskie kąta nachylenia orbity Księżyca - 5 stopni plus-minus 9-10minut. Zdaniem K. Bystruszkina, wyraża to stosunek pomiędzy orbitami Księzyca i Słońca (dla ziemskiego obserwatora). Odpowiednio, zewnętrzny okrąg Arkaimu poświęcony jest Księżycowi a wewnętrzny Słońcu. Ponadto pomiary astroarcheologiczne ukazały związek niektórych parametrów Arkaimu z precesją osi ziemskiej, a to uż wyższa szkoła jazdy nawet we współczesnej astronomiii.
Tak więc widzimy: Arkaim, nawet z dużym marginesem błędu, nie przystaje do określenia 'miasto'. W bardzo małym pokoiku nie ma możliwości ulokowania się wraz z rodziną. Dla filozoficznych rozmyślań natomiast - jest to przestrzeń idealna.
To, iż w starożytności wołchwowie uważani byli za mędrców i nauczycieli - historykom jest wiadome. W konsekwencji Arkaim, jako jedno z największych centrów naukowych, mógł należeć tylko do wołchwów. Innych uczonych w owych czasach po prostu nie było.
To, iż wołchwowie obliczyli i opracowali rytuały, naniesli korekty na podstawie wiedzy o Kosmosie, jest wiadome. Pojawia się natomiast pytanie o to, gdzie teraz są te unikalne rytuały? Jakie wstecznictwo je zniszczyło bądź ukrywa przed ludźmi?"

Tekst z ksiązki Władimira Megre, "Rytuały miłości, Nowa Cywilizacja cz.2"


http://www.historycy.org/index.php?showtopic=25612

Arkaim – ciągłość od Atlantydy do współczesnej Słowiańszczyzny – starożytne pismo i język słowiano-indo-skołocki (ario-słowiański) czy ario-słowiano-celtycki?
http://bialczynski.wordpress.com/2010/12/10/arkaim-ciaglosc-od-atlantydy-do-wspolczesnej-slowianszczyzny-starozytne-pismo-slowianskie/

_________________
Obrazek

http://www.prisonplanet.pl/



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 24 sie 2011, 10:23 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Prawdziwa historia Czarnobrodego

Obrazek

W ostatniej części „Piratów z Karaibów” pojawia się postać Czarnobrodego. Człowiek ten istniał naprawdę i gdyby dowiedział się, że jakiś hollywoodzki reżyser wykorzystał jego osobę do czerpania wielomilionowych zysków, z całą pewnością, wrzeszcząc przez zęby groźne „Arrrrrr!”, obciąłby filmowcowi łeb, a następnie z niekrytą radością umieściłby go w tyłku jego stygnącego ciała. Oto kapitan Czarnobrody.

Obrazek

Nazywał się Edward Teach i przyszedł na świat w okolicach 1680 roku. Przełom wieku XVII i XVIII to czas dynamicznego rozwoju angielskich kolonii. Zamorski handel i ściąganie na „nowy ląd” niewolników spowodowało, że port w Bristolu stał się jednym z najbardziej bogatych miejsc w Anglii – to tam prawdopodobnie wychował się przyszły brodaty pirat. Kilkunastoletni Teach dotarł na Karaiby na statku handlowym. Tam wkrótce zaczęła się jego przygoda z łupieniem przepływających w pobliżu wysp okrętów, gwałceniem majtków i gromadzeniem zgrabionych kosztowności...

Obrazek

Zaczynał karierę jako dowódca "drewnianego slupu", na którym wraz ze swymi wiernymi zakapiorami podpły-
wał do okrętów. Z czasem udało mu się zamienić tę niewielką żaglówkę (zbliżoną kształtem do naszej polskiej "Omegi";)) na lepszy środek transportu i znacznie powiększyć pokładową ekipę. Zaczęło się od przechwycenia La Concorde – okrętu wypełnionego transportem niewolników i francuskimi marynarzami, którzy niewiele myśląc przystąpili do wielokrotnie ćwiczonej wcześniej taktyki i w mistrzowski sposób złożyli broń.
Część niewolników z chęcią przyłączyła się do swoich wybawców. Okręt został przez piratów przywłaszczony, a jego przerażeni eks-właściciele musieli zadowolić się slupem...

Przemianowana na Queen Anne's Revenge zdobycz musiała zostać przystosowana do pirackich potrzeb. W tym celu umieszczono na pokładzie 40 potężnych dział. Mówi się, że była to jedna z najbardziej groźnych pływających fortec bojowych tamtych czasów. Po chwilach swej największej chwały okręt utknął na mieliźnie i został przez załogę opuszczony.

Obrazek

Czarnobrody zatrzymywał małe, pirackie statki i proponował dołączenie się do swojej, rosnącej w potęgę, ekipy. To było dobre posunięcie – wkrótce charyzmatyczny pirat był tak silny, że bez większego problemu zawładnął portem w Charleston. Jedyny opór jaki napotkał to mała, żałosna łódeczka patrolowa, której pasażerowie jako pierwsi zdali sobie sprawę, że z brodatym oprawcą lepiej nie zadzierać.

Obrazek
piękna Queen Anne's

Przez następnych kilka dni Czarnobrody z otwartymi ramionami przyjmował kolejne statki wpływające do portu. Oprócz grabienia cennych łupów Teach wziął zakładników i zażądał od władz Południowej Karoliny lekarstw dla swojej drużyny. W obliczu groźby ataku bezlitosnych piratów medykamenty zostały dostarczone.


Budził powszechną grozę i podziw. Posiadający szesnaście żon (brał śluby z równą częstotliwością co rozwody) kapitan Teach słynął ze swego szaleństwa. Jako że był słabym szermierzem, bardziej skłaniał się ku broni palnej. Podczas walki zwykł nosić przy sobie sześć nabitych spluw, a przy kapeluszu dyndały mu płonące lonty – dzięki temu jego postać spowita była siwym dymem. Ponoć na sam widok tej piekielnej istoty wielu przeciwników zapełniało marynarskie portki zawartością swych jelit. Teach znany był też z tego, że działa podpalał własną brodą.

Obrazek

Pewnego razu zapragnął zwizualizować sobie piekło – w tym celu podpalił zalegające w ładowni beczki siarki. Pod koniec swej kariery Czarnobrody dowodził 400 osobami i posiadał 4 potężne okręty.

Obrazek



Nieprzytomnie bogaty pirat-emeryt cieszył się swoimi łupami w Północnej Karolinie. Nie spodziewał się jednak, że gubernator Virginii wyraźnie postawił sobie za punkt honoru zrobienie porządku z nieuchwytnym morskim przestępcą. W tym celu wysłał przeciw niemu dwa okręty pod dowództwem porucznika Roberta Maynarda. Dowiedziawszy się o tym pirat sprawił nieproszonym gościom solidny łomot.

Niestety, Teach wpadł w zasadzkę – myśląc, że na pokładzie okrętu Maynarda pozostało kilku jedynie niedobitków, bez wahania przystąpił do abordażu. Większość jego kompanów zginęła, a on sam został otoczony przez marynarzy, którzy gotowi do ataku postanowili obserwować walkę słynnego pirata z Maynardem.

Obrazek

Mało brakowało a porucznik działający w imieniu gubernatora straciłby życie. Wściekły Czarnobrody atakował z taką furią, że miecz jego przeciwnika pękł i właśnie kiedy pirat miał zadać wrogowi ostateczny cios, któryś z żołnierzy pokrzyżował te plany. Powalony Teach usiłował jeszcze oddać strzał z jednego ze swych pistoletów, ale nie starczyło już mu na to siły, tym bardziej, że widząc u dogorywającego pirata usilne chęci dalszej walki, czym prędzej go dobito.

Ochłonąwszy i opatrzywszy swe rany, porucznik Maynard przyjrzał się zwłokom swego przeciwnika i ze zdumieniem stwierdził, że Czarnobrody, zanim ostatecznie wykrwawił się, został dwudziestokrotnie cięty mieczem i pięciokrotnie trafiony kulą.
Legendarny, siejący grozę pirat nie mógł oczywiście liczyć na honorowy pogrzeb. Obcięto mu głowę, ciało wrzucono do wody, a brodate trofeum przywiązano do masztu. Dzięki temu dowodowi dowódca okrętu mógł potem odebrać nagrodę za zlikwidowanie uciążliwego przestępcy.

Obrazek

Legendy mówią, że Czarnobrody pozostawił po sobie skarb. Niejeden poszukiwacz przygód marzy o odnalezieniu ukrytych ponad 300 lat temu kosztowności.
Tymczasem nie tak dawno w okolicach Północnej Karoliny natrafiono na wrak pirackiego okrętu pełnego dział...

Obrazek

zapraszam do pobierania filmu:
ciekawe-wstawki-do-ci-gni-cia-max-download-bez-limitu-t7966.html

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 12 gru 2011, 12:17 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Ludzie mówią, że z dna tego jeziora dobiegają dźwięki dzwonów. Miejsce cudowne czy przeklęte?

Wiele miejsc położonych w Rosji oraz byłych republikach radzieckich owianych jest tajemnicą. I nie chodzi tu bynajmniej o militarne sekrety stanowiące spuściznę po działaniach członków dawnego Układu Warszawskiego. Mateczka Rosja to wiele mitów, legend oraz podań, które do dziś robią wrażenie. To jednak nie koniec – badacze zjawisk paranormalnych twierdzą, że nie można zapominać, iż nawet po odrzuceniu całej tej fantastycznej otoczki, w niektórych tych miejscach dochodzi do rzeczy, których nie da się wytłumaczyć za pomocą racjonalnej wykładni. Jedna z największych zagadek dotyczy zatopionych kościołów, które zdaniem świadków czasami „wyłaniają się” z głębin.

Obrazek

Jednym z regionów Rosji, który cieszy się taką sławą jest jezioro Swietłojar, w obwodzie nowogrodzkim, gdzie dawno temu – zgodnie z legendą – pogańska bogini Turk miała karać okoliczną ludność za jej grzechy, a potem wraz z koniem zatonąć w jeziorze, u brzegu którego później powstało miasto Kiteź. Ale ono także miało potem zaginąć w odmętach. Woda miała pochłonąć domy i świątynie.

Miejsce to jest obecnie celem wypraw turystów z całego świata, którzy nie tylko zachwycają się jego urokliwym krajobrazem. Magnesem na wielu z nich jest też jego zagadkowość. Znaczna część odwiedzających potwierdza, że stojąc nad jeziorem można usłyszeć dźwięk kościelnych dzwonów, a nierzadko dostrzec także odbicie kościelnych wież. Nie brakuje osób, które odwiedzają tę okolicę wierząc w uzdrawiającą moc wody z jeziora Swietłojar – poinformował serwis pravda.ru.

Obrazek


Naukowcy próbowali dotąd niejednokrotnie zgłębić sekret jeziora, ale przeprowadzone dotąd poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów.

Jezior kryjących dziwne tajemnice jest w Rosji znacznie więcej. Podobnie rzecz się ma z jeziorem Swiatowskim położonym w obwodzie tambowskim, w środkowej części Rosji. Tu, podobnie jak w przypadku jeziora Swietłojar, świadkowie mówią o dochodzących z dna zbiornika dźwiękach dzwonów kościelnych. Jeszcze inni twierdzą, że jezioro to jest... pozbawione dna. W trakcie wielu prób, liny czy żyłki obciążone ładunkiem, miały nie osiągnąć kresu. Jezioro Swiatowskie miało zabrać życie wielu rybakom. Zdaniem naukowców, zagłębienie lądu, w którym odnotowano wiele tajemniczych zajść jest pochodzenia meteorytowego. Wrażenia zmysłowe, jakie towarzyszą przebywaniu w okolicach owianych aurą tajemnicy rosyjskich jezior to jednak nie tylko doznania słuchowe. Np. w okolicy jeziora Swietłoje w obwodzie briańskim niejednokrotnie można było dostrzec też wiązki świetlne.

Duże poruszenie wywołały wydarzenia, które odnotowano w 2004 r. Grupa studentów wyruszyła wtedy nad jezioro Grebenitskie, w obwodzie witebskim na Białorusi. Na miejscu wykonali trochę zdjęć oraz filmów, ale nie udało im się dostrzec niczego niezwykłego. Tym większe było ich zdziwienie, kiedy po wywołaniu materiałów, na niektórych klatkach uwiecznionych na filmie, zobaczyli zarys kościoła. Sęk w tym, że w pobliżu tego miejsca nie ma żadnych świątyni. Serwis pravda.ru poinformował, że naukowcy, którzy zapoznali się z materiałami nie potrafili wyjaśnić tego zjawiska, a niektórzy przedstawiciele Kościoła doszukiwali się w tym wszystkim cudu.

Kiedy nad jezioro Grebenitskie zaczęli zjeżdżać zaciekawieni fenomenem reporterzy, wielu z nich na własnej skórze doświadczyło niezwykłości tego miejsca. Okazało się bowiem, że w wielu wypadkach posłuszeństwa odmówił im sprzęt.



Zgodnie z legendą, w okolicach jeziora Grebenitskie, w którym odnotowano szereg incydentów, w przeszłości stał kościół, który pewnego razu, gdy odbywały się w nim uroczystości modlitewne, zapadł się pod ziemię wraz z wiernymi.

W jaki sposób można wytłumaczyć te wszystkie anomalie? Niektórzy twierdzą, że to sprawka fatamorgany. Problem w tym, że nawet, gdyby była to kwestia zjawiska miraży, to przecież i tak nie wyjaśniają one wszystkiego.

Obrazek

żródełko niewiarygodne.pl

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 09 sty 2012, 11:06 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Delfiny to byli ludzie…

Obrazek

Uczeni wyjaśnili to, że delfiny mogą widzieć uszami. Używają one do tego zasad echolokacji: wydają one dźwięki, a potem wsłuchują się w ich echa i orientują się według nich…


W największej rzece świata – Amazonce – poszczęściło się mi zobaczyć różowe delfiny. Na dźwięk silników motorówki wyskakiwały one z wody, a czyniły to tak energicznie, że przez całą sekundę można było widzieć ich mocne, smukłe ciała, które wyglądały w promieniach zachodzącego słońca jak ogromne bukiety kwiatów o barwie zorzy. A potem delfiny z pluskiem wpadały z powrotem do ciemnej wody…


„Wszystkie dzieci są nasze…”


Miejscowi mieszkańcy nazywają tych ogromnych – do 2 m długości – mieszkańców rzeki mianem „boto”. Jedna z indiańskich legend głosi, że „boto” śpiewają słodko brzmiącymi głosami i wciągają w głębinę samotnych podróżnych. Inna legenda opowiada, że w księżycowe noce delfiny zmieniają się w piękne kobiety z długimi włosami. Wychodzą one na brzeg, rozczesują swe włosy, a oczarowani ich widokiem indiańscy chłopcy odpływają z nimi na zawsze do podwodnego królestwa.


Legendy te jako żywo przypominają mity greckie o syrenach – pięknościach z rybimi ogonami, które swym pięknym śpiewem gubiły marynarzy. Pośród tych, którzy widzieli prawdziwe Syreny – krowy morskie Stellera[1], czy diugonie (Dugong dugon) krąży taki żart: pierwszy człowiek, który wziął diugonia za półnagą kobietę zapewne był bardzo młody, albo długo nie schodził ze statku…


Interesujące jest to, że niemal identyczne legendy opowiadają narody oddalone od siebie o tysiące kilometrów!


Mówiąc nawiasem, mieszkańcy amazońskiej selvy uważają, że delfiny-samce mogą przekształcać się w urodziwych młodzieńców. Tacy przemienieni chłopcy biorą udział w tańcach na brzegach rzeki, które są urządzane przez Indian w czasie ich licznych świąt. W czasie tych tańców podrywają oni najpiękniejsze dziewczyny. Jeżeli po tych tańcach okazuje się, że jakaś dziewczyna jest brzemienna, to Indianie twierdzą, że winnym tego są delfiny. Na szczęście indiańskie obyczaje nie są surowe im dziewczynę nie czeka kara, ale normalne, spokojne życie rodzinne. „Delfinie dzieci” ludzie kochają tak, jak wszystkie inne – Indianie powiadają – „wszystkie dzieci są nasze”.


W dorzeczu Amazonki krążą opowieści o tym, że w delfina przekształca się nierzadko gospodarz selvy – Jurupari – pan świata leśnego i rzecznego. Właśnie w tej postaci jest mu łatwiej podglądać mieszkańców nadbrzeżnych wiosek i wybierać obiekty dla swych żartów i kawałów płatanych ludziom.


Potomkowie piratów


Na drugim końcu świata, w Wietnamie, od stuleci zachowała się pewna tradycja: kiedy ludzie znajdą na brzegu martwego delfina, jego opłakują i chowają tak, jakby to był człowiek. Zaś w Japonii znajduje się klasztor, którego mnisi codziennie odprawiają modły w intencji dusz delfinów i wielorybów.


W antycznej Grecji także istniał mit o więzach krwi pomiędzy delfinami a ludźmi. Pewnego razu na boga wina i wesela Dionizosa napadli piraci, którzy wzięli go za zwykłego człowieka. Zakuli go w łańcuchy, ale okowy naraz opadły z rąk boga i przemieniły się w gałęzie winorośli, które opięły maszty i żagle statku, a sam Dionizos wypuścił na nich wściekłego tygrysa. Przerażeni zbóje szukając ratunku przed rozwścieczonym zwierzęciem wyskoczyli za burtę, gdzie syn Zeusa nadał im postać delfinów pozostawiając ludzki rozum. Od tego czasu oni usiłują dobrymi uczynkami zmazać swój grzech, który popełnili w przeszłym życiu.


Słynny rzymski historyk i filozof Pliniusz Starszy (23-79) twierdził, że: „Głos delfinów wielce podobnym jest do człowieczego, bowiem nie zapominają one tego, że byli onegdaj ludźmi…”


Bracia w Rozumie obok nas


Czy to bajka czy nie bajka…? Już w naszych czasach uczeni znaleźli nieoczekiwane potwierdzenia informacji zawartych w dawnych mitach, które dosłownie wywróciły do góry nogami utarte poglądy na temat naszych współmieszkańców Ziemi. Najpierw okazało się, że krew człowieka jest podobna w swym składzie do krwi morskich ssaków – wielorybów i delfinów. A potem jak grom z jasnego nieba spadło na ludzi odkrycie Christophera Moore’a z Instytutu Badań Mózgu im. Mc Governa należącego do Massachusetts Institute of Technology w Cambridge, MA. Moore oświadczył, że krew transportuje po organizmie nie tylko tlen i środki odżywcze, ale także… wpływa na procesy myślowe! „Według naszej hipotezy krew aktywnie reguluje procesy obróbki informacji, której dokonują komórki nerwowe” – wyjaśnia badacz. Jeżeli ta hipoteza jest prawdziwa, to oznacza jedno, a mianowicie to, że ludzie i delfiny myślą jednakowo!


W 1949 roku, amerykański psychoanalityk John Lilly (1915-2001) znany ze swych prac z zakresu neurofizjologii i psychiatrii, dowiedział się od swych kolegów zoologów, że waleniowate posiadają mózgi, których masa absolutna przewyższa mózg człowieka. Fakt ten stanowił wstrząs dla Lilly’ego, który na długie lata poświęcił się badaniom delfinów. Po 12 latach uczony ten wyraził doniosłą myśl, że na naszej planecie istnieją jeszcze inne równe nam intelektem humanoidalne istoty, które dorównują nam poziomem rozwoju umysłowego. A w roku 1967 wyszła jego najbardziej znana książka pt. „Rozum delfina. Intelekt obok człowieka”. Uczony nie bał się powiedzieć głośno i na cały świat tego, że ludziom przyjdzie się uwolnić się od zwyczajowych stereotypów o „człowieku rozumnym” jako koronie stworzenia.


One powróciły do „kolebki życia”


Oliwy do ognia dolali antropolodzy, którzy wyjaśnili, że w czasie wystąpienia globalnego ochłodzenia znanego jako Epoka Lodowcowa, przodkowie ludzi z wybrzeży Oceanu Indyjskiego wiedli półwodny sposób życia. Większą część dnia spędzali oni na poszukiwaniu żywności w jego płytkich wodach. A od tego tylko rzut beretem do takiego obrazu: dawni ludzie coraz bardziej odchodzili od niegościnnej ziemi do szczodrze i hojnie dzielącego się swym bogactwem morza. Długotrwałe pływanie i w ogóle przebywanie w wodzie spowodowało wreszcie serię adaptacji organizmu do środowiska wodnego: wytworzenia się wodoodpornej skóry i izolującej termicznie warstwy podskórnego tłuszczu. Człowiek nauczył się kontrolować oddech, by mógł nurkować za małżami i wodorostami, i coraz rzadziej powracał na ląd.


I tutaj ponownie odżywa w pamięci obraz Ichtiandera – młodzieńca, którego nowym domem na zawsze stały się morskie głębiny.


Od dawna wiadomo, że miliony lat temu przodkowie dzisiejszych delfinów właśnie tak postąpili – porzucili ląd i weszli w morskie wody, czego dowodzą wykopaliska i badania przednich płetw delfinów. Pod skórą płetw tych waleniowatych znajdują się kości całkowicie przypominające kości ludzkiej dłoni.


Także takie autorytety antycznego świata, jak Herodot (484-426 p.n.e.) czy Platon (427-347 p.n.e.) twierdzili, że po katastrofie Atlantydy część jej mieszkańców przekształciła się w „wodnych ludzi”, którzy założyli podwodne państwo na pozostałościach swego zalanego wodą kontynentu. A inne antyczne teksty mówią o podwodnym narodzie Danawów.[2]


Średniowiecznych księgach można znaleźć niejednokrotnie wzmianki o tym, że w rozlicznych akwenach – od brzegów Hiszpanii do armeńskiego[3] jeziora Van (Wan) – zamieszkują dziwne stworzenia mające wygląd człowieka.


Ichtiandry z Wenezueli


Tą pełną tragizmu historię opisał hiszpański mnich i humanista Bartholomé de Las Casas (1484-1566). Na terytorium dzisiejszej Wenezueli zamieszkiwało plemię doskonałych pływaków i nurków. Hiszpańscy najeźdźcy oczywiście zrobili z nich niewolników do wydobywania pereł, co polegało na tym, że musieli oni nurkować na duże głębokości od rana do nocy. „Ich czarne z natury włosy wypłowiały i stały się podobne do sierści lwów morskich[4]” – pisał Las Casas – „na ich plecach pojawiają się solne wykwity, i ludzie przestają wyglądać jak ludzie, a przypominają jakieś potwory”. W nocy członków plemienia skuwano łańcuchami na morskim brzegu, aby nie mogli zbiec. W rezultacie tak okrutnego postępowania z nimi było to, że owo niezwykłe plemię znikło z powierzchni Ziemi. Czyżby niedobitki tego plemienia zbiegły w morskie głębiny?


Być może rozumni „Ludzie Morza” do dnia dzisiejszego obawiają się człowieka, który od stuleci polował na morskie ssaki, bezlitośnie zabijając wieloryby dla mięsa i olbrotu, a delfiny dla tłuszczu i … także mięsa, z którego robiono kiełbasy. Przemysłowy odłów delfinów w Morzu Czarnym został zabroniony dopiero w roku 1967!

Obrazek
Obrazek
Rusałka z Morza Czarnego


Krymskie Rusałki


„Gospodarze wód” wcale nie spieszą się z nawiązywaniem kontaktów, które oni podtrzymywali z naszymi przodkami w dalekiej przeszłości. I dlatego dzisiaj jedynym, nieodpartym, materialnym świadectwem istnienia „Ludzi Morza”, to Rusałka z brązu u brzegów Miszoru na Krymie. Opuściwszy w wodę swój gibki, delfini ogon, ona trzyma w rękach dziecko – jeszcze jeden dowód na kontakty ludzi z morskimi humanoidami, chociaż te kontakty są tylko legendą.


A jednak… - a jednak mówi się wciąż, że spotkania pomiędzy ludźmi i Syrenami na Krymie mają miejsce do dnia dzisiejszego. Ponad dziesięć świadectw o takich kontaktach zebrał w swojej ostatniej książce Anatolij Tawriczieskij – doświadczony nurek i autor mapy podwodnych skarbów Krymu. Wszyscy świadkowie twierdzą, że Rusałki krymskie mają duże oczy, splątane, długie włosy i nieprzyjazny stosunek do ludzi. Pierwszym odczuciem, które przeżywają ludzie przy spotkaniu z nimi to paniczny strach. Być może istoty te, jak delfiny, potrafią wydawać dźwięki niesłyszalne dla naszych uszu.[5] Dźwięki te potrafią wpływać na psychikę człowieka, wywołując u niego nieoczekiwany strach.

