Zaloguj się
Nazwa użytkownika:   Hasło:   Loguj mnie automatycznie  
Dzisiaj jest 24 sie 2019, 15:18

Strefa czasowa UTC [letni]





Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 
Autor Wiadomość
Post: 19 cze 2013, 13:58 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 lut 2013, 16:42
Posty: 3412
Płeć: mężczyzna
Najbardziej pouczające spojrzenie na to, jakiego rodzaju napędem mogą się posługiwać NOLe,
można znaleźć w życiorysie oraz pracach niepozornego, lecz genialnego amerykańskiego
naukowca i wynalazcy, Thomasa Townsenda Browna. Urodził się w roku 1905 w znanej i
szanowanej rodzinie z Zanesville w stanie Ohio i od najwcześniejszych lat interesował się
podróżami kosmicznymi - tematem, który w owych czasach, w których istnieli jeszcze ludzie
z niedowierzaniem przyglądający się machinom latającym braci Wright, uważany był za czystą
fantazję. Młody Brown nie dawał się jednak łatwo zniechęcić i bardzo lubił zajmować się
rzeczami z dziedziny zwanej obecnie elektroniką. To właśnie jego dziecięce zabawy, a
następnie pomysły związane z radiem i elektromagnetyzmem legły u podstaw, które okazały
się w późniejszych latach bezcenne. Właśnie w czasie tych młodzieńczych eksperymentów
udało mu się zdobyć lampę rentgenowską Coolidge'a, która doprowadziła go do zadziwiającego
odkrycia.

Promienie X, czyli rentgenowskie, na temat których „oficjalna nauka” dopiero co zaczynała
zdobywać wiedzę, były w owych czasach prawdziwie tajemniczą siłą (specjalizujący się w
chemii fizycznej amerykański uczony William D. Coolidge wynalazł swoją lampę w roku 1913).

Brown nie był jednak w rzeczy samej zainteresowany nimi samymi, przyszedł mu bowiem do
głowy pomysł, że mogą one stać się kluczem do podróży w kosmosie i kierując się właśnie tą
ideą wykonał eksperyment mający na celu określenie, czy istnieje dająca się wykorzystać
siła wytwarzana przez wydobywające się z lampy Coolidge'a promienie X.

W trakcie jednego z doświadczeń zrobił coś, co nie przyszło dotąd do głowy żadnemu innemu
naukowcowi. Umocował swoją lampę na bardzo czułej wadze i przystąpił do eksperymentu.
Wbrew oczekiwaniu i ku ogromnemu rozczarowaniu nie udało mu się wykryć jakiejkolwiek
możliwej do zmierzenia siły wytwarzanej przez promienie X. Ku swojemu ogromnemu zdziwieniu
stwierdził natomiast występowanie bardzo dziwnego zjawiska, którym było poruszanie się
lampy Coolidge'a za każdym razem, ilekroć ją włączał, tak jakby w tym momencie coś ją
popychało!

Zjawisko to mocno go zaintrygowało i jego wyjaśnienie zajęło mu sporo czasu i pracy.
Okazało się, że promienie X nie miały tym ruchem nic wspólnego. Za to zjawisko
odpowiedzialne było wysokie napięcie, którym zasilana była lampa.
Ustaliwszy to, Brown przystąpił do serii eksperymentów, których celem było określenie
natury odkrytej „siły”. Po wielu próbach udało mu się ostatecznie skonstruować odpowiednie
urządzenie, które nazwał „Grawitorem”. Jego wynalazek wyglądał bardzo prozaicznie: było to
bakelitowe pudełko o wymiarach 30 x 10 x 10 centymetrów. Kiedy umieszczało się je na wadze
i podłączało do niego napięcie 100 kilowoltów, zyskiwało ono lub traciło na wadze około
jednego procenta w zależności od ustawienia biegunów. Brown był pewny, że odkrył nowe
prawo dotyczące elektryczności, lecz nie bardzo wiedział, co z tym zrobić. Mimo iż kilka
gazet opublikowało doniesienie o jego odkryciu, żaden naukowiec nie zainteresował się nim,
co specjalnie nie dziwi, gdyż Brown dopiero kończył szkołę średnią.