Obrazek


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 31/2011, ss.26-27

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 16 sty 2012, 15:23 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Bliskie spotkania z Syrenami - ciekawe :spoko:

Obrazek

20. Inna, może jeszcze bardziej dziwna relacja napłynęła z Sablayan na wyspie Mindoro, Filipiny. Wydarzenie to miało miejsce w nocy 21 czerwca 1978 roku. Filipiński rybak Jacinto Fetalvero opowiedział o tym, że w księżycową noc spotkał piękną Syrenę z „wspaniale błyszczącymi oczami, krasnymi policzkami i zielonymi cętkami na jej ogonie”. Pomogła mu w połowie. Poza nim było tam jeszcze trzech rybaków. Potem jednak Fetalvero nie chciał nic powiedzieć o tym wydarzeniu.


* * *


Spotkania z dziwnie wyglądającymi ziemnowodnymi humanoidami czy istotami miały swoja kontynuacje w latach 80., czasami w tak nieoczekiwanych okolicznościach, jak w tym przypadku z Oceanu Indyjskiego, który wydarzył się krótko po północy pewnego sierpniowego dnia w 1986 roku:


21. Na pokładzie SS Uelen – parowca z portem macierzystym w Odessie będącego w rejsie do Singapuru – marynarz Wiktor Tanygin wrócił właśnie z wachty I zmęczony położył się na swej koi z książką w ręku. Naraz poczuł, że ktoś patrzy się na niego. Spojrzał w bulaj i ujrzał w nim wpatrującą się w niego nieznaną kobiecą twarz. Jej włosy były ciemnego koloru, jej skóra była bardzo opalona, oczy niebieskie ale o wiele większe, niż u człowieka. Przez kilka sekund oboje patrzyli na siebie, a potem Wiktor wyskoczył ze swej koi i wybiegł z kabiny krzycząc wpadł do kabiny swych kolegów. Zebrał ich przy sobie i opowiedział im o tym, że widział jakąś dziwną, nieznaną istotę. Przeszukali statek, ale nie znaleźli nieznanej istoty (która zapewne wróciła do oceanu). Ale Wiktor bał się spać samotnie w swej kabinie i poszedł spać do innej kabiny wraz z kolegami.


Prawdziwie przerażające wydarzenie z podobnego typu istotą miało miejsce pewnego popołudnia w 1988 roku, kilka mil od wybrzeży Florydy na Oceanie Atlantyckim.


22. Znany zawodowy nurek Robert Froster nurkował samotnie w celu znalezienia sztucznych konstrukcji na dnie morskim, kiedy zobaczył jakieś zamieszanie w wodzie. Kiedy odwrócił tam wzrok, to ujrzał jakąś postać zmierzającą w jego kierunku. Woda wokół niego dosłownie zakipiała i zmętniała od podniesionego z dna obłoku mułu i osadów. Kiedy nieznana istota ruszyła na niego, to zauważył, że porusza się ona ruchem wężowym, a nie ślizgiem. Kiedy istota znalazła się w odległości 20 stóp (ok. 6,5 m) od niego, wtedy ujrzał on coś dziwnego. Istota miała ramiona z ostrymi szponami, które wyciągnęły się ku niemu. I wtedy właśnie ujrzał on istotę w całej swej krasie. Miała ona niezaprzeczalnie parę kobiecych piersi, długie włosy, gładką skórę, rybi ogon od pasa w dół. Wyglądała jak pół-kobieta pół-ryba. Froster powiedział potem, że:
- Nigdy nie widziałem tak wściekłej nienawiści w oczach żadnego człowieka czy zwierzęcia.
Zanim stworzenie mogłoby go dopaść, Froster wystrzelił w kierunku powierzchni i wspiął się na pokład swej łodzi, gdzie był już bezpieczny. Już nigdy więcej nie zobaczył tego stworzenia.


* * *


23. Następna relacja o spotkaniu z całkiem innym rodzajem ziemnowodnego stworzenia czy humanoida napłynęła z Krymu, Ukraina. 18 sierpnia 1991 roku, około godziny 23:30 EEST, w Batilimanie koło przylądka Aja miało miejsce następujące wydarzenie:


Wiaczesław (Sława) Tertes – lider rokowej kapeli „Oreol” z Sewastopola zażywał samotnie wieczornej kąpieli w rejonie przylądka Aja, pomiędzy Sewastopolem a Foros. Będąc dobrym pływakiem odbił się on na odległość jakichś 100 m od skalistego wybrzeża na południowym-zachodzie Półwyspu Krymskiego. Morze Czarne było zupełnie ciche i spokojne w świetle księżycowej pełni. Zachwycając się pięknym widokiem Wiaczesław płynął powoli z morskim prądem. Naraz poczuł on, że coś dotyka jego ramion, błyskawicznie odwrócił się ale nie zauważył za sobą nikogo, ale usłyszał plusk wody. Pomyślał, że z całą pewnością któryś z jego przyjaciół chciał mu zrobić kawał i popłynął w kierunku brzegu. Naraz znów poczuł dotknięcie, a potem kopnięcie w ramię. Odwrócił się, i zobaczył twarz młodej kobiety z długimi włosami doskonale widoczną w świetle księżyca. Jej oczy były o wiele większe od ludzkich i wydawało się, że emitują one fosforyzujące światło. Świadek przestraszył się i odrzucił jej rękę, którą go dotykała, a następnie rzucił się do ucieczki w stronę brzegu płynąc najszybciej jak mógł. Nie słyszał za sobą plusku i nie odwracał się. Kiedy znalazł się wreszcie przy brzegu poczuł znowu silne dźgnięcie w plecy, i kiedy wreszcie się odwrócił, to zobaczył za sobą twarz tej kobiety, która wydawała się być „rozczarowana”, ale on nie zatrzymał się tylko wybiegł z wody na brzeg i zaczął krzyczeć. Jego koledzy nadbiegli szybko i ujrzeli coś błyszczącego i srebrzystego, co pokazało się w wąskim pasie wody oświetlonej księżycem i także usłyszeli plusk wody. Wiaczesław uspokoił się dopiero w parę godzin później, kiedy tylko napił się wódki. Jednakże po jakimś czasie poczuł pragnienie ujrzenia tej Syreny ponownie i kilkakrotnie odwiedził to miejsce i pływał samotnie nocami w Morzu Czarnym, ale już nigdy nie spotkał jej ponownie. Miał on sny o niej, jak go przywołuje do siebie.


24. Najdziwniejsze wydarzenia miały miejsce w roku 1992, kiedy to przekazano mi informację o pewnym popołudniowym incydencie na Playa Media Luna, wyspa Vieques Island, Puerto Rico, które przywodziły na myśl wydarzenia ze Strefy Zmierzchu:


Pan Anibal Perez i jego młody siostrzeniec przyszedł na plaże wraz z ich babcią i radośnie zażywali kąpieli morskiej i słonecznej, kiedy naraz i najwidoczniej wprost z głębiny wynurzył się może 12-letni chłopiec i zbliżył się do świadków. Obcy nie zdradzał złych zamiarów, a wręcz na odwrót – wydawało się, jakby szukał towarzystwa ludzi. Świadkowie zapytali go o to kim był, ale on nie odpowiedział tylko wydawał z siebie dźwięki podobne do pisków delfinów. Naraz chłopiec zanurkował w głębokiej wodzie pionowo w dół, by po chwili wynurzyć się z powrotem z garścią piachu w dłoniach, który ofiarował oby zdumionym świadkom.


Najwidoczniej chciał, by ludzie zjedli ten piasek, ale odmówili. Byli jeszcze bardziej zdumieni, kiedy okazało się, że chłopiec jadł ten piasek, jak normalne jedzenie. Obcego opisywali oni jako kompletną istotę ludzką, chudą z czarnymi włosami i odzianą w żółte kąpielówki. Kiedy świadkowie pływali, Obcy starał się naśladować ich ruchy. Zanurzył się on znów w głębinę i tym razem wypłynął wynosząc jakieś wodorosty, które także zaproponował świadkom. Wydając z siebie dziwne dźwięki jak delfinie piski, próbował się porozumieć z ludźmi.


Po tym, jak świadkowie próbowali wypytać Obcego, ten spróbował powtarzać ich mowę, powtarzając wszystko, co doń mówili. Po chwili wydawało się, że jest w stanie powtórzyć to w sposób uporządkowany i powiedział, ze pochodzi „z dna oceanu”. W kilka minut później pomachał im na do widzenia i powiedział coś w rodzaju „do widzenia ludzie!” – poczym zanurkował i tyle go widzieli. Nie zobaczyli go już więcej.


I to nasuwa automatycznie pytanie: czy istnieją podmorskie cywilizacje, czy tylko podmorskie bazy Obcych?<!--[if !supportFootnotes]-->[1]<!--[endif]-->


25. Kolejny przypadek o wysokiej dziwności miał miejsce w letni dzień 1997 roku w Zatoce Fińskiej, w okolicy Sankt Petersburga (d. Leningrad) w Rosji:


Oficer Rosyjskiej Marynarki Wojennej – podwodniak, Nikołaj M. będący nurkiem-amatorem nurkował na płytkiej wodzie zatoki, kiedy zauważył on dziwny, podłużny obiekt o kształcie ogórka. Sądząc, że jest to jakiś fragment wraka jakiegoś starego statku lub okrętu, Nikołaj obwiązał linę wokół obiektu i próbował wydobyć to „coś” na powierzchnię. Jednakże mu się to nie udało, zdecydował więc przywiązać stalówkę do tego przedmiotu i wydobyć go wyciągarką samochodową z wód zatoki. Wypłynął więc na powierzchnię, by wziąć sprzęt niezbędny do wykonania tego zadania. Zabrał pneumatyczny świder w celu wywiercenia otworów do przymocowania stalówek. Nikołaj zanurkował na dno i spróbował wywiercić otwory. Naraz z otworu wytrysnęła ciemna ciecz podobna do ropy naftowej i uderzyła go w twarz. Ale Nikołaj mimo tego zwiększył ciśnienie w celu powiększenia otworu. Naraz usłyszał głuchy huk wewnątrz „ogórka” i ujrzał podobną do krwi ciecz w wodzie. Obiekt wypuścił z siebie bańki gazu i szarpnął się przysuwając się do niego. W tej samej chwili Nikołaj ujrzał dziwną istotę, najwidoczniej człekokształtną mającą nienaturalnie białą skórę, która wydawała się być zraniona w plecy przez świder. Rana ta krwawiła.


Twarz istoty wykrzywiał ból przerażenie. Istota patrzyła na Nikołaja hipnotyzującym wzrokiem, bezgłośnie otwierając i zamykając usta. Nikołaj usiłował odepchnąć od siebie „ogórka” w kierunku dziwnej istoty, ale Obcy złapał go za ręce. Jego ręce miały szpony, bardzo ostre, które wbiły się w ręce Nikołaja i poraniły je. Broniąc się Nikołaj wziął wolną ręką pneumatyczny świder i wycelował go w pierś Obcego. W tym momencie najprawdopodobniej stracił przytomność. Został on wypchnięty z wody i ocalił swe życie, ale stracił część swej ręki. Nie znaleziono żadnych śladów obiektu i humanoida. Najwidoczniej “ogórek” był jakimś rodzajem kokonu dla Obcego, w którym ten ostatni przebywał na dnie Zatoki.


Cztery następne relacje pochodzą z Afryki, a konkretnie z Zimbabwe, z okolic miasta Charmwood i wydarzyly się w styczniu 2000 roku:


26. Pan Marko Batau szedł od strony Chawarura Shopping Center i kiedy zbliżył się do rzeki Hunyadi, ujrzał on kogoś, kto wydawał się być białą kobietą siedzącą w słońcu na skale, w połowie zanurzoną w wodzie. Kobieta była naga, i Marka zdumiał ten fakt. I wtedy z jeszcze większym zdumieniem zobaczył, że kobieta ta nie ma nóg, ale rybi ogon.


Syrena nie zauważyła go w pierwszej chwili, dopóki nie narobił hałasu usiłując podejść do niej poprzez krzaki. Kiedy to zrobił, Syrena znikła w wodzie.


W parę dni później, jego ciekawość wzrosła, kiedy szedł tą sama drogą do domu. Ku jego najwyższemu zdumieniu, Syrena ta znajdowała się ponownie na kamieniu i co więcej, obok niej leżało pranie, które suszyło się także na krzakach nieopodal. Niestety, czy to z emocji, czy też ze strachu, nie zauważył on, co to właściwie się tam suszyło – czy to było ubranie czy jakieś szmaty. I znowu podszedł bliżej, by lepiej widzieć. Naraz jego wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Syreny, który przykuł go do ziemi. Następnie Syrena znikła pod wodą.


Następnego tygodnia, Marko rozmyślnie chodził na skrót do domu. I znowu ujrzał tą samą Syrenę na swym miejscu. Tym razem miała ona w rękach dziecko, które kąpała. I znów jak poprzednio, Marko usiłował podejść Syrenę, by się jej dokładnie przyjrzeć, I ponownie słysząc jego kroki, Syrena znikła pod wodą wraz z dzieckiem.


W marcu 2005 roku, doniesiono mi o serii podobnych incydentów nad brzegami Morza Kaspijskiego, szczególnie z rejonów Astary i Lenkoranu w Azerbejdżanie:


27. Mieszkańcy kilku miast na brzegach Morza Kaspijskiego w Iranie i Azerbejdżanie twierdzili, że widzieli oni ziemnowodnego człowieka, którego widziano jak pływał pośród wielkich ławic ryb. Pogłoski głosiły, że wody, w których pływał ten Syren stawały się krystalicznie czyste. Ostatnio widzieli go członkowie załogi azerskiego statku rybackiego MV Baku. Zgodnie z oświadczeniem Gafara Gasanowa, kapitana tego trawlera, stworzenie to płynęło kursem równoległym do statku przez długi czas. Najpierw sądzili oni, że to jakaś wieka ryba, ale dostrzegli oni włosy na jego głowie i stwierdzili niezwyczajny wygląd zewnętrzny. Przednia część ciała była wyposażona w ramiona. Krótko po opublikowaniu ich raportu w irańskich gazetach – znalazło się wielu świadków, którzy opisali swoje własne obserwacje takiej istoty.


Czytelnicy wskazywali na to, że rybacy widzieli wielokrotnie to stworzenie w morzu i na brzegu, na krótko po zaktywizowaniu się podmorskich wulkanów na akwenie Babolsera w lutym [2005 r.] i wydobycie ropy naftowej stało się bardziej intensywne w Morzu Kaspijskim.


Wszystkie te relacje mówią o morskim humanoidzie. Jego wzrost waha się pomiędzy 165 a 168 cm, ma on płaski brzuch, palce u rak i nóg spięte błoną pławną. Jego skóra jest blada. Jego włosy wyglądają na czarno-zielone. Jego ramiona I nogi wyglądają na krótsze, niż u średnio zbudowanych osób. Poza tym miał on coś w rodzaju grzbietowej płetwy delfina. Nic nie wiadomo o jego uszach. Jego oczy były wielkie i okrągłe. Usta tej istoty były wielkie, górna szczęka zachodziła na dolną, która płynnie przechodziła w szyję. Policzków nie stwierdzono.


Irańczycy nazywają tą istotę „Runan-szach” albo „Panem mórz i rzek”. Inne relacje mówią o tym, że wody morskie robią się krystalicznie czyste, kiedy ta istota w nich przebywa przez dłuższy czas. Rybacy twierdzą, że ryby wiedzą, że ta istota się do nich zbliża i wydaje bulgoczący odgłos. Istnieje teoria głosząca, że istota ta nie jest sama i ma tutaj swych pobratymców czy rodzinę, która się ukrywa przed ludźmi, a która wykonuje tutaj jakąś misję... – rozwiązania problemów środowiskowych, ekologicznych w Morzu Kaspijskim.


Sprawa jest niebagatelna, bowiem reprodukcja flory i fauny w Morzu Kaspijskim znacząco spadła z powodu zwiększonego wydobycia ropy naftowej i podwodnej aktywności wulkanicznej, co szczególnie dotyczy zachodniej i południowej części tego akwenu. Astrachańscy rybacy mają poważny problem z powodu spadku odłowu jesiotra. [Nie ma kawioru…]


Podsumowując wszystkie doniesienia na temat CE-0 z istotami ziemnowodnymi i wodnymi z mojej kartoteki powtarzają się, i chciałbym zakończyć mój raport dodając do tego ostatni przypadek z Ameryki Południowej:


28. We wrześniu 2007 roku, w jeziorze Quistococha w Iquitos, Peru miał miejsce następujący incydent:


Ponad 20 uczniów ze szkoły „Maria Parado de Bellindo” twierdziło, że jakaś syrenopodobna istota ukazała się im na środku jeziora Quistococha, i sygnalizowała do nich wymachując rękami. Dzieciaki, których wiek wahał się pomiędzy 7 a 8 latami, oświadczyły iż kiedy zażywały kąpieli, to kobieta z ogonem zamiast nóg pokazała się na środku jeziora i wyglądało na to, jakby się myła nabierając wodę w stulone dłonie i wylewając ją sobie na głowę.


Kiedy Syrena zorientowała się, że ją zauważono, zaczęła robić przyzywające gesty, by dzieci zbliżyły się do niej. Jednakże uczniowie przerazili się jej niezwykłym wyglądem i uciekli, zaś Syrena zanurzyła się pod powierzchnię wody. Dzieci powiedziały potem, że ona była bardzo ładna. Miała złociste falujące włosy, bardzo białą skórę, ale nie miała nóg, za to zauważyły one cienki rybi ogon.


Zgodnie z ich oświadczeniem, Pani Jeziora nie wyglądała groźnie i nie przedstawiała sobą żadnego niebezpieczeństwa. Miejscowi twierdzą, że zobaczenie Syreny w południe jest czymś niezwykłym, bowiem zazwyczaj wypływa ona na powierzchnię w nocy, szczególnie kiedy księżyc odbija się w wodzie na środku jeziora.


Ich sąsiedzi dodają, że często zdarza się słyszeć jej płacz i jej głos jest smutny, melancholijny – nawet niszczący – i niezwykle intensywny. Syrena nie wyrządziła nikomu żadnej krzywdy i aktualnie jest uważana za strażniczkę tej miejscowości… (skąd my Polacy to znamy???)


* * *


Co możemy powiedzieć na temat tych dziwnych spotkań? Czy jest możliwym, żeby takie rzeczy się w ogóle zdarzały? Nawet jeżeli tylko jedna czy dwie relacje z przytoczonych tutaj są prawdziwe, to należy stwierdzić, że istnieje jakaś podwodna cywilizacja albo żyją jakieś kryptydy w wodach Wszechoceanu i wodach śródlądowych! Czy są to Kosmici? Czy są to może mieszkańcy Ziemi będący tutaj od tysiącleci zanim na naszej planecie pojawili się ludzie? Nie mam na to odpowiedzi, tylko coraz więcej pytań…


Od tłumacza


Albert Rosales jest jednym z amerykańskich badaczy humanoidalnych istot pojawiających się na naszej planecie w towarzystwie Nieznanych Obiektów Latających – UFO. Ma on bogatą kartotekę Bliskich Spotkań w humanoidalnymi kryptydami z całego świata i w szczególności z USA. W jego kartotece znajduje się kilkanaście tysięcy relacji o takich spotkaniach, gromadził je on w ciągu co najmniej trzydziestu lat!


Całkowicie zgadzam się z końcowymi wnioskami Autora, mamy do czynienia z Morskimi Ludźmi, których pochodzenie jest jeszcze niezbadane. Niezbadane dlatego, że oficjalna nauka nie zajmuje się w ogóle tym zagadnieniem – ba, ignoruje je!


A jest to błąd. Choć z drugiej strony znając wredną i przewrotną mentalność i wypranie z moralności niektórych przedstawicieli gatunku Homo (ponoć) sapiens zdaję sobie sprawę z tego, że zaraz znalazłby się jakiś popapraniec, który usiłowałby wykorzystać Morski Lud do swych niecnych celów, albo – co jeszcze gorsze – obróciłby Ich przeciwko innym ludziom. Wystarczy mi to, co zrobiono z delfinami i innymi inteligentnymi morskimi ssakami w morskich laboratoriach US Navy i Floty Czarnomorskiej (i innych też, nie czarujmy się…), gdzie tresowano delfiny nie tylko do wyławiania min i torped, wykrywania obcych okrętów podwodnych czy wrażych płetwonurków ale także uczono je mordowania ludzi…


Do tego, co podał Albert Rosales mógłbym jeszcze dodać Warszawską Syrenę, z Wisły, Zielenicę – córkę króla Bałtyku zamordowana i pochowana w Trzęsaczu i prześliczną Świetlanę z jeziora Wicko Wielkie. To jest nasz wkład do jego materiału.


Czym jest morski Lud? Być może są to przedstawiciele rasy ludzkiej, która powróciła do Wszechoceanu. Może to być także wyhodowany sztucznie gatunek człowieka wodnego – jakiegoś Homo sapiens aquaticus czy nawet subaquaticus, który miał za zadanie prowadzić wojnę pod wodą? A czemuż by nie? Można było tego dokonać na Atlantydzie czy Mu w zamierzchłej Przeszłości. A historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać i czyni to tyle razy, na ile jej pozwolimy!


Obym był w błędzie…


Przekład z j. angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 16 sty 2012, 15:26 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
1. Nie dalej, jak w lipcu i sierpniu 2009 roku, w nabrzeżnej wiosce Kiryat-Yam (Izrael) jej mieszkańcy odnotowali kilkanaście spotkań z tymi stworzeniami. Zgodnie z relacją Schlomo Cohena – jednego z pierwszych ludzi, który zetknął się z Syreną, odbyło się to tak:
- Byłem właśnie przyjaciółmi, kiedy naraz zobaczyłem kobietę leżącą w dziwnej pozycji na piasku. Początkowo sądziłem, że zażywa ona kąpieli słonecznej, ale kiedy zbliżyliśmy się, to wskoczyła do wody i odpłynęła znikając w niej. Wszyscy byliśmy w szoku, bowiem ujrzeliśmy, że ma rybi ogon.


2. O wiele wcześniejsze i jeszcze bardziej zdumiewające świadectwo spotkania z Syreną czy jakimś innym humanoidalną morską kryptydą możemy znaleźć w starej pracy znanego pisarza Caforni zatytułowanej „Agaub El-Malkowkat”, w której czytamy, że:


W roku Pańskim 894, złapano rybę w Morzu Kaspijskim, którą otwarto i pokazano księciu Salemowi, bowiem wewnątrz tej ryby znajdowała się „morska dziewczyna”. Miała ona na sobie coś w rodzaju pantalonów zrobionych ze skóry jakby ludzkiej, sięgających do kolan. Od czasu do czasu podnosiła ręce do swej twarzy i włosów. Oddychała ona ciężko i żyła tylko kilka chwil.


- a na jej temat nie ma żadnych innych informacji.


3. Jedno z najwcześniejszych doniesień o CE z Syreną zostało odnotowane w Orford, East Anglia na Wyspach Brytyjskich roku 1204. pewnego dnia kilku angielskich rybaków czy wędkarzy złapało coś dużego i ciężkiego w swe sieci. Kiedy wyciągali sieci na pokład swych łodzi zobaczyli coś o czym sądzili, że jest to jakieś duże stworzenie, które silnie szarpało się w nich.


Z największym zdumieniem stwierdzili, że po wyciągnięciu sieci na pokład ujrzeli leżącego tam mężczyznę patrzącego z wściekłością na nich. Opisali go, że był on nagi, ale jego ciało było owłosione, miał on długą brodę, zaś czubek jego głowy był zupełnie łysy. Próbowali się bezskutecznie z nim porozumieć, wreszcie związali go i zabrali do miasta. Syren został zabrany do zamku w Orford, gdzie jego rezydent sir Barthomolew de Gladville uwięził go. On i więźniowie próbowali się porozumieć z tym Syrenem, ale wydawał on tylko dziwne dźwięki. Zauważyli także, że kiedy jadł on surowe ryby, to wyciskał z nich wodę na stuloną dłoń i pił ją. Bartholomewa de Gladville’a rozdrażniło jego milczenie, więc zaczął go torturować poprzez powieszenie go do góry nogami. Pomimo tego, Syren wciąż milczał (dlaczego?) i w końcu dano mu spokój.


Barthomolew de Gladville wziął go następnie do najbliższego kościoła, ale było oczywistym, że istota ta nigdy przedtem nie była w kościele i nie uczestniczyła w nabożeństwie. Pewnego dnia Syrena dostarczono do portu. Rozciągnięto sieci w poprzek wyjścia z portu, by nie mógł uciec. Syren wskoczył do wody i od razu popłynął w kierunku sieci, a potem z łatwością przepłynął pod nią w kierunku otwartego morza z radości robiąc kręgi na wodzie. Już go więcej nie zobaczono. A interesujące jest to, że ów Syren nie miał rybiego ogona!


4. Innym historycznym świadectwem jest relacja z Edamu w Holandii. Było to w roku 1403. Dwie dziewczyny idące z mlekiem spotkały dziwną istotę na błotnistej mieliźnie na Kanale Edamskim. Zgodnie z relacją ze starych kronik – dziwna, kobieca istota była włochata i pokryta mchem i małymi roślinami morskimi. Nie wypowiedziała ona ani słowa, ale później widziano ja przy kilku innych okazjach. O tej istocie napisano w „The Purnermeer Mermaid”.


5. O innym anegdotycznym spotkaniu, które miało miejsce w dniu 9 stycznia 1493 roku, w pobliżu wybrzeży Mezoameryki napisał w swej kronice o. Bartolome de Las Casas. Zgodnie z jego relacją – słynny nawigator Krzysztof Kolumb (Christobal Colon) twierdził, że zaobserwował on „trzy Syreny na pełnym morzu… Ale nie były one tak piękne, jak to się mówi i miały pewne podobieństwo do kobiet i mężczyzn…” Prawdopodobnie nie wchodziły w grę żadne manaty w tym przypadku.


6. Innym przypadkiem, w który był zamieszani członkowie załogi innego znakomitego żeglarza i podróżnika Henry’ego Hudsona – Thomas Hilles i Robert Raynar, którzy w dniu 15 czerwca 1608 roku, w czasie II wyprawy Hudsona w poszukiwaniu tzw. Przejścia Północno-Wschodniego, zauważyli Syrenę nieopodal brzegów Nowej Ziemi (Rosja), niemal na 75 stopniu szerokości geograficznej północnej. Była ona wielkości człowieka, miała kobiece plecy i piersi, białą skórę oraz długie i czarne włosy. Kiedy się zanurzyła, zauważyli oni jej cętkowany ogon jak u morświna.


7. Kolejny przypadek miał miejsce na Wyspach Owczych (Dania) w roku 1723. Członkowie Duńskiej Królewskiej Komisji badający prawdopodobne relacje o spotkaniach z Syrenami i podobnie wyglądającymi istotami na tych akwenach, zaobserwowali dziwnie wyglądające stworzenie, które zbliżyło się do ich statku. Stworzenie to zanurzało się gwałtownie, a potem równie szybko wynurzało, by im się dokładnie przyjrzeć. W czasie kilku minut obserwacji tego stworzenia, statek zaczął się gwałtownie kołysać, co zmusiło załogę do odpłynięcia z tego miejsca. Kiedy to zrobili, Syren wydął swe policzki i wydał z siebie głęboki ryk, a potem zanurkował i znikł im z oczu.


8. Pewnego razu, przed rokiem 1791, na brzegu w okolicy Castlemartin koło Dyfed (Walia). Henry Reynolds szedł plażą, i naraz ujrzał kogoś wyglądającego na szesnastolatka siedzącego w morzu. Kiedy podszedł bliżej to zobaczył, że istota ta ma duży, węgorzowaty ogon, którym istota poruszała przez cały czas. Jego/jej (???) ramiona wydawały się być cienkie i krótkie, a z czoła wystawały jakieś brązowe wstęgi, które przewieszały się przez plecy i wchodziły do wody. Reynolds obserwował tą istotę przez całą godzinę, jak ona/ono płynęło nieopodal skały w odległości około 35 stóp (10,5 m).


9. W dniu 12 stycznia 1809 roku, wczesnym rankiem w Sandside (Caithness, pn-wsch. Szkocja) dwie kobiety stojące na plaży widziały coś, co wyglądało jak „twarz młodej kobiety, okrągłą i pulchną o różowej barwie” w morzu. Pojawiła się ona w wodzie, potem znikła i znów się pojawiła po krótkiej chwili. Wtedy one mogły ujrzeć więcej szczegółów jej budowy i zobaczyły, że ma ona ładnie uformowane kobiece piersi, i od czasu do czasu ponosiła swe szczupłe ramię, by odgarnąć z czoła swe długie, zielone włosy.


10. Prawdziwie zdumiewającym i jednocześnie anegdotyczną jest doniesienie z Ameryki Południowej, a dokładniej z jeziora Lacar w prowincji Neuquen, w Argentynie, pochodzące z 1850 roku. Stworzenie podobne do Syreny – jakiś wpół-płaz wpół-człowiek – było wielokrotnie widziane na tym akwenie. Syrena ta – jak twierdzą świadkowie – miała zdolność lewitacji ponad lustrem wody i – jak się przypuszczało – mieszkała w podwodnym mieście. Niestety nie ma żadnych bliższych danych o tych Bliskich Spotkaniach…


11. Gdzieś na Bahamach, gdzie dokładnie nie wiadomo, w roku 1869 sześciu mężczyzn płynąc łódką do zatoki, zauważyło na płyciźnie piękną Syrenę o niebieskawych włosach, które spływały na jej ramiona i ręce. Zauważywszy ludzi, stworzenie to wydało z siebie niesamowite wycie i znikło w głębinach oceanu, zanim mężczyźni zbliżyli się do niej.


12. W lecie 1890 roku w okolicy Deerness, (Orkady, Szkocja) miała miejsce seria obserwacji stworzenia, które potem nazwano Syreną z Deerness. Będąc regularnym gościem w zatoce Newark Bay, Syrena ta wpłynęła do archiwalnych zapisów, potwierdzających obserwacje setek naocznych świadków składających swe zeznania pod przysięgą. Z dokumentów tych wynika, że Syrena zatrzymywała się w pewnej odległości od brzegu, tak że nie ma wyraźnego opisu jej postaci. Ale istnieje jeden wyjątek, który przekazuje jej dokładny opis, nie odbiegający od archetypowych opisów Syren z książek:


To była istota o długości 6-7 stóp (1,8 – 2,1 m), z małą czarną głową, szyją, śnieżnobiałym ciałem i dwoma ramionami, którymi płynąc poruszała tak, jak ludzie. Wydawało się, że czasami ślizgała się na zatopionej skale, a czasem wymachiwała rękami.


13. W roku 1900, właściciel ziemski z Sandwood (Highland, Szkocja) usłyszał ujadanie swego psa i zauważył dziwną istotę leżącą na skalistym występnie na brzegu morza w odległości kilku kroków od nich. Istotę tą opisał on jako kobiecą, o ludzkich wymiarach, pięknej postawie, z falującymi rudymi włosami, niebiesko-zielonymi oczami, i łukowatymi brwiami. Istota ta o syrenich kształtach, rzuciła świadkowi przestraszone i gniewne spojrzenie, zmuszając świadka do wyjścia z wody.


14. To, co się stało jest jednym z pierwszych z najnowszych obserwacji Syren, a wydarzyło się ono w maju 1935 roku, w świetle dnia w okolicy wybrzeża Redondo Beach, CA. Załoga kutra rybackiego zauważyła w odległości 3 mil (ok. 5,5 km) od brzegu zdumiewającego Syrena, którego opisała następnie jako osobnika z błyszczącymi oczami, szerokim i gładkim czołem, ciemnymi włosami na głowie i z brodą. Jego wzrost – a w tym przypadku raczej długość – oceniono na 10-12 stóp (3,6-4 m). Trzepnął ogonem i znikł im z oczu, zanim zdążyli się doń zbliżyć.


15. W 1947 roku – w tym samym, w którym zaczęła się współczesna Era Latających Spodków – 80-letni Alexander Gunn – wędkarz z Island of Muck (Highland, Szkocja) zauważył Syrenę u wybrzeży tej wyspy. Istota ta była Syreną sądząc po wyglądzie, i siedziała na pływającej po wodzie drewnianej skrzyni. Wyglądała tak, jakby czesała swe długie, jasne włosy. Syrena skoczyła do wody, kiedy tylko stwierdziła, że ktoś ją obserwuje.


16. Inna podobna relacja pochodzi z Chirundu w Zimbabwe z końca 1951 roku:


16-letnia Cleo Rosin szła ze swą matką do rzeki Zambezi po wodę. Kiedy wyszły na brzeg, zauważyły canoe zakotwiczone nieopodal ławicy, więc Cleo weszła do niego nieco ryzykownym sposobem. Kiedy usiadła w nim, to stwierdziła, że na środku rzeki znajduje się mała okrągła wysepka, która była niezwykle szeroka z tego miejsca. A na tej wysepce siedziała z ciałem częściowo zanurzonym w wodzie piękna kobieta z długimi czarnymi włosami. Ku zdumieniu Cleo, kobieta ta była naga a jej skóra była biała. W tym czasie matka Cleo napełniała wiadra wodą. Cleo krzyknęła do matki:
- Mamo! Tam jest jakaś kobieta!
Matka spojrzała w tą stronę i powiedziała:
- Cicho, sza… lepiej siedź cicho – a potem dodała – obejrzyj się!
Ale Cleo patrzyła na dół ciała kobiety, która była rybia, zaś ona patrzyła na nie. Kiedy się obejrzała, jak kazała jej matka, a potem spojrzała z powrotem na wysepkę, to kobiety już tam nie było. Matka zakazała jej mówić komukolwiek o tym spotkaniu uzasadniając to tym, że Syrena wróci i porwie ją.


17. Przedziwny incydent z jakimś gatunkiem podwodnych kryptyd miał miejsce nad jeziorem Maracaibo w Wenezueli, w dniu 8 listopada 1965 roku. Trzy rodziny zameldowały zaobserwowanie dziwnego wodnego zwierzęcia, które przypominało węża z trzema ludzkimi głowami. Nie ma żadnych innych danych na ten temat.


18. Pewnego dnia w 1967 roku, w rejonie przesmyku Active Pass w Kolumbii Brytyjskiej (Kanada), pasażerowie promu zauważyli coś, co nazwali potem Syreną siedzącą na skałach u wejścia do przesmyku. Doniesienia wskazują na to, że Syrena miała długie, jasne włosy, spód jej ciała stanowił ogon morświna i jadła łososia. Zdjęcia wykonane przez człowieka przelatującego tam samolotem potwierdzają relacje świadków. Gazeta „Times – Colonist” opublikował informację i zdjęcie wraz z oświadczeniami naocznych świadków. Niestety, żaden ze światków nie był w stanie udzielić wtedy wywiadu. Nie ma także – niestety – żadnego innego zdjęcia, które by potwierdziło ich autentyczność i źródło.


19. Następna skomplikowana historia została nadesłana z Amazonasu, a dokładniej znad Rio Tambopata, rejon Chonta w Peru, i która miała miejsce w 1976 roku. Przypomina ona o możliwości istnienia podwodnych społeczności w innych wymiarach, niż nasze:


Głównym świadkiem jest kobieta o imieniu Elena, która wiosłowała w swym małym canoe po rzece, i która naraz spotkała drugą kobietę płynącą w małym canoe. Zrównawszy się z nią pozdrowiła ją i zaczęła rozmowę o jakichś błahostkach. Kobieta zanim odpłynęła od niej powiedziała Elenie, że ma na imię Rogelia i że ma zamiar wrócić tu któregoś dnia.


Zgodnie z oświadczeniem Eleny, młoda kobieta była bardzo ładna, jej skóra była bardzo biała, miała ona długie, bardzo jasne włosy i intensywnie zielone oczy. Ubrana była w lśniący, zielony strój i płytkie buty.


Kiedy było po wszystkim, Elena poszła do domu. Następnego dnia Rogelia powróciła, a Elena zaprosiła ja na śniadanie, zaś po długim spacerze znów znikła. Od tego czasu wizyty Rogelii stały się częste i zawsze rankiem. Heliodoro, mąż Eleny, szedł do pola każdego ranka i nigdy nie widział Rogelii, która przybywała zawsze po tym, jak szedł on do pracy. Pewnego dnia Elena opowiedziała o niej i jej wizytach swemu mężowi, który nawet chciał się z nią spotkać, ale w końcu poszedł do pracy jak zwykle. Nie dowierzał żonie i po prostu zapomniał o wszystkim. Jednak pewnego dnia, kiedy wrócił do domu po pracy, Elena powiedziała mu, że Rogelia dopiero co opuściła ich dom. To rozgniewało go i zwymyślał ją od ostatnich.


Pewnego dnia syn Eleny cierpiał na ostry atak biegunki, kiedy przyszła Rogelia z wizytą. Powiedziała Elenie, że jej matka jest lekarzem i że zaraz zawiezie do niej chore dziecko. Obie poszły do rzeki i kiedy Elena wsiadła do canoe Rogelii, to zaczęło ono tonąć w wodzie, co wystraszyło Elenę, która szybko wyskoczyła z niego do swojej łodzi, która stała obok, a potem uciekła do domu przerażona.


Następnego dnia, Heliodor wrócił wcześnie z pracy, około godziny 10:00 i zastał swoją żonę Elenę gadającą z kimś, kogo on nie widział. Widząc to, Heliodoro rzucił swoją maczetą na ziemię przed domem, w nadziei wyrwania Eleny z dziwnego transu, w jakim się znajdowała. Wtedy Elena powiedziała:
<!--[if !supportLists]-->- <!--[endif]-->Heliodoro, musisz uważać, bo omal nie uciąłeś Rogelii stóp.
Najwidoczniej maczeta uderzyła w ziemię koło stóp niewidzialnej Rogelii. Wściekły Heliodoro wrócił do domu, a potem Rogelia powiedziała Elenie, że też musi iść.


Przy każdej okazji, kiedy rzeka wzbierała Elena widywała Rogelię w jej małym canoe wiosłującą pośrodku wysokich wód i nawet usiłowała ją wskazać Heliodorowi, który oczywiście niczego nie widział.


Pewnego dnia, jak Rogelia rozmawiała z Eleną, wspomniała iż widziała młodego syna jej sąsiadki i „polubiła go tak, że chciałaby go ukraść”. Zaniepokoiło to Elenę i szybko odwiedziła swoją sąsiadkę Ernestynę ostrzegając ją, by pilnowała dobrze swego synka, bowiem ktoś może spróbować go porwać. Innym razem Rogelia podeszła do Eleny i ze złością powiedziała jej, że ostatniej nocy widziała innego sąsiada, który wypróżniał się do rzeki siedząc w łodzi i prawdopodobnie n tej łodzi Rogelia zostawiła przypadkowo swoją ładną małą maczetę. Następnego dnia Elena poszła jej poszukać i faktycznie, znalazła małą zardzewiałą maczetę w tej łodzi, zabrała ją do domu i zachowała dla Rogelii.


Kiedy Rogelia rozmawiała z Eleną o ich stosunkach z rzeką, to powiedziała, że pod wodami rzeki znajdują się „nowe kraje i domy, takie jak tutaj”. Ale Elena była sceptyczna i wskazała na to, że nie może ona żyć pod wodą, ponieważ mogłaby się utopić, ale Rogelia zapewniała ją, że nic takiego się nie stanie, gdyż „wszystko tam jest takie same, jak na górze”.


Przy innej okazji Rogelia dała Elenie jakiś kamień jako prezent i powiedziała, by Elena to schowała nie mówiąc jednak, skąd jest tren kamień i czym on jest. Elena ma ten kamień do dziś dnia. Pewnego dnia Rogelia powiedziała do Eleny:
- Eleno, zawrzyjmy pakt pomiędzy tobą a mną, bowiem nigdy więcej już się nie zobaczymy.
Elena zdumiona zapytała, co to ma być za pakt, który mają zawrzeć. Rogelia powiedziała, że o północy ona powróci i zagwiżdże na nią, a Elena powinna wyjść i spotkać się z nią. Tej nocy Elena usłyszała gwizd, ale była tak przerażona, że nie wyszła z domu. Później, w snach, Elena widziała Rogelię, która pytała ją:
- Eleno, czemu nie wyszłaś wtedy. Nie chciałam cię skrzywdzić ani nie chciałam przeszkadzać ci w życiu, chciałam tylko przypieczętować pakt z tobą, byś mogła lepiej żyć; ale nie martw się, już nie będę cię nachodziła.
Po tym sennym widzeniu Rogelia dotrzymała słowa i już nigdy więcej nie odwiedzała Eleny. Później Elena przeprowadziła prywatne dochodzenie w okolicznych miasteczkach i wsiach, ale nikt nie znał tam Rogelii i nikt jej nie widział.
Obrazek

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 24 sty 2012, 12:40 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Ningeny: Syreny antarktycznych wód
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Valdis Pejpinš


Liderami w zakresie liczby genów okazują się być dafnie (rozwielitki) – mikroskopijne raczki. W genomie człowieka znajduje się 20-25 tys. genów, zaś u dafni jest ich ponad 30.000! Ponad 1/3 z nich nie ma analogów w innych żywych organizmach.


W ciągu kilku ostatnich lat, w Japonii krążą słuchy o istnieniu w lodowatych wodach Antarktyki gigantycznych humanoidów, które nazwano ningen. I chociaż te opowieści są uznawane za kolejne morskie legendy, to jednak sama w sobie informacja jest bardzo interesująca.


Odkrycie wielorybników


Historia ta zaczęła się od tego, że w Internecie na japońskim forum WWW.2channel.jp zamieszczono kilka postów z informacją, którą pewien bloger zaczerpnął od swojego przyjaciela, który z kolei pracował dla rządowego programu badawczego życia wielorybów. Program ten o nazwie JARPA został powołany do życia w 1987 roku, kiedy to Japonia pod naciskiem Międzynarodowej Komisji Wielorybniczej, zaprzestała przemysłowego odłowu wielorybów na wodach wokółantarktycznych.


Przeciwnicy JARPA twierdzą, że jego właściwym celem jest pozyskanie wielorybiego mięsa i dla supermarketów i restauracji. W rzeczywistości, w ramach programu Kraina Wschodzącego Słońca co roku zabija w Antarktyce i północno-zachodniej części Oceanu Spokojnego ponad 800 wielorybów. I jakoby przebrani za uczonych wielorybnicy natknęli się na wysokich szerokościach południowych na ogromne, syrenokształtne stworzenia.


W listopadzie 2007 roku, redakcja japońskiego magazynu „Mu” poświęconego poszukiwaniom dziwnych zjawisk i kryptozoologii, opublikowała artykuł na temat możliwości istnienia w wodach Dalekiego Południa nieznanych, gigantycznych kryptyd. I tak właśnie problem ów ujrzał światło dzienne.


Syreny podobne do wielorybów


Samo słowo ningen w przekładzie z japońskiego oznacza po prostu człowiek i – jak twierdzą naoczni świadkowie – w rzeczywistości istoty te są podobne do człekokształtnych wielorybów. W ich opisie zawsze figuruje twarz, zamiast nóg mają ogon i to wielorybi (z płetwą ustawioną poziomo), a niektórzy widzieli u nich także ręce i dłonie. Ci, którym udało się obserwować ningenów twierdzą, że ich długość wynosi 20-30 m. Ich skóra ma kolor biały, i jest zupełnie pozbawiona pigmentacji. Spotkania z tymi humanoidami zazwyczaj miały miejsca w porze nocnej, i bardzo trudno je było sfotografować. Na niektórych zdjęciach ningeny przypominają małe góry lodowe, ale na powiększeniach zdjęć jakoby można je było zobaczyć dokładnie.


Zgodnie z oświadczeniem załogi jednego ze statków, która obserwowała ningena, początkowo sądzili oni, że widzą jakiś okręt podwodny. Ale kiedy przybliżyli się do niego, okazało się, że to obiekt o nie opływowym kształcie i nie sztucznego pochodzenia. Załoga ujrzała ogromne stworzenie, które szybko znikło pod wodą.


Świadkom kazano milczeć?


W Internecie można znaleźć kilka fotografii ningenów. Część z nich stanowią rekonstrukcje stworzone przez malarzy według relacji naocznych świadków. Dwa pliki video o skrajnie niskiej jakości zamieszczone na YT: http://www.youtube.com/watch?v=c5QIMyK5DM0 i http://www.youtube.com/watch?v=5f2fUEiXlW0 oraz filmik z NHK: http://www.dailymotion.com/video/xfrmnu ... -2010_news - na których, jak się twierdzi, znajdują się ci tajemniczy mieszkańcy Antarktyki. Na jednym ze zdjęć, ningen został sfotografowany z dużej wysokości na południowym akwenie Oceanu Atlantyckiego, u brzegów Namibii. Jak widać, na małej głębokości znajduje się ogromne ciało syrenokształtnego stworzenia. Eksperci oceniają te zdjęcia i zapisy video jako mało wiarygodne. Wygląda na to, że nie ma zdjęć o dobrej rozdzielczości, albo Japończycy mają dobre zdjęcia, ale trzymają je w tajemnicy narażając się na ataki kryptozoologów i niechęć szerokiej publiczności. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzą także, że rząd nie tylko trzyma w sekrecie dane o ningenach, ale także założył knebel świadkom.


Rozumie się, że robić jakieś szersze wywody na ten temat jest rzeczą przedwczesną. Może to być – rzecz jasna – niczym innym, jak zręcznym oszustwem, chociażby przy użyciu komputerowego programu Photoshop, i można w ten sposób stwarzać takie i inne miejskie legendy przy pomocy takich fantastycznych zdjęć. Ale póki co, nie da się wykluczyć, że Japończycy faktycznie odkryli jakieś gigantyczne kryptydy w antarktycznych wodach. Przy czym wcale nie muszą one być akurat humanoidami i ludzie po prostu dopatrują się cech humanoidalnych, jak to było w znanym przypadku płaszczki-manty z Morza Azowskiego, któremu przypisano także posiadanie rąk. Krótko mówiąc, jeżeli informacja o nieznanych kryptydach się potwierdzi, to stanie się to jedną z największych sensacji naukowych XXI wieku!


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 38/2011

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 01 mar 2012, 14:41 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Art. z FN

Kule nad Antarktydą.
Obrazek
Minęło kilka tygodni od momentu, gdy świat dowiedział się o sukcesie rosyjskich naukowców, którzy po dwudziestu latach pracy przebili prawie czterokilometrową warstwę lodu i dostali się do powierzchni Jeziora Wostok. Ranga tego zdarzenia jest porównywana z pierwszym lotem człowieka w kosmos. Uczeni mają nadzieję, że dzięki badaniom jeziora, które przez miliony lat nie miało styczności ze środowiskiem uda się rozwiązać niektóre zagadki trapiące naukę.


Przy okazji takiego wydarzenia, wielu polarników sięgnęło do swych wspomnień z czasu pobytu na wiecznej zmarzlinie. Jurij Kornyszow był w latach 50-tych dwudziestego wieku uczestnikiem wyprawy na Biegun Południowy. Z sześciu uczestników, którzy wyruszyli w kierunku bieguna ze stacji „Mirnyj”, powróciły tylko dwie osoby.


Według wersji oficjalnej, ludzie zginęli z powodu gwałtownej burzy i mrozów. Jednakże Jurij Kornyszow, po kilkudziesięciu latach od tamtego zdarzenia zdecydował się opowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło.

Oto fragment relacji Jurija Kornyszowa:

"Trwał dzień polarny i prawie przez cały czas naszej wędrówki mieliśmy doskonałą pogodę. Termometr pokazywał minus 30 stopni. Nie było wiatru, co na Antarktydzie jest rzadkością. Nasza wyprawa trwała już trzy tygodnie i wszystko szło zgodnie z planem. Do bieguna dotarliśmy bez przeszkód. Nie mieliśmy żadnych awarii, ale…Kłopoty zaczęły się w momencie, gdy rozbiliśmy obóz. Wszyscy byliśmy zmęczeni, położyliśmy się wcześnie spać, ale sen jakoś nie nadchodził. Ja też czułem się dziwnie niespokojny i smutny. Wstałem i wyszedłem z namiotu.

Około trzysta metrów od naszego pojazdu zobaczyłem świecącą się kulę. Ona lekko podskakiwała jak piłka futbolowa, tylko sto razy większa. Na ten widok krzyknąłem i wszyscy uczestnicy wyprawy wyskoczyli ze swych namiotów. Kula przestała podskakiwać i powoli zaczęła się przesuwać w naszym kierunku, jednocześnie zmieniając kształt.


Zmieniła też kolor. Stała się ciemniejsza, a na jej przedniej części zaczęła się wyłaniać jakaś straszna twarz, bez oczu, ale jakby z otworem gębowym. Śnieg pod kulą syczał i topił się. Ta niby-paszcza poruszała się i miałem wrażenie, jakby coś mówiła.

Fotograf ekspedycji którym był Sasza Gorolecki ruszył naprzód ze swoją kamerą, ale szef ekspedycji zaczął krzyczeć, żeby absolutnie nie podchodził do tego „czegoś”. Ale Sasza szedł dalej. Obiekt w tym czasie znowu zmienił kształt. Wyglądał teraz jak płaska taśma, a wokół Szaszy pojawiła się świecąca aureola, jak wokół głowy świętego. Nie zapomnę, jak wtedy krzyknął i upuścił kamerę.

W tym momencie rozległy się dwa strzały. Strzelali Andriej Skobielew i stojąca ode mnie po prawej stronie nasza lekarka – Roma Kustow. Wydawało mi się, że nie strzelają kulami lecz bombami, taki był huk. Obiekt – taśma gwałtownie się poruszył, a we wszystkie strony posypały się iskry.

Pobiegłem do Saszy. On był już martwy. Tył głowy, dłonie, a jak się okazało później, całe plecy były zwęglone. Specjalny kostium polarny wyglądał jak łachman.

Próbowaliśmy natychmiast połączyć się drogą radiową z naszą stacją „Mirnyj”, ale nie udało się. W eterze słychać było tylko świst i huki. Nigdy w życiu nie spotkałem tak silnej burzy magnetycznej. Trwała ponad trzy doby. My w tym czasie byliśmy cały czas w tym miejscu. Kamera Saszy uległa zniszczeniu, była rozpołowiona. Śnieg i lód w miejscu gdzie „pełzała” taśma wyparowały. Widać było koleinę o głębokości pół i szerokości dwóch metrów.
Saszę pochowaliśmy na biegunie. Dwa dni później zginęli Kustow i Borysow. Potem – Andrzej Skobielew. Wszyscy w podobnych okolicznościach. A było to tak:
Pracowaliśmy w ciągłym napięciu, bardzo przygnębieni. I znowu pojawiła się jedna kula – dokładnie w miejscu gdzie pochowaliśmy Saszę.




Po minucie przyleciały dwie następne. Mieliśmy okazję wszystko obserwować. Kule pojawiły się jakby z zagęszczonego powietrza na wysokości około stu metrów. Wolno się opuszczały, powisiały nad ziemią, a potem zaczęły się kierować w naszą stronę.

Skobielew robił zdjęcia, a ja zajmowałem się odczytywaniem danych elektromagnetycznych z przyrządów. Kustow i Borysow stali nieopodal z karabinami w dłoniach. Zaczęli strzelać jak tylko zobaczyli, że kule zmieniają swój kształt.

Jak przyszliśmy trochę do siebie po szoku, kul już nie było, a w powietrzu unosił się zapach ozonu jak po przejściu burzy. Kustow z Borysowem leżeli na śniegu. Rzuciliśmy się w ich kierunku, mając nadzieję, że można im pomóc. Za późno. Potem zwróciliśmy uwagę na Skobielewa. On stał trzymając dłonie na oczach. Kamera leżała na śniegu, pięć metrów od niego. Żył, ale niczego nie pamiętał i niczego nie widział.

To straszne, co się z nim działo później. Stracił rozum. Nie chciał jeść tylko bardzo dużo pił niemiłosiernie przy tym rozlewając płyny. Płakał i ślinił się. W drodze powrotnej umarł. Gdy wróciliśmy do domu postanowiliśmy powiedzieć prawdę, wszystko co się wydarzyło. Ku mojemu zdziwieniu, uwierzono nam choć nie mieliśmy przecież żadnych dowodów.

O ile wiem, to samo co z nami stało się też w 1962 roku z ekspedycją amerykańską.”


Kolejną grupą poszukiwaczy, którzy udali się na Biegun Południowy byli Amerykanie. Startowali ze stacji „Midwey”. Działo się to w 1962 roku. Amerykanie, pomni tego co się stało z ekipą Rosjan, dołożyli wszelkich starań, aby wziąć ze sobą odpowiednie wyposażenie. W ekspedycji wzięło udział 17 osób na trzech pojazdach. Zadbali o doskonałą i ciągłą łączność radiową.

W tej wyprawie nikt nie zginął, ale ludzie wrócili jednym pojazdem. Byli na granicy pomieszania zmysłow. Wszystkich niezwłocznie ewakuowano do USA. Do tej pory prawie nic nie wiadomo, co się wtedy wydarzyło. Ukazały się dwa artykuły w czasopismach naukowych i kilka notatek w prasie.

Po powrocie do Stanów prawie połowa uczestników wyprawy trafiła do szpitali psychiatrycznych.

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 07 mar 2012, 8:41 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Dalej o wodnych ludziach, temat rośnie i robi się ciekawie...

Na początku roku 2000, w pierwszym programie TVP wyemitowano zbiór kilku amatorskich filmów pod wspólnym tytułem „Nieujawnione tajemnice” wyprodukowany w koprodukcji francusko-niemieckiej. Jest to zestaw siedmiu filmów, traktujących o zniknięciach ludzi, których nijak nie da się wytłumaczyć za pomocą znanych praw fizyki.


Szczególnie interesującymi okazały się zapisy dokumentalne, które dotyczyły morza. Chodziło przede wszystkim o zagadkowe zniknięcia ludzi nad morzem, w strefie plaży albo z łodzi na otwartym oceanie, przy czym na temat paranormalnego charakteru niektórych zaprezentowanych przypadków można by dyskutować. Zniknięcie rozbitka z szalupy ratunkowej. Na filmie widzimy rozbitka z jakiegoś radzieckiego statku, który uległ awarii i zatonął na Oceanie Indyjskim. Widzimy rozbitka, który żyje przez wiele dni, w tropikalnym słońcu i w otwartej łodzi. Wreszcie kładzie kamerę na czymś i sam skacze w wodę odpływając w dal, by wreszcie zniknąć. Można wytłumaczyć od biedy dysfunkcją sił psychicznych ofiar po 40-dniowym pobycie w otwartej szalupie na pełnym morzu, bez wody i żywności (inna rzecz, że teoretycznie człowiek nie miał szans przeżycia w takim stanie psychofizycznym i w takich warunkach pogodowych tyle dni). Co on takiego widział? – tego nie wiadomo… Być może było to jakieś UFO albo USO?


Jeżeli idzie o płetwonurka z Zodiaku to został on porwany z otwartego pontonu w czasie ćwiczeń przez… - no właśnie, przez kogo?, Mogło tu wchodzić w grę działanie obcych (czytaj: radzieckich) służb specjalnych, które – znowu teoretycznie – porwały (po co?) płetwonurka sił zbrojnych NATO (nie takie rzeczy się zdarzały). Tylko po co? bezsporne jest natomiast, że owego płetwonurka odnaleziono na plaży PO TYGODNIU żywego, ale w takim stanie, że trzeba go było odwieźć do szpitala psychiatrycznego.


Prawdziwą sensacją w dobrym tego słowa znaczeniu okazał się film nakręcony przez anonimowego amerykańskiego żołnierza stacjonującego na Sycylii. O ile bowiem dwa wspomniane przypadki da się jakoś wytłumaczyć, ten stanowi prawdziwą zagadkę.



Obrazek
Pierwszy kontakt wzrokowy z Wodnymi Ludźmi...
Obrazek
...podchodzącymi wodą do plaży...
Obrazek
...a potem odchodzące w kierunku otwartego morza
Obrazek
Pozostawiły one ślady bosych ludzkich stóp
Obrazek
Żołnierz zdjął bluzę i ustawił włączoną kamerę, po czym także ruszył w kierunku wody i...
Obrazek
...po chwili także znikł w wodzie. Film trwa póki nie rozkręciła się sprężyna mechanizmu napędowego kamery. Żołnierza nigdy nie odnaleziono...

Oto widzimy na jego filmie dwie istoty: młodą kobietę w kostiumie pływackim z lat 40. i chłopca w wieku 10-12 lat, które wynurzają się z fal , przez chwilę spacerują plażą, by następnie powoli wejść do wody i w postawie wyprostowanej skryć się pod jej powierzchnią. Co się dalej z nimi stało – tego nie wie nikt. Zapewne ów Amerykanin chciał się tego dowiedzieć, i… No właśnie – i zaczął działać irracjonalnie. Kładzie on bowiem notes i bluzę obok włączonej kamery filmowej, a potem w spodniach i butach na nogach – podobnie jak TAMCI wkracza do wody w postawie wyprostowanej – co rejestruje jego kamera filmowa… Dzięki niej widzimy, że młody mężczyzna idzie jak zahipnotyzowany w głąb Morza Śródziemnego… - i już z niego nie powraca – ani żywy, ani martwy.

Cała ta sekwencja – co tu zaprzeczać – robi niezwykłe wrażenie. Chodzi zwłaszcza o nienormalność sytuacji; z jednej strony niesamowity spokój krajobrazu: rozsłoneczniona plaża, jasne morze, delikatne fale, a z drugiej ślady stóp na piasku powoli zmywane przez wodę. Normalne ślady normalnych ludzi…


Co więc zdarzyło się na sycylijskiej plaży w dniu 18 sierpnia 1943 roku? Kogo czy co zobaczył młody Amerykanin w wodzie nieopodal St. Antonio? Dlaczego zaprawiony w bojach żołnierz 7. Armii gen. Pattona nie sporządził żadnej notatki w swym notesie (zdając się tylko na kamerę filmową) – co powinien był zrobić, skoro cała sytuacja zainteresowała go do tego stopnia, że zdecydował się pójść z ślady Istot…?


Odpowiedź na to pytanie dał swego czasu Clive Cussler, pisząc o sztucznie wyhodowanej rasie ludzkich istot przystosowanych do życia we Wszechoceanie. Podobnie Aleksandr Bielajew tworząc postać Ichtiandra wskazał na możliwość sztucznego zaadaptowania Homo sapiens sapiens do środowiska wodnego. Temat ten był ekspoatowany przez wielu autorów SF. Otwarte pozostaje jedynie pytanie, czy takie istoty występują tylko w powieściach SF?


Jeżeli tak, to za prekursora wszystkich tego rodzaju pisarzy-fantastów powinien zostać bez wątpienia Homer. To przecież on opisał w „Odysei” piękne Syreny, które wabiły śpiewem żeglarzy ku ich zgubie. Tylko przebiegły król Iraki – Ulisses zwany Odyseuszem zdołał je przechytrzyć stosunkowo prostym sposobem: zatkał swym towarzyszom uszy stoperami z wosku, a sam przywiązał się do grotmasztu… - i przeżył ten eksperyment. W świetle tego, co pisali później krytycy i badacze szlaków wędrówek Odyseusza, Syreny zamieszkiwały południowo-wschodnie wybrzeża Sycylii. Właśnie tam, gdzie latem 1943 roku operowała amerykańska 7. A i brytyjska 8. A, które wyparły stąd Niemców i Włochów od il Duce.


Ale i nie tylko, gdyż cała światowa mitologia zdaje się sugerować, że Wszechocean jest gęsto zaludniony różnymi morskimi boginkami, że wspomnę tutaj choćby córkę króla Bałtyku, którą zamordowano w Trzęsaczu i pochowano na przyfarnym cmentarzu. Bałtyk upomniał się o doczesne szczątki swej córki – Zielenicy – i rozmył klifowy brzeg z farą i cmentarzem tak, że została tam jedynie południowa ściana kościoła…


W Morzu Śródziemnym mieszkały Nereidy – córki Nereusa – starca mówiącego zawsze prawdę. Syreny miały także mieszkać w zimnych i niegościnnych morzach Północy, strasząc tamtejszych żeglarzy: Słowian, Normanów czy Wikingów.


A i współcześnie ludzie je widzą. I tak latem 1890 roku, pewien szkocki nauczyciel widział Syrenę w morzu przy Caithness. w 1403 roku w pobliżu Edam w Holandii, rybakom udało się pojmać Syrenę, która przeżyła potem 15 lat w Haarlem, a potem zmarła. Pogrzebano ja po chrześcijańsku, ale morze się o nią upomniało i zalało holenderskie niziny i depresje. Z kolei w dniu 15 czerwca 1625 roku, żeglarz Henry Hudson widział Syrenę gdzieś na Atlantyku. Jednym słowem, relacje o spotkaniach z dziwnymi istotami wodnymi odnotowuje się we wszystkich akwenach Wszechoceanu i na dobrą sprawę nie ma miejsca na Ziemi, gdzie by nie zaobserwowano ich pojawienia się… Bo są to stworzenia także słodkowodne!


A u nas? Oczywiście każdy zna legendę o warszawskiej Syrenie i córce króla Bałtyku i o Świetlanie z Zalewu Szczecińskiego. A przecież w wodach naszych rzek znajdują się także Utopce – które to, jak głoszą podania ludowe, wciągają ludzi w głębinę i topią…


Czyżby Utopce, Syreny, Nereidy oznaczały różne miana tego samego zjawiska? Cóż, głębiny wód, a szczególnie oceanów są w równym stopniu mało zbadane, mniej niż powierzchnia Księżyca! Nieprzypadkowo temat Wodnych Ludzi tak często powraca w rozmaitych kulturach i cywilizacjach. Co się za nimi kryje? Oto jest pytanie…


* * *
Te słowa napisałem w 2000 roku i ukazały się na łamach „Nieznanego Świata” nr 8/2000 ss. 16-17, kiedy to naiwnie wydawało mi się, że nauka pójdzie naprzód i ta zagadka zostanie rozwiązana w najbliższym czasie. Niestety, nic bardziej mylnego! Nauka obeszła problem bokiem, a znaki zapytania pozostały – ba! – jest ich jeszcze więcej!


Problem Wodnych Ludzi jest marginalizowany ale do czasu, bowiem w miarę coraz szerszej penetracji człowieka we Wszechoceanie czy prędzej czy później, ale nieuchronnie dojdzie do spotkania z tymi istotami i – czego obawiam się najbardziej – konfrontacji, której przedmiotem będą bogactwa dna Wszechoceanu: rudy metali, ropa naftowa i gaz ziemny, hydraty metanowe, zasoby biologiczne i inne. I nie chciałbym, by spełniło się ponure proroctwo i ostrzeżenie Franka Schätzinga, które zawarł on w swej kobylastej powieści „Odwet oceanu”, (Wrocław 2006), a którą polecam zainteresowanym tą problematyką. W każdym razie będąc w czasie wakacyjnych wędrówek nad morzem rozglądajmy się pilnie – a nuż może ujrzymy jakąś Pannę Wodną wygrzewającą się na słońcu? A nawet kiedy się nam to nie uda, to warto rozejrzeć się za bałtyckimi fokami i morświnami, których populacja jest odbudowywana z takim trudem!


Jordanów, 2012-03-07
Autor: R.K.L. o środa, marzec 07, 2012

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 08 kwie 2012, 9:34 
Offline
Entered Apprentice * 1st Degree
Entered Apprentice * 1st Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 kwie 2012, 8:55
Posty: 3
Płeć: mężczyzna
Szukam informacji o miejscu w Ameryce Północnej, chyba w Yellowstone, stoi tam szopa , w ktorej dzieja sie dziwne rzeczy , miotła sama zamiata itp , kazdy moze tam wejsc , wie ktos cos o tym ?



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 19 kwie 2012, 6:53 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Ciekawe spojrzenie na: Interterranie i tajemnica TITANICA

Obrazek
Obrazek
Duchy istnieją. Wiem, bo sam widziałem jednego z nich w porannej mgle. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak przesuwa się przed moimi oczami, niby monstrualne, wygnane w piekła widmo. Spowite w niewidzialny całun dawnej tragedii, z unoszącymi się wokół duszami tych, co na nim zginęli...
Jego widok sprawiał, że czuło się jednocześnie dumę i żal...


Clive Cussler – „Podnieść Titanica”


To miał być najwspanialszy statek świata. Nie największy, nie najszybszy – najwspanialszy. Jego pierwszy i zarazem ostatni rejs, mimo morza wypisanego atramentu i kilku lasów zamienionych na papier, jest owiany mgłą Tajemnicy – takiej pisanej z dużego T. I o tej Tajemnicy chciałbym tutaj opowiedzieć...


Dziewiczy rejs.
Jak dotąd, to nie spełniła się – i bardzo dobrze – literacka wizja podniesienia RMS[1] Titanic, którą tak plastycznie opisał amerykański pisarz-marynista Clive Cussler. Spełniło się za to inne marzenie całych pokoleń eksploratorów – do wraka pogrążonego na głębokości ponad czterech kilometrów zanurzył się batyskaf Alvin i dokonał rekonesansu. Wiemy, że po wśliźnięciu się pod powierzchnię wody, Titanic rozpadł się na dwie części i opadł na dno stając się grobem dla 1.513 osób.
RMS Titanic był statkiem stanowiącym według słów ówczesnych komentatorów – pływający hotel klasy „Ritz”, a to ze względu na luksusy – rzecz jasna dla pasażerów I klasy. Miał on 66.000 ton wyporności, pojemność brutto – 46.328 ton, długość – 270 m, szerokość – 28 m, wysokość od stępki do mostka kapitańskiego – 32 m. dwie maszyny parowe i turbiny o łącznej mocy 51.000 KM, trzy śruby napędowe, 29 kotłów, 11 pokładów i 2.500 miejsc dla pasażerów. Ta całość pchana potęgą pary, na której ogrzanie potrzeba było każdej doby 800 ton bunkru węglowego, poruszała się z prędkością podróżną 22 węzłów (kts) – czyli 40,7 km/h.
Statek wyruszył w swój dziewiczy rejs w dniu 10 kwietnia 1912 roku po trasie: Southampton (Anglia) – Cherbourg (Francja) – Queenstown (Irlandia) – Nowy Jork (USA). Po doembarkowaniu pasażerów w Cherbourgu, w czwartek, dnia 11 kwietnia, statek oddał cumy i ruszył ku brzegom Irlandii, skąd południową trasą ruszył przez Atlantyk. Prowadzony pewną ręką kapitana Smitha oraz dwóch oficerów: Murdocha i Lightollera potężny transatlantyk ruszył w swój pierwszy – i jak się potem okazało – także ostatni rejs do Ameryki...
Nie będę opisywał tego, co się działo na pokładach Titanica w czasie rejsu – inni zrobili to lepiej ode mnie. Skupię się jedynie na ostatnich minutach przed katastrofą. 2.207 załogantów i 1.400 pasażerów ufnie mknie ku temu, co było nieuchronne. Marynarze na bocianim gnieździe zauważyli dwuwierzchołkową górę lodową na kursie i...
... dnia 14 kwietnia 1912 roku, o godzinie 23:40, na pozycji 41°46’ N - 050°14’ W, pędzący z prędkością 22 kts, RMS Titanic uderza prawą burtą w górę lodową. W dwie godziny potem idzie na dno.
Tak głoszą wszystkie wersje tego wypadku.
Nurkowanie ekipy prof. Boba Ballarda w 1985 roku nie wyjaśniło niczego, a wręcz odwrotnie – postawiło jeszcze więcej znaków zapytania. Przypuszczano, że Titanic poszedł na dno wskutek rozdarcia kadłuba o ostrą krawędź góry lodowej na długości 60 m, co w rzeczywistości wystarczyłoby na wysłanie togo kolosa w objęcia Davy Jonesa... Ale nie, stwierdzono w kadłubie tylko 6 niewielkich otworów o wywiniętych na zewnątrz krawędziach, co sugerowało raczej wybuch we wnętrzu kadłuba. A zatem, co? Sabotaż?...
Zatopienie: celowe i z rozmysłem RMS Titanic byłoby i było de facto węzłowym punktem historii – wszak na jego pokładzie znajdowało się pokaźne stadko VIP-ów – w tym aż 57 milionerów z J. J. Astorem, B. Guggenheimem, I. Straussem i G. Wiedenerem na czele. Był tam doradca prezydenta USA Tafta – A. Butt, prezes White Star Line i konstruktor Titanica – Th. Andrews, główny udziałowiec tegoż przedsiębiorstwa – J. B. Ismay i „unsinkable” Molly Brown – milionerka z Montany, o której pisał nasz niezapomniany kapitan ż.w. Karol Olgierd Borchart w swej książce „Znaczy kapitan”. Był tam także słynny dziennikarz i pisarz brytyjski William I. Stead, przy której to postaci zatrzymamy się nieco dłużej przy omawianiu przyczyn katastrofy.
Wszyscy ci ludzie wieźli ze sobą pieniądze, złoto, kosztowności i papiery wartościowe zdeponowane w kapitańskich sejfach, o wartości szacowanej na około 300 mln USD. I to wszystko poszło na dno w dniu 15 kwietnia 1912 roku, o godzinie 02:20... Towarzystwa ubezpieczeniowe wypłaciły rodzinom ofiar 14 mln GBP - sumę niebotyczną na owe czasy.
Zemsta mumii i chore ambicje.
Katastrofę próbowano wyjaśnić na różne sposoby. Oczywiście arogancja i chore ambicje szefów White Star Line oraz brawura kapitana Smitha przyczyniły się do zagłady transatlantyku, ale nie tylko. Gdybym był zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, to skupiłbym się na tych 57 milionerach i innych VIP-ach, którzy podróżowali na jego pokładzie. Śmierć wielu z nich zatrzęsła ich imperiami finansowymi i z całą pewnością znacząco zmieniła bieg historii. Być może wpłynęła ona na wybuch i przebieg obu Wielkich Wojen XX wieku, a także późniejsze dzieje świata. Ciekawy jestem, jak potoczyłyby się losy świata, gdyby Titanic n i e z d e r z y ł się z górą lodową owej fatalnej nocy?...
Z przyczyn nienaturalnych – czyli leżących poza naszym światem – można wymienić dwie. Pierwszą z nich wymienił William I. Stead – zemsta mumii żony jednego z faraonów, która rzuciła klątwę na wszystkich, którzy zakłócają jej spokój.[2]
Inny pisarz twierdził, że na Titanicu znajdował się posążek samego Szatana i na dobitkę wszystkie przyrządy do odprawienia czarnej mszy... Na dodatek bluźniercze napisy w rodzaju: Tego statku nawet sam Pan Bóg nie zatopi!, czy Nie ma Boga, który byłby w stanie ten statek w odmętach morskich pogrążyć!, co stanowiło jawne wyzwanie rzucone wszystkim siłom ciemności i musiało się zakończyć tylko w jeden, jedyny i fatalny dlań sposób... Poza tym – żeby było już całkiem makabrycznie – w jednej z przegród wodoszczelnych, NB tej samej, którą rozpruł lód – miały znajdować się zwłoki jednego z niterów, którego zamknięto tam żywcem... Przypadek czy celowa ofiara dla Księcia Ciemności???... Tak czy inaczej – statek nie dotarł do celu. Zatopił go sam Szatan in persona, który postawił na jego kursie górę lodową i spowodował zupełny sztil, zero wiatru i morze gładkie jak oliwa – nie było nawet długiej atlantyckiej fali, co samo w sobie jest fenomenem! Żeby było jeszcze ciekawiej – marynarze na bocianim gnieździe byli zdani tylko na własne oczy – nie mieli nawet lornetki!!! Kapitan Smith nie wystawił posterunku na oku, który uzupełniałby obserwatorów z mostka i bocianiego gniazda. Nie widział potrzeby, wbrew ostrzeżeniom o dryfujących lodach... Wyglądało na to, że sama Natura sprzysięgła się przeciwko transatlantykowi i ludziom, którzy nim podróżowali.


A przecież gdyby I oficer Titanica William Murdoch dał przed zderzeniem „całą wstecz” i trzymał kurs na lód, to skończyłoby się to zderzeniem i zmiażdżeniem dwóch dziobowych komór wodoszczelnych, co skończyłoby się przegłębieniem statku na dziób, które można by było zrównoważyć zalewając dwie komory rufowe, by statek stanął na równej stępce. Pozostałe 12 komór zapewniłoby mu pływalność na tyle, by uratować wszystkich pasażerów i załogę. Niestety, Murdoch dał „całą wstecz” i przełożył ster „lewo na burtę”, przez co wystawił całą prawą burtę na uderzenie lodu. Efekty znamy – statek poszedł w dwie godziny na dno z piętnastoma hekatombami ofiar.
Ekipa prof. Ballarda ustaliła ponad wszelką wątpliwość, że statek nie miał rozprutej burty czy części dennej kadłuba – jak domniemywano jeszcze do lat 80. XX wieku, ale zaledwie 6 rozdarć płyt poszycia burty, nieco poniżej linii wodnej, których krawędzie były wywinięte, ale do zewnątrz! Być może spowodował to wybuch kotłów i spowodowana nimi fala uderzeniowa, która wypchnęła blachy i wygięła je na zewnątrz. Wiadomo, para uwięziona pod ciśnieniem 150 atmosfer w kotłach transatlantyku wybuchła, kiedy ściany kotłów zostały schłodzone przez lodowatą wodę Atlantyku. Woda ta miała temperaturę –2°C, temperatura powietrza spadła z +6°C do 0°C, co spowodowało, że rozbitkowie w wodzie nie mieli właściwie żadnych szans na przeżycie. Umierali z zimna... Naprężenia termiczne w ścianach kotłów rozrywały je, zaś ciśnienie pary dopełniało dzieła zniszczenia.
Co otworzyło drogę wodzie? Oczywiście uderzenie statku o lód i rozprucie poszycia burtowego. To oczywiste. Najdziwniejsze jest to, ze ani załoga, ani pasażerowie właściwie prawie nic nie poczuli, a przecież walnięcie w lód o twardości skały masą 66.000 ton musiałoby być zauważalne! Tymczasem ludzie poczuli lekkie drgania i usłyszeli jakby odgłos dalekiego wybuchu.
Czyżby zderzenie z USO?
A mogło to być tak:
RMS Titanic nie uderzył o górę lodową, a z o s t a ł u d e r z o n y przez Nieznany Obiekt Podmorski – USO. Żeby to zrozumieć, musimy się cofnąć do pierwszych stron powieści Juliusza Verne’a pt. „20.000 mil podmorskiej żeglugi”, w której pan Verne podaje kilka niezmiernie interesujących przypadków zderzenia się statków pasażerskich z nieznanym obiektem podwodnym, który nazwał on „uciekającą skałą”. Najsłynniejszym z nich był wypadek Scotii, która została uderzona w godzinach przedpołudniowych, dnia 13 kwietnia 1867 roku, na pozycji 45°37’N - 015°37’W, nieznanym narzędziem, które pozostawiło po sobie idealnie trójkątny otwór w czysto rozciętej blasze poszycia burtowego, nieco poniżej linii wodnej. To właśnie wydarzenie jest punktem startowym powieści Juliusza Verne’a. Cała seria niezrozumiałych katastrof morskich układa się w logiczny ciąg wydarzeń, kiedy założymy, że we Wszechoceanie buszują Nieznane Obiekty Podmorskie. Oczywiście na Titanicu i Scotii się sprawa bynajmniej nie skończyła...
Śledztwo w sprawie katastrofy Titanica wykazało, ze w okolicy owego fatalnego dlań punktu określonego koordynatami: 41°46’ N - 050°14’ W znajdował się statek SS Californian, który w tym czasie stał na pozycji 42°40’ N - 050°07’ W – i przez wiele, wiele lat uważano, że była to geograficznie najbliższa jednostka morska, która mogła udzielić mu pomocy. Jednakże okazało się, że...
... w tym czasie panował tam ruch, jak w Rzymie!
W pobliżu tonącego transatlantyku znajdowały się także następujące statki: SS Almerian, SS Mount Temple, SS Paula, SS President Lincoln, a nieco dalej także: SS Carpathia, SS Frankfurt, RMS Olympic – siostrzany statek RMS Titanica, zaś ponadto jeszcze cała plejada mniejszych jednostek rybackich. Innymi słowy mówiąc, w pobliżu tonącego olbrzyma panował ruch, jak w Rzymie, albo na Krupówkach w Sylwestrowy wieczór, a pomimo tego Titanic tonął sam, w nierealnym otoczeniu kry i spokojnego, gładkiego morza. Aż się wierzyć nie chce!
Stało się jedno pewnym – pomiędzy tonącym Titanicem, a stojącym w dryfie Californianem znajdował się jeszcze jeden statek, który widzieli załoganci z obu tych jednostek biorąc go już to za Titanica, już to za Californiana! Śledztwo wykazało bowiem, że i jeden i drugi statek nie mogły się widzieć nawzajem – ich odległość od siebie była zbyt duża, by widzieć nawet swe światła topowe! Czyżby więc statkiem-widmem widzianym przez załogi obydwu statków był sprawca całego nieszczęścia – ów tajemniczy USO, a właściwie UAO? Niemożliwe – a jednak historia zna przykłady obserwacji takich tajemniczych statków-widm na wszystkich akwenach Wszechoceanu, nie wykluczając nawet naszego maleńkiego, ale bardzo groźnego i strasznego w swym gniewie Bałtyku, co wiem z osobistego doświadczenia...
Próżność ukarana.
Jak już o powieściach mowa, to warto wspomnieć, że kilku pisarzy przewidziało tragedię Titanica na wiele lat przed tym wydarzeniem. Należy tutaj wspomnieć powieść Morgana Robertsona, który opisał identyczną tragedię ogromnego liniowca pasażerskiego, który poszedł na dno wskutek kolizji z górą lodową. Książka nosiła tytuł „Próżność”[3].
Jakże pasował on do tego, co rozegrało się na Atlantyku w kilkanaście lat później!
Wspomnienie tej tragedii uratowało życie niejednemu marynarzowi, który pomny losu Titanica wytężał wzrok, gdy jego statek zbliżał się do feralnego akwenu w kwietniowe noce.
A jak już o sztuce mowa, to warto przytoczyć wykaz filmów[4], które nakręcono z inspiracji tą katastrofą:
1. „Atlantis” – reż. August Blom (1913, Dania) – fabularny;
2. „Atlantic” – reż. E. A. Dupont (1929, Wk. Brytania) – fabularny;
3. „Titanic” – reż. H. Selpin i W. Klinger (1943, Niemcy) – fabularny;
4. „Titanic” – reż. Jean Negulesco (1953, USA) – fabularny;
5. „A Night to Remember” – reż. Roy Baker (1958, USA) - fabularny;
6. „SOS Titanic” – reż. William Hale (1979, USA) – fabularny, dla TV;
7. „Rise the Titanic” – reż. Jerry Jameson (1980, USA) na podstawie powieści Clive Cusslera, fabularny;
8. „Titanic: A Question of Murder” – reż. Alan Ravenscroft (1983, USA) – paradokumentalny;
9. „Secrets of Titanic” – reż. G. Hurley, R. Ballard, L. N. Noxon (1987, USA) – dokumentalny;
10. „Titanic” – reż. Stephen Low (1991, USA) – fabularny;
11. „Titanic” – reż. Melissa Beltier (1995, Francja-USA) – paradokumentalny;
12.„Titanic” – reż. Robert Liebermann (1996, USA) – fabularny;
13.„Titanic“ – reż. James Cameron (1997, USA) – fabularny.
Jak zatem widać z załączonej listy, żaden z tematów wykorzystywanych na kanwę scenariuszy filmowych nie doczekał się takiej ilości filmów, jak właśnie tragedia z 14 kwietnia 1912 roku! Czyżbyśmy wszyscy ulegli magii tego wydarzenia i stworzyli swoisty syndrom nieuchronnej zagłady – syndrom Titanica, który szczególnie nasilił się po 11 września 2001 roku?
Rehabilitacja kapitana Stanley’a Lorda.
Jak się można tego było spodziewać, komisja śledcza badająca okoliczności zagłady Titanica i śmierci ponad półtora tysiąca osób, za jednego z winnych tej potwornej katastrofy uznała także kapitana Stanley’a Lorda, który fatalnej nocy dowodził stojącym w dryfie statkiem SS Californian. Oczywiście orzeczenie komisji spowodowało zmieszanie jego osoby z błotem za nie udzielenie pomocy na morzu, bowiem chciano zrobić z niego kozła ofiarnego, jako że ktoś winny być m u s i ! W roku 1968, kapitan Lord zwrócił się do Merchant Master’s Society of America z prośbą o ponowne rozpatrzenie jego sprawy i rehabilitację jego dobrego imienia. MMSA dokonała ponownej analizy wydarzeń i doszła do wniosku, że j e s t o n n i e w i n n y m stawianym mu zarzutom! Wykazano bowiem n i e z b i c i e , że SS Californian znajdował się zbyt daleko na północ od tonącego Titanica i n i e m ó g ł go zobaczyć! Ponadto stwierdzono niezbicie, że znajdował się tam jeszcze t r z e c i s t a t e k , który został zauważony przez wachtowych obu jednostek o godzinie 22:25 i znikł z widoku marynarzy Californiana – w d w a d z i e ś c i a minut po zatonięciu Titanica w wodach Atlantyku! A tak naprawdę, to znikły światła statku-widma, który znajdował się w odległości około 6 mil od tonącego transatlantyku...
Wielka szkoda, że uważający się za miesięcznik popularno-naukowy „Focus” w nr 2(26),1998 opublikował bezkrytycznie wersję, w której wiesza się psy na kimś, kto chociażby z tej racji, że nie żyje – bronić się już nie może!... Nieładnie! Jeżeli taka jest wiedza różnych „specjalistów” i „szefów szkół dziennikarstwa” – jak przedstawiła niejakiego Wolfa Schneidera redakcja „Focusa”, to wcale się nie dziwię, że wciąż przytrafiają się jej różne głupie wpadki, że wspomnę zaciemniające sprawę artykuły na temat książki „Communion” W. Striebera czy artykuły niektórych polskich pseudo-ufologów, które ośmieszają tylko ufologię i są zapewne pisane pod dyktando służb specjalnych USA czy NATO, którym też na owym zaciemnianiu bardzo zależy. Już bardziej obiektywny był materiał Anny Węgiełek i Ewy Jabłońskiej z „Super Expressu” nr 36,1998 z dnia 12 lutego 1998 roku, w którym także nie podano orzeczenia MMSA – a szkoda! Byłoby to oddanie sprawiedliwości człowiekowi, którego sprawa skutecznie uciszyła oburzenie na tchórzostwo prezesa Ismay’a – który nie dość, że uciekł z tonącego statku – co jeszcze można zrozumieć, bo każdy chce żyć - ale to właśnie on podjudził kapitana Smitha i konstruktora Andrewsa do rozpędzenia statku o dodatkowe węzły – bowiem zamarzyła mu się Błękitna Wstęga Atlantyku!
Dziwne aspekty katastrofy.
Badacze tego incydentu zwracali zawsze uwagę na to, że po zderzeniu – a właściwie otarciu się o górę lodową – na pokłady Titanica posypał się lód. Otóż Titanic wcale nie musiał zderzyć się z górą lodową – mógł on zostać uderzony przez USO, które spowodowało wyrzut na jego pokłady kawałków lodu pływającego wokół góry lodowej. W tym kontekście ciekawie brzmi stwierdzenie pewnego pasażera Titanica, co pokazał Jean Negulesco, który w chwilę po kolizji powiedział: Nie, to nie my w nią uderzyliśmy, ale to ona nas... - jeszcze do tej odzywki wrócimy. Tymczasem proszę przypomnieć sobie opis zderzenia fregaty USS Abraham Lincoln z Nautiliusem kapitana Nemo z powieści Verne’a – tuż po uderzeniu ostrogą w burtę, na pokład USS Abrahama Lincolna zwaliły się dwie trąby wodne, które zmyły do wody prof. Aronnaxa, jego służącego Conseila i Neda Landa... Takie trąby wodne mogły wyrzucić kawałki kry na pokłady Titanica, a także mógł to być efekt eksplozji kotła w kotłowni nr 1. Zderzenie się masy kilkudziesięciu tysięcy ton, rozpędzonych do prędkości niemal 40 km/h m u s i a ł o b y zaowocować potężnymi efektami akustycznymi, nie wspominając już o silnym wstrząsie. Pamiętam, jak w 1985 roku, nasz prom MF Pomerania wyrżnął w molo Bazy Promów Morskich PŻB w Świnoujściu, w pewien mglisty dzień. Z betonowego postumentu sygnału świetlnego sypnęła ulewa szczątków, snop iskier wystrzelił na trzy metry w górę, rozległ się wrzask obcieranego metalu poszycia, a prom zatrząsł się febrycznie od uderzenia i zmiany kierunku pracy śrub, kiedy maszyny dały „całą wstecz”, a stery strumieniowe usiłowały odepchnąć dziób Pomeranii od kei... Łoskot był od tego, jak wszyscy diabli, a przecież Pomerania miała zaledwie 13.000 BRT i poruszała się z prędkością 1 – 1,5 kts! Wstrząs i huk zderzenia słyszeli wszyscy w promieniu wieluset metrów, i wszyscy słyszeli gwałtowny zryw maszyn pracujących na rewersie. Wszystko skończyło się na rozwaleniu postumentu czerwonego światła sygnałowego, otarciu blach promu, strachu podróżnych i klątwach kapitana... A na Titanicu?
Rzecz leży w ogromnej masie statków. Titanic poruszał się z prędkością 21,5 kts – czyli 39,82 km/h – i tylko kilka osób czuje wstrząs i słyszy słaby wybuch. A zatem krawędź lodowa była tak ostra, że cięła burtę statku, jak nóż do konserw, NB tego właśnie porównania użył Józef Conrad-Korzeniowski – albo I oficer Murdoch n i e d a ł „całej wstecz” i „ster lewo na burt”! W ciągu tych fatalnych 37 sekund od momentu dostrzeżenia przeszkody do momentu uderzenia w nią, statek musiałby zareagować na oba te manewry, które zamanifestowałyby się wstrząsami o wiele silniejszymi, niż zarejestrowane. Te 37 sekund oznacza, że w momencie dostrzeżenia góry lodowej Titanic znajdował się w odległości 407 m od niej... To mniej, niż pół kilometra. Co to oznacza? – mianowicie to, że n i e b y ł o czasu na jakikolwiek manewr! 66-tysięcznik, to nie kajak, który można zatrzymać i skręcić na dystansie dwóch metrów – jego droga hamowania liczy się w kilometrach. Titanicem nie dało się po prostu wykręcić jak kajakiem. Jego tytaniczna bezwładność obróciła się przeciwko niemu... Podejrzewam, że nawet gdyby Titanic miał stery strumieniowe, to nie byłyby one w stanie zboczyć nim wystarczająco z kursu w którąkolwiek stronę, by uniknąć otarcia o górę lodową i jej wystające ostrogi. Rzeczywiście, najlepszym wyjściem byłoby dać „całą wstecz” i uderzyć dziobnicą w lód. W najlepszym przypadku zalałoby dwa dziobowe przedziały. W najgorszym być może udałoby się osadzić Titanica na lodzie i w ten sposób utrzymać go na czas wystarczający do ewakuacji ludzi z wraku – czyli przez cztery godziny, do przybycia Carpathii. Oczywiście teraz możemy sobie gdybać. Murdoch musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy i ją podjął. Inna rzecz, że była ona najgorsza z możliwych...
Wolf Schneider podaje jeszcze jeden ciekawy fakt, który jakoś umknął uwagi badaczom tej katastrofy. Pisze on mianowicie, że: Titanic zderzył się z górą lodową z prędkością 15 m/s – koniec cytatu. Przeliczyłem i wyszło mi, że w chwili zderzenia Titanic poruszał się z prędkością nie 21,5 kts, jak podaje się oficjalnie we wszystkich źródłach, ale aż 29,15 kts – czyli pełne 54 km/h!... Wygląda na to, że komuś jednak zamarzyła się Błękitna Wstęga Atlantyku i gnał statek z prędkością ówczesnego niszczyciela idącego do ataku torpedowego. Bardzo chciałbym wiedzieć, skąd Schneider wytrzasnął te 15 m/s!?...
Kurs „statku-widma”.
Wróćmy do „statku-widma”, widzianego z pokładów Titanica i Californiana. „Statek-widmo” idzie kursem z NE-E na SW do godziny 23:40. Potem staje w dryfie i... obraca się o 180°, jakby chciał zawrócić. Następnie uruchamia maszynę i o godzinie 02:05 idzie kursem na SW poprzez ławicę dryfującego paku lodowego i o godzinie 02:40 jego światła z n i k a j ą !
Najciekawsze jest to, że kierował się on na błędną pozycję podaną po sygnale CQD MGY[5]. Wyglądałoby zatem na to, że ów statek szedł na pomoc tonącemu Titanicowi po odebraniu p i e r w s z e g o sygnału, a następnie wyłączył radiostację i nie usłyszał d r u g i e g o sygnału SOS MGY z prawidłową pozycją. A to stawia wszystko na głowie i artykuł Schneidera nie wyjaśnia niczego, a gmatwa tą sprawę jeszcze bardziej.
Rodzi się tutaj następne pytanie: czy statek X był tym USO, który spowodował katastrofę? Statek ten zwrócony był do Californiana lewą burtą – bowiem widziano jego czerwone światło pozycyjne, a nie prawą jak Titanic, w przeciwnym wypadku byłoby widoczne światło zielone. To oznaczało z kolei, że statek X stał w godzinach 23:40 – 01:10 dziobem w kierunku Prądu Labradorskiego, który spychał wszystkie dryfujące na oceanie statki z prędkością 2 kts na południe. Takie właśnie nienormalne zachowanie się „statku-widma” sprawia, że nie sądzę, by był to statek z tego świata... – jeżeli odrzucimy Spiskową Teorię Dziejów.
CDN.


--------------------------------------------------------------------------------

[1] Royal Mail Steamer – Parowiec Poczty Królewskiej.
[2] W. I. Stead – „Zemsta mumii” w „Dookoła świata”, 1936.
[3] W oryginale „Futility”.
[4] Wg „Titanic: fakta, fikce, film”, Praga 1998.
[5] Skrót od: Come Quick Danger (przybądźcie natychmiast – niebezpieczeństwo) MGY było kodowym symbolem Titanica.


Dziwne aspekty katastrofy.
Badacze tego incydentu zwracali zawsze uwagę na to, że po zderzeniu – a właściwie otarciu się o górę lodową – na pokłady Titanica posypał się lód. Otóż Titanic wcale nie musiał zderzyć się z górą lodową – mógł on zostać uderzony przez USO, które spowodowało wyrzut na jego pokłady kawałków lodu pływającego wokół góry lodowej. W tym kontekście ciekawie brzmi stwierdzenie pewnego pasażera Titanica, co pokazał Jean Negulesco, który w chwilę po kolizji powiedział: Nie, to nie my w nią uderzyliśmy, ale to ona nas... - jeszcze do tej odzywki wrócimy. Tymczasem proszę przypomnieć sobie opis zderzenia fregaty USS Abraham Lincoln z Nautiliusem kapitana Nemo z powieści Verne’a – tuż po uderzeniu ostrogą w burtę, na pokład USS Abrahama Lincolna zwaliły się dwie trąby wodne, które zmyły do wody prof. Aronnaxa, jego służącego Conseila i Neda Landa... Takie trąby wodne mogły wyrzucić kawałki kry na pokłady Titanica, a także mógł to być efekt eksplozji kotła w kotłowni nr 1. Zderzenie się masy kilkudziesięciu tysięcy ton, rozpędzonych do prędkości niemal 40 km/h m u s i a ł o b y zaowocować potężnymi efektami akustycznymi, nie wspominając już o silnym wstrząsie. Pamiętam, jak w 1985 roku, nasz prom MF Pomerania wyrżnął w molo Bazy Promów Morskich PŻB w Świnoujściu, w pewien mglisty dzień. Z betonowego postumentu sygnału świetlnego sypnęła ulewa szczątków, snop iskier wystrzelił na trzy metry w górę, rozległ się wrzask obcieranego metalu poszycia, a prom zatrząsł się febrycznie od uderzenia i zmiany kierunku pracy śrub, kiedy maszyny dały „całą wstecz”, a stery strumieniowe usiłowały odepchnąć dziób Pomeranii od kei... Łoskot był od tego, jak wszyscy diabli, a przecież Pomerania miała zaledwie 13.000 BRT i poruszała się z prędkością 1 – 1,5 kts! Wstrząs i huk zderzenia słyszeli wszyscy w promieniu wieluset metrów, i wszyscy słyszeli gwałtowny zryw maszyn pracujących na rewersie. Wszystko skończyło się na rozwaleniu postumentu czerwonego światła sygnałowego, otarciu blach promu, strachu podróżnych i klątwach kapitana... A na Titanicu?
Rzecz leży w ogromnej masie statków. Titanic poruszał się z prędkością 21,5 kts – czyli 39,82 km/h – i tylko kilka osób czuje wstrząs i słyszy słaby wybuch. A zatem krawędź lodowa była tak ostra, że cięła burtę statku, jak nóż do konserw, NB tego właśnie porównania użył Józef Conrad-Korzeniowski – albo I oficer Murdoch n i e d a ł „całej wstecz” i „ster lewo na burt”! W ciągu tych fatalnych 37 sekund od momentu dostrzeżenia przeszkody do momentu uderzenia w nią, statek musiałby zareagować na oba te manewry, które zamanifestowałyby się wstrząsami o wiele silniejszymi, niż zarejestrowane. Te 37 sekund oznacza, że w momencie dostrzeżenia góry lodowej Titanic znajdował się w odległości 407 m od niej... To mniej, niż pół kilometra. Co to oznacza? – mianowicie to, że n i e b y ł o czasu na jakikolwiek manewr! 66-tysięcznik, to nie kajak, który można zatrzymać i skręcić na dystansie dwóch metrów – jego droga hamowania liczy się w kilometrach. Titanicem nie dało się po prostu wykręcić jak kajakiem. Jego tytaniczna bezwładność obróciła się przeciwko niemu... Podejrzewam, że nawet gdyby Titanic miał stery strumieniowe, to nie byłyby one w stanie zboczyć nim wystarczająco z kursu w którąkolwiek stronę, by uniknąć otarcia o górę lodową i jej wystające ostrogi. Rzeczywiście, najlepszym wyjściem byłoby dać „całą wstecz” i uderzyć dziobnicą w lód. W najlepszym przypadku zalałoby dwa dziobowe przedziały. W najgorszym być może udałoby się osadzić Titanica na lodzie i w ten sposób utrzymać go na czas wystarczający do ewakuacji ludzi z wraku – czyli przez cztery godziny, do przybycia Carpathii. Oczywiście teraz możemy sobie gdybać. Murdoch musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy i ją podjął. Inna rzecz, że była ona najgorsza z możliwych...
Wolf Schneider podaje jeszcze jeden ciekawy fakt, który jakoś umknął uwagi badaczom tej katastrofy. Pisze on mianowicie, że: Titanic zderzył się z górą lodową z prędkością 15 m/s – koniec cytatu. Przeliczyłem i wyszło mi, że w chwili zderzenia Titanic poruszał się z prędkością nie 21,5 kts, jak podaje się oficjalnie we wszystkich źródłach, ale aż 29,15 kts – czyli pełne 54 km/h!... Wygląda na to, że komuś jednak zamarzyła się Błękitna Wstęga Atlantyku i gnał statek z prędkością ówczesnego niszczyciela idącego do ataku torpedowego. Bardzo chciałbym wiedzieć, skąd Schneider wytrzasnął te 15 m/s!?...
Kurs „statku-widma”.
Wróćmy do „statku-widma”, widzianego z pokładów Titanica i Californiana. „Statek-widmo” idzie kursem z NE-E na SW do godziny 23:40. Potem staje w dryfie i... obraca się o 180°, jakby chciał zawrócić. Następnie uruchamia maszynę i o godzinie 02:05 idzie kursem na SW poprzez ławicę dryfującego paku lodowego i o godzinie 02:40 jego światła z n i k a j ą !
Najciekawsze jest to, że kierował się on na błędną pozycję podaną po sygnale CQD MGY[1]. Wyglądałoby zatem na to, że ów statek szedł na pomoc tonącemu Titanicowi po odebraniu p i e r w s z e g o sygnału, a następnie wyłączył radiostację i nie usłyszał d r u g i e g o sygnału SOS MGY z prawidłową pozycją. A to stawia wszystko na głowie i artykuł Schneidera nie wyjaśnia niczego, a gmatwa tą sprawę jeszcze bardziej.
Rodzi się tutaj następne pytanie: czy statek X był tym USO, który spowodował katastrofę? Statek ten zwrócony był do Californiana lewą burtą – bowiem widziano jego czerwone światło pozycyjne, a nie prawą jak Titanic, w przeciwnym wypadku byłoby widoczne światło zielone. To oznaczało z kolei, że statek X stał w godzinach 23:40 – 01:10 dziobem w kierunku Prądu Labradorskiego, który spychał wszystkie dryfujące na oceanie statki z prędkością 2 kts na południe. Takie właśnie nienormalne zachowanie się „statku-widma” sprawia, że nie sądzę, by był to statek z tego świata... – jeżeli odrzucimy Spiskową Teorię Dziejów.
Nawet gwiazdy nie sprzyjały Titanicowi...
Pomijając wszelkie dywagacje na temat ochrzczenia tego transatlantyku wyzywającym mianem Titanic, co dla niektórych już było samo w sobie bluźnierstwem należy dodać, że statek ten nie miał nawet chrztu morskiego! Jest to obrządek uroczystego nadania imienia jednostce pływającej polegający na wypowiedzeniu uroczystej formułki nadania imienia i rozbicie o burtę, lub wylanie na burtę, butelki szampana, wina, soku z winogron czy wody morskiej. Tego właśnie nie zrobiono, a zatem statek był już przeklęty na samym początku...
Czeska pisarka i astrolożka Zoša Klinkorová sporządziła horoskop tego statku i najważniejszych momentów jego „życia”. Wszystkie aspekty tego horoskopu wskazują na to, że Titanic już od samego początku był unlucky ship i jego rejs m u s i a ł się skończyć tragedią...
Zacznijmy od horoskopu współwłaściciela i głównego udziałowca White Star Lines Johna Piermonta Morgana, który był wielkim mistykiem i bez szczegółowego horoskopu nie zaczynał czegokolwiek. Jak widać, tym razem gwiazdy zawiodły także i jego...
Z horoskopu właściciela statku i samego statku wynika, że już w chwili położenia stępki został wydany wyrok, który został wykonany w trzy lata później... To jest bardzo fatalny układ planet i gwiazdozbiorów zodiakalnych.


Czy można w to wierzyć? Kto chce, to niech wierzy, kto nie chce, to nie. Jeden fakt pozostaje bezspornym – czy były takie czy inne układy gwiazd, planet i domów horoskopu – Titanic leży teraz na dnie Atlantyku i powoli zamienia się w kopiec rdzewiejącego żelastwa...
Wodni Ludzie.
Nie wierzę w taki wpływ gwiazd na ludzkie życie i istnienie wytworzonych przez niego maszyn, a więc przejdźmy do tematu Wodnych Ludzi. Oni rzeczywiście istnieją, czego dowodzą tajemnicze wydarzenia, które rozgrywały się – i nadal rozgrywają – na wszystkich akwenach świata. Wodnym Ludziom poświęcił swój pierwszy bestseller pt. „Hawajski wir” słynny amerykański pisarz powieści sensacyjno-marynistycznych Clive Cussler. Ciekawa rzecz, bo ich siedzibę umiejscawia on tam, gdzie teraz znajduje się Północnopacyficzna Plama Śmieci i Odpadów, o której pisałem wcześniej…
Telewizja Polska kilka lat temu wyemitowała niesamowity film na temat m.in. Wodnych Ludzi, a ja napisałem potem artykuł do „Nieznanego Świata”. Wyglądałoby zatem na to, że we Wszechoceanie istnieje rasa rozumnych istot przypominających ludzi i od czasu do czasu tychże ludzi porywająca. Tak przynajmniej twierdzi Robin Cook w swej książce pt. „Uprowadzenie”, w której pisze on, że pochodzą oni z Interterry – legendarnej krainy podziemnej tak namiętnie poszukiwanej przez SS-Reischführera Heinricha Himmlera i jego specjalistów-speleologów w czasie II Wojny Światowej, a którą można utożsamiać z tajemniczą Szamballą czy Aghartą albo Atlantydą. Czy te istoty można posądzić o manipulację w wyniku której Titanic zatonął w swym dziewiczym rejsie? Oczywiście! Oni wiedzieli, jakie słabości ma ten statek i jakie ma możliwości. Taka wiedza to połowa sukcesu. Aby osiągnąć drugą połowę, wystarczyło podciągnąć górę lodową na kurs Titanica i czekać, aż się z nią zderzy, co się stało. A może nawet jej pomogli zderzyć się z Titanicem – stąd właśnie spostrzeżenie, groteskowe, ale wbrew pozorom prawdopodobne – że statek został uderzony górą lodową, a nie na odwrót. Ten statek X, to właśnie była jednostka Interterran, która śledziła z oddali rozwój wypadków. A jego załoga mogła nim nawet sterować...
Co było celem tej operacji? Oczywiście zmiana istniejącej rzeczywistości. Podobnie zresztą postąpiono na początku lat 50. ubiegłego wieku, kiedy to zatopiony został inny pasażerski liniowiec SS Andrea Doria. Jak to było możliwe, by dwa nowoczesne liniowce, posiadające radar i inne urządzenia nawigacyjne, widzące się nawzajem! – staranowały się niemal u wejścia do portu w Nowym Jorku!!!???... Pytanie godne Hamleta! Oczywiście zwalono winę na radar i wymyślone naprędce zjawisko zaburzeń propagacji fal radiowych na tym akwenie, zwane polaryzacją fal radarowych. Nie wyjaśnia to niczego, a już najmniej to, dlaczego dziób MS Stockholm rozpruł burtę Andrea Dorii i posłał go na dno... Kto wie, jak potoczyłyby się dzieje świata, gdyby nie doszło do tych dwóch katastrof morskich? I kilku innych, pomniejszych, ale równie tajemniczych też... Możemy teraz tylko gdybać, bo jesteśmy mądrzy po szkodzie – dobre i to.
Zagłada Titanica wyszła Ludzkości na dobre, stając się przestrogą przed nadmiernym zaufaniem w swe własne możliwości z jednej strony, zaś z drugiej stając się potężnym bodźcem do rozwoju udoskonalanych z dnia na dzień systemów nawigacji, wykrywania i ostrzegania przed górami lodowymi, sztormami czy innymi dopustami Bożymi na akwenach całego Wszechoceanu. Pozwoliło to uniknąć wielu powtórek z tej tragedii.
A jednak statki wciąż toną...
* * *
Czy to koniec tajemnic?
Te słowa napisałem dawno temu, w 2001 roku. Od tego czasu wiele się zdarzyło, ale nad tą katastrofą wisi wciąż zasłona tajemnicy. Tak naprawdę największymi morskimi hekatombami była zagłada niemieckich statków pasażerskich z uciekinierami z Pomorza Gdańskiego – a były to:
v MV Goya (55°12’ N – 018°18’ E, 6000 ofiar),
v MV Wilhelm Gustloff (55°07’27” N – 017°42’14,6” E, 9600 ofiar)
v SS General von Steuben (54°41’ N – 016°51’ E, 4900 ofiar), które zostały zatopione przez Rosjan. Do tego należy dodać jeszcze
v SS Cap Arkona (4300 ofiar) - nawiasem mówiąc statek, który miał zagrać rolę Titanica w nazistowskim filmie propagandowym! - oraz...
v SS Thielbeck (2800). Każdy z nich przewoził pasażerów i więźniów obozów koncentracyjnych, z których niewielu zdołało się uratować z lodowatych wód Bałtyku.
Obecnie usiłuje się przedstawić tych Niemców jako niewinne ofiary okrutnych Rosjan, którzy celowo i z premedytacją te statki zatopili. Nie mówi się tylko o tym, że była o konsekwencja wojny światowej sześć lat wcześniej rozpętanej przez Niemców. Prawda jest taka, że ludzie ci zostali wystawieni na ataki Rosjan przez hitlerowskich zbrodniarzy wojennych, którzy nakazali ewakuację drogą morską doskonale wiedząc o tym, że szlaki morskie są opanowane przez Rosjan...
Ale tragedia Titanica miała miejsce jeszcze w czasie pokoju i dlatego jest ona taka przejmująca i straszna. Autor książeczki pt. „Tajemnica Titanica” („Fakt – Historia”, Warszawa 2012), w rozdziale pt. „Czego się nigdy nie dowiemy” wymienia zagadki związane z tą katastrofą, i tak:
v Nie wiadomo, dlaczego kapitan Edward Smith zlekceważył radiodepesze m.in. z SS Baltic ostrzegające o pływających lodach i wprowadził z pełną prędkością statek na akwen najeżony górami lodowymi?
v Dlaczego radiotelegrafiści i oficerowie wachtowi Titanica zlekceważyli nadchodzące informacje o pływających lodach?
v Co spowodowało Bruce’a Ismaya do nakłaniania kapitana Smitha do podniesienia prędkości statku? Czy chodziło tylko o splendor czy o coś jeszcze?
v Czy statkiem X widzianym symultanicznie z Titanica i SS Californian był norweski statek wielorybniczy, czy jeszcze jakiś inny?
v Dlaczego ów statek nie udzielił pomocy Titanicowi, tylko odpłynął po godzinie 02:20?
v Jak to się stało, że marynarze na oku i bocianim gnieździe nie mieli ani jednej lornetki???
v Do dziś dnia nie wiadomo, kto był prawdziwym bohaterem akcji ratunkowej i czy rzeczywiście strzelano do pasażerów?
v Czy prawdą jest, ze na pokładzie Titanica transportowano mumie egipskie i posąg Szatana, co miało wpływ na bezpieczeństwo statku?
v Dlaczego i wskutek czego RMS Titanic wyszedł w swój dziewiczy rejs bez jakiejkolwiek ceremonii chrztu morskiego?
v Jaki był ostatni utwór grany na Titanicu przez orkiestrę Wallace’a Hartleya?
v Nie wiadomo, ilu właściwie ludzi zginęło w tej katastrofie? Szacunki wahają się pomiędzy 2208 a 2228 osobami.
v Do niedawna tajemnicą były uszkodzenia kadłuba, które doprowadziły do zagłady Niezatapialnego. Dzisiaj wiadomo, że pod naciskiem lodu puściły nity łączące blachy i powstało 6 wąskich otworów, przez które do kadłuba statku dostała się woda zaburtowa…
To tylko kilka z nich, które w dalszym ciągu nurtują historyków i łowców sensacji.
I jeszcze słowo o innych katastrofach na morzu, których rozmiary są porównywalne z tą tragedią:


1. 29 maja 1914 roku – wskutek zderzenia z norweskim drewnowcem SS Storstad na Rzece św. Wawrzyńca zatonął brytyjski RMS Empress of Ireland – zginęło 1014 osób.
2. 7 maja 1915 roku – RMS Lusitania została storpedowana przez okręt podwodny U-20 i poszła na dno z 1198 osobami.
3. 24 lipca 1915 roku – w kanale u brzegów Chicago zatonął rzeczny statek SS Estland z 848 osobami.
4. 21 listopada 1916 roku – prawdopodobnie wskutek wpadnięcia na minę zatonął sister-ship Titanica – RMS potem HMHS Britannic. Zginęło 30 osób. Teoria spiskowa głosi, że statek zatonął wskutek sabotażu lub ataku niemieckiego U-boota.
5. 24 października 1918 roku – wszedł na mieliznę w pobliżu Alaski kanadyjski statek SS Princess Sophia, który potem zatonął z 343 osobami – przeżył ponoć tylko pies…
6. 3 marca 1921 roku – malajski statek SS Hong Moh płynąc z Singapuru do Chin wpadł na skały i potem zatonął z około 1000 pasażerów.
7. 17 lipca 1947 roku – statek SS Ramdas tonie u wybrzeży Indii – 10 mil od Bombaju, zginęło 625 osób.
8. 3 grudnia 1948 roku – chiński statek SS Kigaya zatonął niedaleko Szanghaju. Zginęło od 2750 do nawet 3920 osób. Statek zatonął wskutek wejścia na starą japońską minę w czasów wojny.
9. 11 czerwca 1948 zatonął także duński statek SS Køpenhagen na którym życie straciło 140 pasażerów. Statek wyleciał w powietrze na minie u wybrzeży Jutlandii.
10. 26 września 1954 roku – japoński prom MF Toya Maru zatonął w cieśninie Tsugaru z 1159 osobami na pokładzie. Powodem zatonięcia była burza wywołana cyklonem Marie.
11. 26 lipca 1956 – tego dnia miała miejsce słynna katastrofa włoskiego liniowca SS Andrea Doria, który uległ kolizji (tzw. zderzenie radarowe) ze szwedzkim statkiem MS Stockholm, w wyniku czego na obu jednostkach zginęły 52 osoby w tym 6 na Stockholmie. Włoski liniowiec poszedł na dno. A nam pozostała po tym wydarzeniu piosenka Wojciecha Kordy i Niebiesko-Czarnych…
12. 8 grudnia 1966 roku – grecki statek SS Heraklion zatonął na Morzu Egejskim wraz z 200 osobami.
13. 27 stycznia 1981 roku – pożar na indonezyjskim statku MV Tamponas II spowodował śmierć 580 osób.
14. 31 sierpnia 1986 roku – radziecki statek TSS Admirał Nachimow zderzył się ze statkiem MS Wasiew, wskutek czego zginęło 448 osób.
15. 1986 rok – w Bangladeszu tonie MF Shamia, wraz z 600 osobami…
16. 6 marca 1987 roku – kolejna słynna katastrofa brytyjskiego statku RO-RO MF Herald of Free Enterprise, w której zginęły 193 osoby. Przyczyną katastrofy była niedomknięta furta pokładu samochodowego (cardeck).
17. 20 grudnia 1987 roku – po zderzeniu z tankowcem MT Vector doszło do pożaru na filipińskim statku MF Doña Paz. Zginęło 4375 osób!
18. 6 kwietnia 1990 roku – w pożarze wywołanym przez piromaniaka zginęło 158 pasażerów na norweskim MF Scandinavian Star płynącego z Norwegii do Danii.
19. 1991 rok – egipski prom MF Salam Express zderzył się z rafą wskutek czego zginęło ok. 470 osób.
20. 19 stycznia 1993 roku – tragedia polskiego promu MF Jan Heweliusz na akwenie Zatoki Pomorskiej. Zginęło 55 osób. Statek ten cieszył się złą sławą – i przed katastrofą zaliczył 28 wypadków na trasie Świnoujście – Ystad.
21. Luty 1993 roku – w pobliżu Haiti zatonął MF Neptune, zginęło 1715 osób…
22. 28 września 1994 roku – znowu SOS na Bałtyku. Tej nocy zatonął estoński rorowiec MF Estonia. Zginęło 852 osoby – jest to największa pokojowa katastrofa morska na Bałtyku. Powodem była najprawdopodobniej uchylona furta na cardeck. Wokół tej tragedii narosło wiele teorii spiskowych, według których był to rosyjski sabotaż albo celowy zamach przemytników materiałów rozszczepialnych, narkotyków, itd.
23. 1996 – indonezyjski statek MF Gurita poszedł na dno wskutek sztormu. Zginęło 340 osób.
24. 1999 rok – na Morzu Południowochińskim zatonął MF Harta Rimba wraz z 325 pasażerami.
25. 2000 rok – sztorm zatopił MF Cahaya Bahari i zginęło ponad 500 osób.
26. 26 września 2002 roku – senegalski statek MF Le Joola zatonął w sztormie wraz z 1863 ofiarami.
27. Nocą 2/3 lutego 2006 roku – na Morzu Czerwonym zatonął egipski statek MF al-Saalam Boccaccio 98 – zginęły 994 osoby. Przyczyny katastrofy – nieznane.
28. 21 czerwca 2008 roku – filipiński MF Princess of the Stars został przewrócony przez tajfun i wywołane przezeń fale. Zginęło 690 osób.
29. 11 lipca 2011 roku – tego dnia na Wołdze zatonął rzeczny statek pasażerski MV Bułgaria, w katastrofie zginęło 122 pasażerów w tym 28 dzieci.
30. 13 stycznia 2012 roku – u wybrzeży Ligurii zatonął włoski wycieczkowiec MV Costa Concordia. Statek wszedł na skały wskutek błędu nawigacyjnego i brawury kapitana statku. Zginęły bądź zaginęły 32 osoby.
Wymieniłem tylko większe tragedie, które miały miejsce w historii żeglugi po katastrofie Titanica. Większość z nich spowodował tzw. „czynnik ludzki”: lekkomyślność załogi, błędy nawigacyjne, zbyteczna brawura czy po prostu zwyczajny pech. Do tego można doliczyć działanie z nasileniem złej woli, jak to miało miejsce w kilku przypadkach, czy wręcz działania zbrodnicze…
Nie ma co w to mieszać układów gwiazd, czy czynników irracjonalnych. To buta i głupota człowieka była i jest najczęstszą przyczyną tych strasznych katastrof. Sama Natura pokazuje nam miejsce w porządku Wszechświata, Jej siły wymierzają nam ciosy na ślepo, ale Ona z nami gra fair. To my się mylimy i te nasze pomyłki kosztują nas bardzo drogo. Tak, jak w przypadku Titanica i innych tragedii, o których powyżej…


W dniu 10 kwietnia 2012 roku z Southampton w ślad za RMS Titanic popłynął wycieczkowiec MS Balmoral, którego również gnębi pech. Ma on na pokładzie 1309 pasażerów z 20 krajów, czyli dokładnie tyle, co nieszczęsny Titanic. 12 kwietnia musiał zawrócić do Irlandii z powodu choroby uczestnika rejsu. Po ewakuacji jest o jednego mniej, a Balmoral jest nieco spóźniony, ale jego kapitan obiecuje, że zdąży do soboty dotrzeć w rejon, gdzie Titanic zderzył się z górą lodową i zatonął. A zatem żeby zdążyć będzie musiał pójść ze zwiększoną prędkością – jak sto lat temu RMS Titanic…
Czyż nie jest to kolejnym wyzwaniem losu?



--------------------------------------------------------------------------------

[1] Skrót od: Come Quick Danger (przybądźcie natychmiast – niebezpieczeństwo) MGY było kodowym symbolem Titanica.
Autor: R.K.L. o sobota, kwiecień 14, 2012

Obrazek

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 20 kwie 2012, 19:25 
Legenda o Diablim Kamieniu - Szczyrzyc woj. małopolskie

http://desmond.imageshack.us/Himg410/sc ... es=landing
Obrazek


Odkrywcą diabelskich kamieni i twórcą hipotezy, że są one punktami nawigacyjnymi UFO jest dr. Jan Pająk.

Według Jana Pająka cała powierzchnia naszej planety została pokryta precyzyjnie rozlokowaną "siecią pajęczą" punktów nawigacyjnych UFO. Poszczególne elementy tej sieci zostały rozłożone wzdłuż linii biegnących w kierunkach południkowym i równoleżnikowym. Oparcie sieci nastąpiło na biegunach magnetycznych ziemi, zaś jej rozwinięcie od specjalnie przyjętego punktu bazowego dla UFO stanowiącego odpowiednik naszego Greenwich, a znajdującego się w Rzymie [A1.41 st. 57'N, 12st. 45'E]. Odstęp między poszczególnymi liniami sieci wynosi 1 st. 30' w kierunku równoleżnikowym E-W, oraz 1 st. w kierunku południkowym N-S. Na każdym skrzyżowaniu tych linii umieszczony jest węzłowy punkt nawigacyjny UFO.

Dokładnie pośrodku pomiędzy każdymi dwoma punktami węzłowymi na każdej linii sieci znajduje się punkt pośredni. Według Pająka aparatury sygnalizacyjne znajdujące się w węzłowych punktach nawigacyjnych zostały ukryte przez ich zatopienie we wnętrzu specjalnie spreparowanych kamieni o wyglądzie typowych głazów narzutowych. Aby uniemożliwić ludziom przemieszczanie lub rozbicie tych głazów, które były zazwyczaj duże o wadze kilkunastu ton. Mimo tych zabezpieczeń niektóre z nich ulegały jednak zniszczeniu.

Z tego powodu w ich miejsce w "drugim rzucie" umieszczano kamienie mniejsze około jednometrowej średnicy które zakopywano w ziemi.

Kamienie kryjące w swym wnętrzu aparaturę nawigacyjną UFO posiadają specyficzny znak rozpoznawczy. Jest nim wyraźny odcisk przypominający kształt dłoni lub stopy ludzkiej umieszczony na ich powierzchni. Właśnie z powodu tego odcisku kamienie nazwano "diabelskimi" lub "świętymi".

Dr. Pająk w swojej hipotezie zakłada, że w drugiej połowie XVI wieku istoty pozaziemskie utożsamiane w tym czasie z aktywnością diabłów zrealizowały największą inwestycję nawigacyjną UFO. Istnieje również hipoteza, że siatkę nawigacyjną UFO realizowano również dużo wcześniej w XII i XIII wieku. Z diabelskimi kamieniami związana jest legenda mówiąca iż każdy uczestnik ich niszczenia lub rozbicia umrze w męczarniach najdalej za rok. Istnieją fakty zdające się potwierdzać tę niesamowitą groźbę.

Jan Pająk odszukał niektóre z diabelskich kamieni i wskazał na mapie opracowanej przez siebie na której zaznaczył punkty węzłowe w których winny znajdować się diabelskie kamienie.


Poniżej znajduje się kilka diabelskich kamieni znajdujących się w Beskidzie Wyspowym lub nieopodal.

Diabli kamień we wsi Smykań koło Szczyrzyca. Legenda mówi, że diabeł chciał zniszczyć klasztor Cystersów w Szczyrzycu ale atak nie powiódł się ze względu bicia dzwonów na Anioł Pański. Diabelski kamień jest bardzo dużych rozmiarów na którym porastają drzewa. Istnieje potwierdzona relacja obserwacji UFO w rejonie tego kamienia.
Kamień na górze Chełm na wschód od Myślenic nosi nazwę "Zimna Woda". Miejscowi ludzie twierdzą, że kamień ten pochodzi z "Babiej Góry" zwanej pod nazwą Diablaka.
Sromowce Wyżne (E9) koło Czorsztyna. Legenda umiejscawia jego przyniesienie w latach 1595. (lata zbliżone do znaleziska tolkmickiego).
Diabelskimi kamieniami zainteresował się Bronisław Rzepecki. W miesięczniku "Nieznany Świat" nr 10/1992 opublikował artykuł pt. "Diabelskie kamienie". Autor zwrócił się również z apelem do czytelników o przesyłanie dodatkowych informacji na ten temat. Następny artykuł ukazał się w "Nieznanym Świecie" nr 7-8/1994 a wiec prawie dwa lata później. Poszukiwaniami kamieni zajął się również Krakowski Klub Popularyzacji i Badań UFO.

Więcej o Diabelskich kamieniach można przeczytać na stronie http://www.kki.net.pl/~marzo/


Wykorzystano materiał ściągnięty ze strony UFO prawda czy fikcja
http://adamv0.republika.pl/www/ckamienied.html
http://imageshack.us/photo/my-images/410/pageqx.jpg/



Na górę
   
 
 
Post: 05 maja 2012, 21:26 
Offline
Entered Apprentice * 1st Degree
Entered Apprentice * 1st Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 kwie 2012, 8:55
Posty: 3
Płeć: mężczyzna
W miejscowości FOLUSZ , Podkarpackie , koło Jasła , też jest miejsce w którym znajduje się "Diabli Kamień.



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 25 maja 2012, 8:58 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Dalej o Syrenach :D
Obrazek

Kryptozoolodzy chętnie zajmują się śledzeniem yeti, chupacabry czy yowie. Ich badania, co rusz, stają się jednak obiektem drwin. Tymczasem te kpiny często okazują się bezpodstawne. Naukowcy uważają, że syreny - istoty o aparycji człowieka i ryby - które znajdują się w spektrum zainteresowań krytozoologów, mogły istnieć naprawdę. O tym, że teza ta nie jest bezzasadna przekonują twórcy nowego filmu dokumentalnego.

Jak to możliwe, że stworzenie kojarzone dotąd głównie z legendami, bajkami dla dzieci i pociesznymi amerykańskimi komediami umieszczono nagle w tej samej kategorii, co dinozaury czy ptaki dodo? Zdaniem naukowców, nasi przodkowie mogli podziwiać "syreny". Tyle że były one w rzeczywistości odmianą małpy, która zamieszkiwała rozmaite akweny. Pojawiające się w źródłach historycznych i legendach informacje na temat syren nie były zatem bezpodstawne.


Zgodnie z teorią, która została przedstawiona w nowym filmie, żyjące w czasach prehistorycznych małpy ewoluowały w dwóch kierunkach - pierwszy dał początek hominidom; drugi doprowadził do powstania małpy, która z powodzeniem przez pewien czas funkcjonowała w przestrzeni wodnej.

"To oczywiście bardzo radykalna teoria ewolucji człowieka, ale zmierzyliśmy się z odwiecznym mitem i naprawdę sięgnęliśmy początków"- powiedział Charlie Foley, ekspert ze stacji telewizyjnej, specjalizującej się w emisji filmów poświęconych życiu zwierząt. "Istnieją znaczące różnice pomiędzy nami i innymi naczelnymi, ale wiele cech dzielimy z ssakami morskimi, jak np. błony pomiędzy palcami, których inne naczelne nie mają, a także warstwy podskórnej tkanki tłuszczowej czy utrata owłosienia na ciele. Potrafimy też instynktownie pływać i kontrolować w wodzie swój oddech".


Wzmianki o małpach morskich pojawiły się m.in. w dziennikach niemieckiego przyrodnika, Georga Wilhelma Stellera, który w 1741 r., przemierzając Ocean Spokojny, opisał przypominające hybrydę psa i małpy zwierzę. Tajemnicza istota pływała wokół statku, który transportował członków wielkiej ekspedycji.

Notatki na temat tego dziwacznego stwora, który - według niektórych krytozoologów - wciąż może zamieszkiwać podmorskie głębiny, pojawiały się również na stronnicach zapisywanych w średniowieczu kronik.

Żródełko http://niewiarygodne.pl

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 31 maja 2012, 10:09 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Jeden powód więcej, by obawiać się plaż: znaleziono zwłoki Syreny
http://wszechocean.blogspot.com/
Obrazek

Neil Genzlinger



Jakbyśmy nie mieli mało istot, którymi mielibyśmy sobie zaprzątać głowy. Na całym świecie ludzie rozglądają się za Wielką Stopą (Bigfoot), uganiają się za duchami, rozglądają się za Kosmitami. A teraz będziemy musieli do tego dopisać Syreny.



Wreszcie weźmiemy tą informację „Znaleziono zwłoki Syreny” na serio. Nie powinniśmy tego robić. Wyświetlony w sobotni wieczór na kanale Animal Planet film jest częścią Tygodnia Potworów – fikcyjną historią opartą na faktach i zrobionym na film dokumentalny. Jeżeli Czytelnik zna te podstawowe zasady, to będzie to oglądał tak, jak ogląda się horror „The Blair Witch Project”.



Film ten został zrobiony przez Charlie Foleya zaczyna się od realnego faktu iż podejrzewa się okręty US Navy używających systemów sonarowych powodują ucieczkę wielorybów na brzegi. Przy okazji odnotowano podwodne dźwięki znane jako Bloop, które zapisano w Oceanie Spokojnym w 1997 roku.



Stąd też w filmie „Mermaids” pokazano dwóch znanych uczonych, którzy chcą nam ukazać i opowiedzieć o tajnych rządowych dochodzeniach, których celem jest udowodnienie kwestii istnienia Syren. Twierdzą oni, że waleniowate nie są jedynymi istotami wyrzucającymi się na brzeg; dwóch chłopców ze stanu Waszyngton sfilmowali coś jeszcze przy pomocy kamery w telefonie komórkowym, zanim władze namierzyły ich i zmusiły do milczenia. Także resztki znalezione we wnętrznościach rekina złapanego w Południowej Afryce były zdecydowanie syrenokształtne.



Ekspert używający tych szczątków do rekonstrukcji Syreny, która – niestety – nie jest tak piękna jak Ariel z filmu Disneya i nie ma jej rozwianych, długich, rudych włosów. Ale publiczność nie jest w stanie spotkać się z tym modelem, ponieważ jest on – jak zazwyczaj w takich przypadkach - utajniony.



- Mam poczucie, jakbym był bohaterem z książek Orwella – Paul, jeden z uczonych mówi z żalem – to był Wielki Brat, oni dokładnie skopiowali tą historię. To stworzenie nie powinno istnieć.



Obrazek

Pan Foley znajduje sposób do przekazania nam hipotezy w rodzaju tej o ekspansji wodnych małp, która zakłada, że ewolucja człowieka rozdzieliła się na dwie fazy: jedna z nich pozostała na lądzie, druga poszła szukać szczęścia we Wszechoceanie. I – oczywiście – hipoteza o realności istnienia Syren ma swe poparcie w kulturowych odniesieniach przez stulecia.


- Greccy żeglarze opisywali je – mówi narrator w filmie – podobnie jak Wikingowie, podobnie jak Chińczycy w czasie swych długich okresów eksploracji Wszechoceanu. Zapisy o spotkaniach z nimi znajdują się w średniowiecznych manuskryptach i nawet w XIX wieku






A zatem obserwujmy nasze plaże w czasie letnich wakacji, i to mimo tego, ze ćwiczenia z sonarami wypłoszyły je stąd.

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 18 lip 2012, 19:52 
Offline
Intimate Secretary * 6th Degree
Intimate Secretary * 6th Degree

Rejestracja: 27 sty 2012, 18:23
Posty: 81
phpBB [video]


To film o którym mowa wyżej.



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 06 sty 2013, 8:11 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Syreny w mrokach Wszechoceanu

Obrazek
Syreny ukazują się tam, gdzie dochodzi do masowych samobójstw waleni

W czasie Świąt Bożego Narodzenia 2012 a. D. pośród rozmaitego badziewia oferowanego nam przez TV, kanał Animal Planet nadawał niezwykle ciekawy film pt. „Mermaids – The Body Found”, w którym w formie paradokumentalnej ukazano Bliskie Spotkania człowieka z Syrenami, które zostały nawet sfilmowane telefonami komórkowymi. W nomenklaturze ufologicznej byłyby to…


RV/CE0/UMH


– czyli Obserwacja Techniczna i Bliskie Spotkanie Zerowego Rodzaju z Nieznanym Humanoidem (kryptydą). Temat ten już poruszyłem wcześniej na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2012/05 ... -plaz.html. Ten artykuł jest kontynuacją tego tematu. Jak widzę ze statystyki wejść na mój blog, sprawa istnienia Syren wzbudziła znaczne zainteresowanie. I słusznie moim zdaniem, bowiem – w odróżnieniu od Małych Zielonych Ludzików – Syreny mogą być istotami z krwi i kości.


W filmie wypowiadają się naukowcy, którzy zostali przez przypadek wciągnięci w wir niezwykłych wydarzeń, które zapoczątkowały dwa wydarzenia: nakręcenie przez dwóch amerykańskich chłopców niezwykłego filmu na plaży, na którą wyrzuciły się wieloryby oraz wychwycenie przez naukowców niezwykłych sygnałów dźwiękowych czy ultradźwiękowych, których wzór nie pasował do żadnego znanego mieszkańca Pacyfiku.


Syrena na plaży i tajemnicze sygnały


Filmik został zrobiony telefonem komórkowym na plaży w stanie Waszyngton. Przedstawia on leżące na piasku wieloryby i coś, co na pierwszy rzut oka przypomina kupę alg. Ale z tej kupy alg wysuwa się niemal ludzka ręka. Chłopiec podchodzi do niej, trąca ja patykiem i patrzy w kamerę. Niemal w tej samej chwili obok jego głowy ukazuje się głowa jakiejś humanoidalnej istoty z szeroko otwartymi oczami i ustami. Chłopiec przerażony odskakuje… UMH usiłuje pójść za nim, ale nie może, bo nie ma nóg.

Obrazek
Zapis tajemniczego sygnału dźwiękowego pochodzącego od Syren

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Kadry filmu wykonanego przez dwóch uczniów na pacyficznej plaży w USA, jest to incydent typu RV/CE0/UMH

Druga przesłanka to niezwykłe sygnały dźwiękowe wychwycone przez naukowców w wodach Pacyfiku. Analiza wykazała, że nie pasują one do żadnego znanego mieszkańca Wszechoceanu, a zatem byłyby to jakiś nowy gatunek istoty morskiej posługującej się ultrapiskami jak waleniowate. Co najciekawsze – akurat w tamtych regionach Oceanu Spokojnego miały miejsce ćwiczenia US Navy i właśnie w tamtych rejonach dochodzi do masowych samobójstw waleni. Stąd narodził się pomysł, że USN i inne floty świata pracują nad jakąś podmorską bronią dźwiękową.


Nie ma słowa o zasadzie jej działania – najprawdopodobniej chodzi tutaj o wytworzenie w wodzie silnych fal ultradźwiękowych, które byłyby w stanie niszczyć cele znajdujące się w pobliżu własnych okrętów. Ma to sens w odniesieniu do wrogich płetwonurków-dywersantów, którzy mogliby podpływać i minować jednostki nawodne i podwodne. Taka broń mogłaby być użyta przeciwko delfinom-dywersantom czy delfinom-saperom rozminowującym własne pola min morskich. Tylko że do tego wystarczyłby zwykły sonar aktywny, który jest w stanie wytworzyć w wodzie hałas o natężeniu >300 dB od którego wielorybom i delfinom po prostu rozsadza głowy! – a przypominam, że granica bólu dla człowieka wynosi jedynie 130 dB…


Metan i STD


Swego czasu wygłosiłem hipotezę twierdzącą, że wieloryby i delfiny ulegają w morzu zatruciom metanem i siarkowodorem, których depozytacje znajdują się na dnie Wszechoceanu, zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2012/05 ... onow.html; http://wszechocean.blogspot.com/2012/03 ... step.html; http://wszechocean.blogspot.com/2012/03 ... owaa.html; a to dlatego, że metan jest gazem oszałamiającym i działającym na zmysł orientacji. Wieloryby i delfiny mogą zatruwać się metanem z ekshalacji i następnie wyrzucać się na plaże z wiadomym skutkiem. W świetle tego, co prezentował ten film wydaje się to być tylko częścią prawdy i walenie ginęły nie tylko wskutek zatrucia metanem, ale także uciekając przed nadmiernym hałasem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Szczątki tajemniczej istoty i jej broni

Trzecią przesłanką były znalezione w RPA szczątki tajemniczej Istoty pożartej przez rekina. Wszystko wskazywało na to, że Istota ta ma dwie ręce, ale zamiast nóg ma mocny ogon zakończony romboidalną płetwą jak u manata. Co ciekawe, oprócz Jej szczątków znaleziono także wytworzony przez nią artefakt: broń w postaci ościenia czy harpuna zrobionego z długiej prostej kości i zakończony jadowitym kolcem płaszczki. A to już sugeruje wprost, że mamy do czynienia z istotą rozumną, posiadająca umiejętność wytwarzania narzędzi, której już nie można nazwać zwierzęciem. To jest najzupełniej oczywiste.


Potem pojawiły się jeszcze inne dowody na to, że poza ludźmi na tej planecie zamieszkuje równoległa rozumna rasa Wodnych Ludzi czy jak kto woli – Syren. Co więcej – realizatorzy tego filmu twierdzą wprost – a to już pasuje do Spiskowej Teorii Dziejów – że rządy USA i RPA doskonale wiedzą o Ich istnieniu i – co więcej – więzią niektóre z Nich celem dokonywania na Nich badań i eksperymentów, związanych z technikami militarnymi.


Wodna małpa i delfiny


Uczeni twierdzą, że Oni żyją we Wszechoceanie już od ok. 7 mln lat, odkąd na afrykańskim wybrzeżu Oceanu Indyjskiego doszło do zejścia pewnego gatunku człekokształtnych małp na plaże – gdzie znalazły one dużą ilość wysokobiałkowego i łatwo przyswajalnego pożywienia w postaci ryb, krabów, alg i innych owoców morza, co wpłynęło dodatnio na rozwój ich mózgu i przyspieszyło uzyskanie postawy wyprostowanej, zaś po upływie kilku dalszych milionów lat spowodowało przejście ze środowiska lądowego do środowiska morskiego. Spowodowało to u Nich zanik nóg i wykształcenie się ogona z płetwą ogonową. Poza tym Istoty te musiały przystosować się do ciemności panujących w wodach Wszechoceanu – stąd ich ogromne oczy, w których rodopsyna została zastąpiona przez chryzopsynę, bez czego widzenie w szczątkowym świetle przenikającym do około 300 m głębokości byłoby niemożliwe.

Obrazek
Syreny to wodne małpy, które powróciły do wody...

Istoty te najprawdopodobniej – jak wydedukowali uczeni z kształtu Jej czaszki – posiadają zmysł echolokacji, jak waleniowate, dzięki czemu mogą orientować się w wodnych przestworach. No i kwestia umiejętności oddychania pod wodą. Też musiała się ona wykształcić. Istoty te albo oddychają powietrzem rozpuszczonym w wodzie – jak ryby, albo oddychają tak jak waleniowate – powietrzem atmosferycznym. Obserwując foki w helskim Fokarium miałem okazję widzieć, do czego są one zdolne. I taka 100-kilogramowa foka szara jest w stanie wytrzymać 20-30 minut w zanurzeniu, a zatem Istota też powinna być zdolna do czegoś takiego.


Wodni Ludzie towarzyszą wielorybom i współpracują z delfinami. Dzięki temu mają Oni możliwość ochrony przed morskimi drapieżnikami. Tak jest teraz, ale nie zawsze tak było. Pokazuje to ciekawa scena, w której męska Syrena poświęca siebie by ochronić swoją grupę przed atakiem megalodona – największego rekina wszech czasów. Temu zagadnieniu poświecę później trochę więcej miejsca, bo wiąże się to z zagadką zagłady tego gatunku.


Syreny i ludzie


Kwestia interakcji Syren i ludzi. Na filmie widzimy rysunki naskalne z Dolnego Egiptu, na których ludzie (prawdopodobnie) walczą z Syrenami. Obok nich widać delfiny i wieloryby. Czy dochodziło do walk pomiędzy dwoma rywalizującymi ze sobą gatunkami? Być może, a raczej na pewno, wszak obie rasy walczyły o źródła żywności i ludziom udało się odepchnąć Syreny od wybrzeży. Przynajmniej tak się nam wydaje…

Obrazek
Znalezione w Egipcie petroglify przedstawiające walkę ludzi z Syrenami

Tyle film. Oczywiście pomijam kwestie będące już domeną STD, jak to, że ponoć wszelkie materiały zostały skonfiskowane przez rządy USA i RPA, co uniemożliwiło uczonym badanie tej nowej kryptydy. Chociaż z drugiej strony nie da się utrzymać w tajemnicy tego, co już od Styarożytności tajemnica nie jest i nie było. O Syrenach pisał Homer i inni starożytni autorzy. O Wodnych Ludziach z uporem opowiadane są legendy na całym świecie i we wszystkich kręgach kulturowych, zatem są one istotami realnie istniejącymi w naszej Rzeczywistości. Inną rzeczą jest to, że wojsko zabrało bezpośrednie „twarde” dowody Ich istnienia. Podobnie rzecz się ma w Obcymi i UFO.


Syreny i megalodony


A teraz z innej beczki: Syreny contra rekiny megalodony. Megalodon – według Wikipedii – to wymarły gatunek ryby chrzęstnoszkieletowej, prehistoryczny rekin, największa ze znanych ryb drapieżnych. Żył 25–1,5 mln lat temu w morzach oligocenu, miocenu, pliocenu i plejstocenu.
Z powodu chrzęstnej budowy szkieletu zachowało się niewiele skamieniałości tego gatunku i jest on znany głównie ze skamieniałości w postaci olbrzymich trójkątnych zębów o drobno ząbkowanych brzegach, od których pochodzi nazwa gatunku (z gr. mégas , D.-megálou – wielki + odoús, D.-odóntos – ząb). W 1996 roku znaleziono ząb megalodona mierzący 16,8 cm długości, będący wówczas największym znanym zębem tego rekina. Później odkryto jeszcze większe zęby, co długość całego rekina pozwoliło oszacować na ponad 18 m. Według wczesnej rekonstrukcji szczęk megalodona, sporządzonej przez Bashforda Deana mógł nawet przekraczać 25 m długości, jednak rekonstrukcja ta była nieprawidłowa.
Megalodon był drapieżnikiem polującym prawdopodobnie na wieloryby i inne duże ssaki morskie, mógł też polować na inne rekiny, ale te przypuszczenia nie zostały jeszcze potwierdzone. Był szeroko rozprzestrzeniony w morzach mioceńskich.
Rodzaj Carcharodon wyodrębniony w kredzie, obecnie reprezentowany jest jedynie przez żarłacza białego. Megalodon został zaklasyfikowany do tego rodzaju jako przypuszczalny przodek żarłacza białego. Dotychczasowe badania nie przyniosły jednoznacznych dowodów i obecnie pozostaje kwestią dyskusyjną, czy megalodon to Carcharodon megalodon, czy też powinien zostać zaliczony do odrębnego rodzaju Carcharocles.

Obrazek
Wodni Ludzie chronili wieloryby i vice-versa. Zmuszeni byli do nieustannych walk z megalodonami, które w końcu wybili...

Teraz widzimy, czemu Wodni Ludzie musieli stawić czoła. Teoretycznie megalodony mogłyby żyć sobie spokojnie do XXI wieku. We Wszechoceanie miały dobre warunki do rozwoju, pożywienia w brud… A jednak wyginęły. Otóż mogły one zostać wybite przez Syreny. Oczywiście jedna Syrena w starciu z megalodonem była przegrana, ale w starciu z wieloma Wodnymi Ludźmi i współpracującymi z nimi delfinami wcale nie byłby on górą w myśl zasady nec Hercules contra plures...

Te potwory miały siłę i spryt. Ludzie i delfiny miały spryt i inteligencję, ale także narzędzia. Potwory działały instynktownie, Syreny z premedytacją. No bo wystarczyło zwabić takiego potwora na płyciznę, w jakąś ciasna zatoczkę, co ograniczało jego ruchy, a wtedy zabicie go nie było już takie trudne. Wybicie megalodonów było warunkiem sine qua non przetrwania wielorybów i związanych z nimi Wodnych Ludzi.


Syreny w Trójkącie Bermudów?


I kolejne zagadnienie – czy Syreny tworzą jakąś cywilizację w naszym tego słowa rozumieniu? Z filmu jasno wynika, że nie. Nie jest to cywilizacja naszego typu, cywilizacja naukowo-techniczna. Wydaje się, ze Oni poszli inną drogą – maksymalnego przystosowania się do warunków Wszechoceanu i co za tym idzie – wykorzystania jego biologicznych możliwości zaspokojenia swych potrzeb. Dlatego też skomplikowana technika po prostu nie jest Im potrzebna. Przypomina to trochę społeczeństwo Aldebarańczyków z opowiadania Stanisława Lema „Inwazja z Aldebarana” (Kraków 1959), które posiadało biologiczne środki techniczne z wyhodowanych przez siebie roślin i zwierząt. W tym kontekście nie może być mowy o rozwoju technicznym Syren w naszym tego pojęciu. Ich narzędzia są prymitywne i służą tylko i wyłącznie do zaspokojenia najprostszych potrzeb. Chociaż…

Istnieje inna wersja głosząca, że Ich rozwój technologiczny dawno prześcignął nasz, czego wyrazem mogą być wydarzenia mające miejsce w Trójkącie Bermudzkim i Trójkącie Smoka. Do tego trzeba dołożyć obserwacje UFO i USO na akwenach Wszechoceanu – a szczególnie UFO w rodzaju NOTSUB-Id czyli obiektów latających wpadających do morza, lub zeń wyskakujących. Dlatego może być i tak, że Oni prowadzą z nami delikatną, misterną, ale bardzo skuteczną dezinformującą grę, której elementem jest także ten film i zawarte w nim „sensacyjne” informacje. Nie zapominajmy, że znamy tylko jakieś 3% powierzchni dna Wszechoceanu – który pokrywa 70,8% powierzchni naszej planety warstwą wody grubą na średnio 3729 metrów. Dość wspomnieć, że nasz siwy Bałtyk, to 21.721 km³ wody, a przecież Bałtyk to jedynie 2% ogólnego areału Wszechoceanu…! Co się dzieje w tych wodach możemy tylko zgadywać. I kto wie, czy nie jesteśmy podglądani i kontrolowani przez naszych starszych i mądrzejszych kuzynów, którzy przeżyli wszystkie kataklizmy ukryci w wodach Oceanu Światowego?


Syreny i kataklizmy


Zakładając, że Oni istnieją już 7 mln lat, musimy także założyć, że przeżyli Oni co najmniej dwa straszliwe kataklizmy, jakimi były supererupcje wulkaniczne superwulkanu Yellowstone – ok. 640.000 lat temu oraz superwulkanu Toba – ok. 70.000 lat temu. Oba te wydarzenia były kataklizmami, które pochłonęły hekatomby ofiar – szczególnie w Ameryce Północnej, która została zasypana wielometrową warstwą popiołów wulkanicznych i tefry. Z kolei superwybuch Toby omal nie doprowadził do wyginięcia rodzaju ludzkiego w ogóle! Jak widać, Syreny przeszły przez obie te zawieruchy śpiewająco. Wody Wszechoceanu uratowały je przed następstwami tych kataklizmów wulkanicznych.


I jeszcze à propos wulkanizmu, to kojarzy się on także z zagładą platońskiej Atlantydy 12.000 lat temu. Atlantyda była najbardziej rozwiniętym i ucywilizowanym krajem na naszej planecie. I kto wie, czy Syreny – i inne stwory znane z mitologii greckiej, chaldejskiej, babilońskiej, hinduskiej i in. – nie były czasem produktami tamtejszej inżynierii genetycznej? Dlaczego tak sądzę? – to proste. Jak dotąd nikomu nie udało się odkopać jakichkolwiek sfosylizowanych szczątków Syreny, które musiałyby się znajdować w osadach morskich sprzed 5-7 mln lat i młodszych. A zatem te istoty mogłyby być młodsze i powstać dopiero kilka tysięcy lat temu wskutek manipulacji genetycznych. Znalezienie takich skamieniałości byłby dowodem wprost na Ich istnienie. Nie wierzę, że wszystkie Syreny zostały pożarte przez rekiny i inne megalodony i jakieś musiały zostać pogrzebane w iłach i mułach dennych Oceanu Światowego. Hipoteza kreacyjna tych UMH jest – moim zdaniem – równie uprawniona jak pozostałe.


Mam nadzieję, że wkrótce dowiemy się czegoś więcej na temat Wodnych Ludzi, bowiem ziarno zostało rzucone i lont podpalony – więc zakiełkowanie czy wybuch jest już tylko kwestią czasu…


Ilustracje - kadry z filmu "Mermaids - The Body Found" (Animal Planet)

Autor: R.K.L. o piątek, stycznia 04, 2013

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 06 sty 2013, 11:34 
Dzięki, uwielbiam takie tematy.



Skojarzyło mi się to z ''Historią Rasy Nag (Nagów?)'' ze świata ''Warcraft'', które na wskutek kataklizmu zeszły do oceanów.


Motywy się powtarzają, nic nie jest w stanie mnie zdziwić.


Pozdrawiam serdecznie.



Na górę
   
 
 
Post: 06 sty 2013, 11:36 
phpBB [video]
Uwaga!!! Jeśli ktoś ma słabe nerwy proszony jest o nie oglądanie tego materiału!!!



Na górę
   
 
 
Post: 20 sty 2013, 21:55 
Offline
Entered Apprentice * 1st Degree
Entered Apprentice * 1st Degree

Rejestracja: 18 mar 2012, 17:51
Posty: 1
witam,

dodam cos a propos Pokaini, gdzie bylam juz 3 razy :)

nie do konca prawda jest, ze zawsze panuje tam piekna pogoda - tak jak wszedzie i tam zdarzaja sie mniej przyjazne momenty.

lotyszka, ktora sprzedaje bilety mowila nam, ze las ten jest starozytna biblioteka i tylko ludzie oczystych sercach moga odczytywac z niej informacje ( nam sie nie udalo - to zapewne przez te serca :D )

natomiast faktem jest, ze w roznych okresach las roznie pracuje energetycznie i w wiekszosci powoduje niezapomniane doznania - zarowno energetyczne, emocjonalne jak i wizualne.

poniewaz nie potrafie zalaczyc tu zdjec, zostawiam linka do naszych zdjec na fb

https://www.facebook.com/media/set/?set ... 184&type=3

https://www.facebook.com/media/set/?set ... 184&type=3

https://www.facebook.com/media/set/?set ... 184&type=3

https://www.facebook.com/media/set/?set ... 184&type=3


pozdrawiam



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 06 mar 2013, 15:08 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Kosmos o imieniu Wszechocean: tajemnica UNO/NOD
Obrazek
Ludzkość poznała zaledwie 5% powierzchni dna oceanicznego, więc możemy się tam spodziewać wszystkiego - od megalodonów i basilosaurusów aż do Wodnych Ludzi...
Wadim Kulinczenko


Ten artykuł jest bardzo ważny. Ważnym jest dlatego, że został on napisany przez wyższego oficera rosyjskiej floty podwodnej – komandora Wadima Kuliczenko. A oto jego materiał, który został opublikowany na łamach magazynu „Tajny XX wieka” nr 46/2012:


Głębokowodny mięczak zwany piekielnym wampirem ratuje się przed atakiem drapieżnika wyrzucając obłok bioluminizującego śluzu zawierającego świecące na niebiesko kuleczki. Świecąca chmura oślepia napastnika u pomaga wampirowi w ucieczce…
Od najdawniejszych czasów człowiek interesował się życiem we Wszechoceanie i próbował przeniknąć jego tajemnice. Podwodny świat zawsze przyciągał ludzką wyobraźnię swym bezkresem…




Tajemnice hydrokosmosu




Pierwsza sumeryjska legenda o nurkach mówi, że Gilgamesz – król miasta Uruk – wyprawił się na dno morza w poszukiwaniu wodorostów, które powinny mu zapewnić nieśmiertelność, ale ich nie znalazł. Jednakże zainteresowanie zagadkami Wszechoceanu nie słabnie u ludzi na przestrzeni tysiącleci.


Na długo przed rozpoczęciem badań przez Ludzkość naszej Galaktyki, zaczęło się przenikanie tajemnic podwodnego świata, czy jak kto woli – hydrokosmosu. Budowano batyskafy, autonomiczne podwodne aparaty, kamery do podwodnej obserwacji ze specjalnymi manipulatorami, rozwijała się podwodna akustyka.


Po locie Jurija Gagarina w dniu 12.IV.1961 roku, uwaga Ludzkości przeniosła się na ocean atmosfery, bo jego tajemnice wydawały się być bardziej dostępne od podwodnych. Poznawanie morskich głębin zahamowało się, pomiędzy tym perspektywy pozostały: szkło ceramiczne mogące wytrzymać potworne ciśnienie morskich głębin – 10.670 m (106,7 MPa, 1067 at – przyp. tłum.) Pomimo atomowych urządzeń energetycznych, autonomiczne aparaty będą napędzane silnikami pracującymi na nadtlenku wodoru (H2O2) i innych związkach chemicznych albo elementach paliwowych. Obserwuje się także proces w systemach kierowania takimi urządzeniami.


Być może znajdą zastosowanie niebiesko-zielone lasery, których promienie są w stanie przenikać przez grube warstwy wody na wielkie odległości. Do sondażu iłów dennych można będzie zastosować specjalne urządzenia wysyłające co 10 sekund impulsy dźwiękowe.




Kto szumi pod wodą?




Jak na razie pozostaje nam metoda akustycznego sondażu wód Wszechoceanu. Dźwięki morskich głębin są wyławiane przez systemy, które powstały w laboratoriach wojskowych.


W latach 60., specjaliści z US Navy umieścili w wodach Wszechoceanu ogromną sieć podwodnych hydrofonów (sonarów pasywnych, biernych – przyp. tłum.), której celem było wykrywanie i śledzenie radzieckich okrętów podwodnych. (Chodzi o system IUSS – Integrated Undersea Surveillance System, którego częścią jest znany z powieści Toma Clancy’ego Sound Surveillance System czyli SOSUS – przyp. tłum.) Przy pomocy tego systemu udało się namierzyć miejsce zatonięcia amerykańskiego SSN USS Scorpion w maju 1968 roku.


A z jaką dokładnością sygnał dźwiękowy jest w stanie znaleźć miejsce tragedii – może służyć przykład z namierzeniem rejonu katastrofy naszego SSB K-129, który zatonął w Pacyfiku w marcu 1968 roku. Ale taką dokładność można – według mnie – wyjaśnić tym, że doszło tam do przypadkowego zderzenia z amerykańskim SSN USS Swordfish, który odnotował współrzędne tego zdarzenia. (Z katastrofą K-129 jest związana ciekawa teoria spiskowa, która zakłada, że K-129 miał wystrzelić SLBM w kierunku Honolulu, co miało spowodować III Wojnę Światową. Obawiam się jednak, że jest to tylko teoria spiskowa, choć z drugiej strony obecność na pokładzie K-129 8 dodatkowych członków załogi świadczy o tym, że okręt ten mógł wykonywać jakąś tajną misję np. wywiadowczą czy techniczną… - przyp. tłum.)


Jakby tam nie było, kiedy w 1991 roku do eksploatacji tego systemu hydroakustycznego dopuszczono uczonych, nie doszło do jakichś sensacyjnych odkryć. Hydrofony umieszczone na głębokości kilkuset metrów pozwalają na rozpoznanie większości dźwięków po ich spektrach – swego rodzaju etykietkach dźwiękowych. Dzięki nim można rozpoznawać „pieśni” wielorybów, dźwięk pracy śrub okrętów podwodnych, tarcie gór lodowych jednych o drugie i o dno, huk podwodnych trzęsień ziemi, itd. itp. …


Modulowany częstotliwościowo i dosłownie celowy, sztuczny sygnał dźwięczał w głębinach, którego uczeni nazwali Ascendent/Woschodiaszczyj/Wznoszącym ustawicznie odzywał się w wodach oceanu w okresie 1991-1994 roku. Potem znienacka znikł. Ale po dziesięciu latach znów się pojawił, wzmocnił się i – co ciekawe – stał się wielokształtnym (Zapis tego sygnału zob. - http://www.youtube.com/watch?v=OBN56wL35IQ – przyp. tłum.). Analitycy z US Navy, którzy usiłują się jakoś zorientować w naturze tego fenomenu, prowadzą swe badania równolegle do instytucji cywilnych, rozwodzą tylko rękami. Czyj to sygnał? – nie wiadomo. Skąd pochodzi? – nie wiadomo. Namierzyć źródło/źródła tych sygnałów – nie sposób. One albo znajdują się daleko od hydrofonów i przemieszczają się z miejsca na miejsce. Znaleziono dla nich nazwę – NOD – nieznane obiekty dźwiękowe (po angielsku UNO – Unknown Noise Object – Nieznane Obiekty Hałasujące, w odróżnieniu od USO – Unknown Submarine Object – Nieznany Obiekt Podmorski – przyp. tłum.)


Kto tak szumi pod wodą? Nieznane nauce potwory czy też Przybysze z Kosmosu zwiedzający Wszechocean Ziemi?




A na pożegnanie – „kwa-kwa”




Taką właśnie nazwę otrzymało zarejestrowane zjawisko, naturę którego usiłowali rozwiązać także nasi, rosyjscy ludzie morza i współpracujący z nimi cywilni naukowcy. Wychodziło na to, że „rechotki” mogłyby być niczym innym, jak podwodnymi UFO – czyli USO. Jednak ta wersja nie znalazła potwierdzenia wśród oficerów specgrup zajmujących się tą problematyką.


A pojawiła się owa problematyka w latach 70. XX wieku. To było tak: na dużych głębokościach nasze atomowe okręty podwodne zaczęły wychwytywać swymi sonarami biernymi jakieś niepojęte dźwięki pochodzące na pewno od poruszających się obiektów. Sonarzyści wychwytywali jakieś zupełnie dziwne sygnały, przypominające nieco rechotanie żab. Nieznane obiekty, które je wydawały otrzymały od marynarzy nazwę „rechotki” (w oryginale kwakiery – przyp. tłum.) która to nazwa pojawia się także w oficjalnych dokumentach. (Sprawę tą opisano już w artykule zamieszczonym na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2011/06 ... gebin.html - przyp. tłum.)


Czemu te „rechotki” są tak niezwykłe? Sądząc po rezultatach ciągłej pelengacji tych USO, one kręciły się wokół naszych okrętów podwodnych zmieniając częstotliwość i tonację sygnałów, jakby chciały wciągnąć nas w rozmowę. Szczególnie żywo one reagowały na akustyczne „przekazy” z okrętów podwodnych, ale nie było z ich strony agresywnych reakcji. Niewidoczne obiekty odprowadzały nasze okręty z rejonu ich działania, a potem zakwakały i literalnie pożegnawszy się – znikały.




Przerwane badania




Chociaż przez długie lata nie zdarzyło się ani jedno zderzenie z tymi USO/UNO, załogi okrętów podwodnych w czasie tych Bliskich Spotkań czuły się nie bardzo…


Pod koniec lat 70., w czasie największego nasilenia Zimnej Wojny, jest rzeczą oczywistą, że takie zjawiska nie mogły ujść uwadze głównodowodzącego i dowództwa Radzieckiej Floty. Powołano grupy specjalne do ich zbadania. Podstawowym zadaniem, które przed nimi postawiono, było wyjaśnienie:
<!--[if !supportLists]-->1. <!--[endif]-->Jakie podwodne obiekty wydają takie dźwięki;
<!--[if !supportLists]-->2. <!--[endif]-->Jakie jest ich pochodzenie;
<!--[if !supportLists]-->3. <!--[endif]-->Czy jest to nowa broń Amerykanów;
<!--[if !supportLists]-->4. <!--[endif]-->Czy jest to nowe urządzenie do śledzenia naszych okrętów podwodnych.
W końcu lat 70. miała miejsce naukowa konferencja poświęcona temu tematowi, która nie doprowadziła do wyciagnięcia zasadniczych wniosków.


Na początku lat 80., program „Rechotka” niespodziewanie zamknięto, grupy zajmujące się tym niezwykłym zjawiskiem rozformowano, a oficerowie w nich pracujący otrzymali inne przydziały. Wszystkie prace i rezultaty w grubych teczkach z gryfem ŚCIŚLE TAJNE! znikły w archiwach.


Dlaczego to wszystko stało się tak nagle, wie tylko Pan Bóg i wyższe naczalstwo. Ale zrozumiałe jest coś innego: dlaczego przedmiot prac był tak bardzo utajniony. Każde państwo do czasu, do ostatniej chwili chroni swe priorytety, a szczególnie w delikatnych tematach i obszarach. No bo czyż nie nadal utrzymują Amerykanie w sekrecie tajemnicę UFO, który rozbił się w lecie 1947 roku w stanie Nowy Meksyk?


I czego udało się dowiedzieć o „rechotkach”? – ba! – wiadomo o nich bardzo mało – o czym mówią nawet pracownicy specgrup. W dzisiejszych czasach tym tematem nikt oficjalnie się nie zajmuje, chociaż są jego fani. Amerykanie także usiłują rozwiązać tą tajemnicę. A pomiędzy tym tajemnicze „rechotki” nie przestają wydawać tajemnicze dźwięki, i jak dotąd nie wyrządziły podwodniakom żadnej szkody.

Obrazek
Wody Wszechoceanu kryją niejedną tajemnicę...

Moje 3 grosze




A więc zagadka pełna. Zamknięcie programu „Rechotka” nie jest znów takie dziwne, bo lata 80. to apogeum Zimnej Wojny i uwagę Rosjan skierowano w Kosmos, w którym Ronald Reagan szykował się do gwiezdnych wojen i walnej rozprawy ze Związkiem Radzieckim.


Z drugiej strony jestem zdania, że „Rechotka”, to jest jeden z przejawów działalności Wodnych Ludzi, czyli Syren, Trytonów, o których pisałem na stronach: http://wszechocean.blogspot.com/2012/05 ... -plaz.html oraz http://wszechocean.blogspot.com/2013/01 ... ceanu.html w których przedstawiono dowody na istnienie rozumnych mieszkańców Wszechoceanu. Może się ktoś z Nimi dogadał i sprawie ukręcono łeb? A może stwierdzono, że Oni nie zagrażają ludziom i dano Im spokój na jakiś czas? Możemy snuć jedynie domysły. Ostatnio pojawił się film sci-fi pt. „Ostatnia misja USS Iowa” (reż. Thunder Levin, 2012), w którym dzielni amerykańscy marynarze walczą z Obcymi poruszającymi się w ultraszybkich okrętach podwodnych i paraliżujący całą elektronikę okrętów US Navy – z wyjątkiem leciwego pancernika, który nie ma jej na pokładzie ani grama, i co staje się przyczyna klęski Obcych. Filmik jak filmik – klasy B, ale z tzw. kluczem. Jest nim obecność „rechotek” we Wszechoceanie.


Już tak na marginesie tamtej sprawy – istnienia rozumnych istot we Wszechoceanie – to rzuciłem przypuszczenie, bardziej żartem niż serio, że Oni wybili co do płetwy potworne megalodony – największe rekiny wszech czasów. Czy było to technicznie możliwe? Otóż tak – było, z tym, że musiano zastosować osobliwą technikę polowania. Aby pokonać takiego giganta trzeba było dać się przezeń połknąć, na wzór proroka Jonasza! Następnie połknięty myśliwy rozcinał żołądek mega-rekina i dobierał się do jego serca. Opisał to dokładnie Steve Robert Alten w powieści „Meg – potwór z głębin” (2004), w której główny bohater w ten właśnie sposób pokonał potworną bestię z dna Rowu Mariańskiego. Postępując w ten sposób można by było zredukować populację megalodonów do zera, lub niemal do zera… Dla istot przystosowanych do życia w wodzie nie powinno to stanowić większego problemu.


Czy można mieć do Nich o to pretensje? Nie, bo Oni przecież walczyli o swoja przestrzeń życiową z dominującymi drapieżnikami we Wszechoceanie, jak czynili to nasi praprzodkowie na lądzie – to jest oczywiste. A wracając do „rechotek”, to jest oczywiste, że są to statki podwodne o wiele bardziej zaawansowane technicznie, niż ziemskie konstrukcje. No i na pewno Oni opracowali technologię podwodnego „stealth”, która uniemożliwia ich namierzanie przy użyciu naszych sonarów aktywnych i pasywnych.


Ale to już jest temat z innej ballady. Będę śledził ten temat w rosyjskiej prasie i przekazywał nowe dane Czytelnikowi w miarę na bieżąco.

Obrazek


Żródełko Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 46/2012, ss.6-7
Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


-- pn mar 18, 2013 8:47 am --

Spotkanie z Syreną
Obrazek

Ten list przysłany został do redakcji „Tajny XX wieka” z Kazania i mówi o pewnym, dziwnym spotkaniu z wodnym UMH, a oto i list:


To przydarzyło się mojemu przyjacielowi Aleksiejowi. W tym czasie obaj mieliśmy po 15 lat. Mieszkaliśmy na wsi.


Pewnego razu nasza kompania poszła się kapać nad rzekę. Aleksiej był doskonałym pływakiem i najlepiej z nas wszystkich trzymał się na wodzie i dlatego bardzo nas zdziwiło, kiedy naraz gdzieś przepadł. Nie odpowiadał na nasze wołania. Szukaliśmy go – na próżno. Czyżby utonął? Pobiegliśmy po pomoc do wsi.


Przybiegli dorośli i poszli w wodę. Prawdę powiedziawszy, nikt nie spodziewał się znaleźć naszego kolegę żywym. Po jakiejś pół godzinie dorośli wyciągnęli Aleksieja z wody. Zrobili mu sztuczne oddychanie i okazało się, że żyje!


Potem Aleksiej opowiedział o tym, co się z nim działo. Okazało się, że w czasie kąpieli ujrzał on nieopodal dziewczynę ze złocistymi włosami. Zaczął rozmawiać ze śliczna nieznajomą, przy czym ze zdumieniem stwierdził, że od niej ciągnie jakimś dziwnym chłodem. Dziewczyna zaproponowała mu wspólne nurkowanie, a on się zgodził. Ale kiedy znalazł się pod wodą, Aleksiej poczuł, że dziewczyna złapał ago i zaczęła topić. Zaczął się bronić póki nie stracił przytomności. Ocknął się dopiero na brzegu.


Potem Aleksiej zaczął rozpytywać miejscowych po wsi w poszukiwaniu tej dziewczyny, ale nikt jej nie znał, ani nawet nie widział…


Albert Giliazow, Kazań


Dziwna to relacja, ale jedna z wielu mówiących o wodnych UMH, znanych jako Rusałki, Syreny czy Najady albo Ondyny. Znane są one z legend i ludzie stykają się z nimi od dawna. Czy te istoty nie są bardziej realne niż pasażerowie z UFO? A może one same są tymi pasażerami? Myślę, że warto jest się zastanowić nad tym problemem. Polecam przypomnieć sobie materiał Alberta Rosalesa o CE z Syrenami - http://wszechocean.blogspot.com/2012/01 ... ami-1.html i dalsze.


Myślę, że nawet trzeba…



żródełko http://wszechocean.blogspot.com/

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 24 mar 2013, 21:46 
Offline
Secret Master * 4th Degree
Secret Master * 4th Degree

Rejestracja: 17 lip 2011, 10:05
Posty: 36
SG-3 ros. Kolskaja Swierchglubokaja Skważina
http://www.myvido1.com/gWygmSidEdyVlbsl2UG1UP_kolsk-super-vrt-zvuky-pekla



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 18 maja 2013, 23:00 
Offline
Secret Master * 4th Degree
Secret Master * 4th Degree

Rejestracja: 24 gru 2011, 14:27
Posty: 38
Cytuj:
W czasie Świąt Bożego Narodzenia 2012 a. D. pośród rozmaitego badziewia oferowanego nam przez TV, kanał Animal Planet nadawał niezwykle ciekawy film pt. „Mermaids – The Body Found”, w którym w formie paradokumentalnej ukazano Bliskie Spotkania człowieka z Syrenami, które zostały nawet sfilmowane telefonami komórkowymi. W nomenklaturze ufologicznej byłyby to…


Poniżej link do wspomnianego filmu

http://davidicke.pl/forum/syreny-legenda-czy-prawda-mermaids-the-body-found-t12029.html



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 25 maja 2013, 22:02 
Offline
Entered Apprentice * 1st Degree
Entered Apprentice * 1st Degree

Rejestracja: 25 maja 2013, 21:56
Posty: 1
Płeć: kobieta
Nathalie09 pisze:
Legenda o Diablim Kamieniu - Szczyrzyc woj. małopolskie

http://desmond.imageshack.us/Himg410/sc ... es=landing
Obrazek


Odkrywcą diabelskich kamieni i twórcą hipotezy, że są one punktami nawigacyjnymi UFO jest dr. Jan Pająk.

Według Jana Pająka cała powierzchnia naszej planety została pokryta precyzyjnie rozlokowaną "siecią pajęczą" punktów nawigacyjnych UFO. Poszczególne elementy tej sieci zostały rozłożone wzdłuż linii biegnących w kierunkach południkowym i równoleżnikowym. Oparcie sieci nastąpiło na biegunach magnetycznych ziemi, zaś jej rozwinięcie od specjalnie przyjętego punktu bazowego dla UFO stanowiącego odpowiednik naszego Greenwich, a znajdującego się w Rzymie [A1.41 st. 57'N, 12st. 45'E]. Odstęp między poszczególnymi liniami sieci wynosi 1 st. 30' w kierunku równoleżnikowym E-W, oraz 1 st. w kierunku południkowym N-S. Na każdym skrzyżowaniu tych linii umieszczony jest węzłowy punkt nawigacyjny UFO.

Dokładnie pośrodku pomiędzy każdymi dwoma punktami węzłowymi na każdej linii sieci znajduje się punkt pośredni. Według Pająka aparatury sygnalizacyjne znajdujące się w węzłowych punktach nawigacyjnych zostały ukryte przez ich zatopienie we wnętrzu specjalnie spreparowanych kamieni o wyglądzie typowych głazów narzutowych. Aby uniemożliwić ludziom przemieszczanie lub rozbicie tych głazów, które były zazwyczaj duże o wadze kilkunastu ton. Mimo tych zabezpieczeń niektóre z nich ulegały jednak zniszczeniu.

Z tego powodu w ich miejsce w "drugim rzucie" umieszczano kamienie mniejsze około jednometrowej średnicy które zakopywano w ziemi.

Kamienie kryjące w swym wnętrzu aparaturę nawigacyjną UFO posiadają specyficzny znak rozpoznawczy. Jest nim wyraźny odcisk przypominający kształt dłoni lub stopy ludzkiej umieszczony na ich powierzchni. Właśnie z powodu tego odcisku kamienie nazwano "diabelskimi" lub "świętymi".

Dr. Pająk w swojej hipotezie zakłada, że w drugiej połowie XVI wieku istoty pozaziemskie utożsamiane w tym czasie z aktywnością diabłów zrealizowały największą inwestycję nawigacyjną UFO. Istnieje również hipoteza, że siatkę nawigacyjną UFO realizowano również dużo wcześniej w XII i XIII wieku. Z diabelskimi kamieniami związana jest legenda mówiąca iż każdy uczestnik ich niszczenia lub rozbicia umrze w męczarniach najdalej za rok. Istnieją fakty zdające się potwierdzać tę niesamowitą groźbę.

Jan Pająk odszukał niektóre z diabelskich kamieni i wskazał na mapie opracowanej przez siebie na której zaznaczył punkty węzłowe w których winny znajdować się diabelskie kamienie.


Poniżej znajduje się kilka diabelskich kamieni znajdujących się w Beskidzie Wyspowym lub nieopodal.

Diabli kamień we wsi Smykań koło Szczyrzyca. Legenda mówi, że diabeł chciał zniszczyć klasztor Cystersów w Szczyrzycu ale atak nie powiódł się ze względu bicia dzwonów na Anioł Pański. Diabelski kamień jest bardzo dużych rozmiarów na którym porastają drzewa. Istnieje potwierdzona relacja obserwacji UFO w rejonie tego kamienia.
Kamień na górze Chełm na wschód od Myślenic nosi nazwę "Zimna Woda". Miejscowi ludzie twierdzą, że kamień ten pochodzi z "Babiej Góry" zwanej pod nazwą Diablaka.
Sromowce Wyżne (E9) koło Czorsztyna. Legenda umiejscawia jego przyniesienie w latach 1595. (lata zbliżone do znaleziska tolkmic kiego).
Diabelskimi kamieniami zainteresował się Bronisław Rzepecki. W miesięczniku "Nieznany Świat" nr 10/1992 opublikował artykuł pt. "Diabelskie kamienie". Autor zwrócił się również z apelem do czytelników o przesyłanie dodatkowych informacji na ten temat. Następny artykuł ukazał się w "Nieznanym Świecie" nr 7-8/1994 a wiec prawie dwa lata później. Poszukiwaniami kamieni zajął się również Krakowski Klub Popularyzacji i Badań UFO.

Więcej o Diabelskich kamieniach można przeczytać na stronie http://www.kki.net.pl/~marzo/


Wykorzystano materiał ściągnięty ze strony UFO prawda czy fikcja
http://adamv0.republika.pl/www/ckamienied.html
http://imageshack.us/photo/my-images/410/pageqx.jpg/



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 31 maja 2013, 11:28 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 lut 2013, 16:42
Posty: 3412
Płeć: mężczyzna
28.05:
Breaking News: Mermaid Caught On Tape In Israel?
phpBB [video]

_________________
doświadczenie jest prawdziwe wewnątrz pudełka,ale samo pudełko już nie



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 28 cze 2013, 17:20 
Offline
Master Mason * 3rd Degree
Master Mason * 3rd Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 maja 2013, 13:37
Posty: 26
Płeć: mężczyzna
Full film. http://www.youtube.com/playlist?list=PL ... re=edit_ok



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 34 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna

Strefa czasowa UTC [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Nowości Nowości Mapa Strony Mapa Strony Index Mapy strony Index Mapy strony RSS RSS Lista kanałów Lista kanałów | Powered by phpBB © 2007 phpBB3 Group