Zdawszy sobie sprawę, że jego wiek może być przeszkodą, postanowił działać ostrożnie. W
roku 1922 wstąpił do Kalifornijskiego Instytutu Technologicznego (Caltechu) w Pasadenie i
jako dobrze zapowiadający się student zaczął zabiegać o względy swoich profesorów, wśród
których znajdował się nieżyjący już fizyk, laureat nagrody Nobla, dr Robert A. Millikan.

Udało mu się przekonać swoich nauczycieli, że jest bardzo zdolnym laborantem, lecz
niestety nie zyskał ich poparcia dla swoich pomysłów z dziedziny elektrograwitacji. Jego
nauczyciele, których horyzonty wiedzy nie wykraczały poza ograniczenia
dziewiętnastowiecznej nauki, odmówili uznania faktu, że coś takiego może istnieć, co
zaowocowało brakiem zainteresowania tą sprawą z ich strony.

Nie zniechęcony tym stanem rzeczy w roku 1923 przeniósł się bliżej domu rodzinnego, do
College'u Kenyon w Gambler, gdzie uczył się tylko przez rok, po czym przeniósł się na
Uniwersytet Denisona w Granville w stanie Ohio, gdzie podjął studia na wydziale fizyki
kierowanym przez profesora fizyki i astronomii Paula Alfreda Biefelda, szkolnego kolegi
dra Alberta Einsteina.

W przeciwieństwie do dra Millikana z Caltechu dr Biefeld zainteresował się odkryciem
Browna. Profesor i jego uczeń wspólnie eksperymentując z naładowanymi kondensatorami
elektrycznymi odkryli zasadę, która w podręcznikach fizyki nazywana jest obecnie „efektem
Biefelda-Browna”. Efekt ten dotyczył spostrzeżenia, że naładowany wysokim napięciem
kondensator elektryczny przejawia tendencję do ruchu w kierunku swojego bieguna
dodatniego, co Brown zaobserwował już wcześniej eksperymentując z lampą Coolidge'a.

Po ukończeniu studiów Brown został członkiem zespołu Obserwatorium Swazeya w stanie Ohio,
gdzie pracował przez cztery lata, w trakcie których ożenił się.

W roku 1930 pojawiła się możliwość prowadzenia dalszych badań. Brown opuścił zespół
Obserwatorium Swazeya i podpisał umowę z Laboratorium Badawczym Marynarki Wojennej w
Waszyngtonie, gdzie został zatrudniony jako specjalista do spraw promieniowania, fizyki
pola oraz spektroskopii.

Pracując tam, w roku 1932 wziął udział w charakterze fizyka w międzynarodowej ekspedycji
grawimetrycznej do Indii Zachodnich zorganizowanej przez Departament Marynarki Wojennej
oraz rok później w wyprawie głębokomorskiej finansowanej przez Instytut Smithsona. Pod
koniec roku 1933 w wyniku cięć budżetowych spowodowanych recesją gospodarczą zmuszony był
opuścić Laboratorium Badawcze Marynarki Wojennej i szukać innego miejsca, gdzie mógłby
kontynuować swoje badania. Nie mając jednak na to widoków wstąpił do Rezerw Marynarki
Wojennej Stanów Zjednoczonych, gdzie zatrudnił się jako inżynier agronom, a później jako
zarządca w Korpusie Ochrony w Ohio.

Konieczność pracy zarobkowej w latach trzydziestych nie powstrzymała go od kontynuowania
badań z dziedziny fizyki, przede wszystkim zaś efektu Biefelda-Browna, które prowadził
wieczorami oraz w weekendy. Ich rezultatem były kolejne usprawnione wersje Grawitora.

W roku 1939 będąc porucznikiem rezerwy marynarki wojennej udał się do Maryland, gdzie
zatrudnił się jako specjalista do spraw materiałów w mieszczącej się w Balltimore firmie
Glenn L. Martin Company (później Martin Aerospace). Jego praca tam trwała jednak zaledwie
kilka miesięcy, gdyż powołano go do służby czynnej w marynarce wojennej, gdzie w Biurze
Statków (Bureau of Ships) otrzymał stanowisko oficera do spraw badań nad minami
magnetycznymi i akustycznymi. Służąc tam zarządzał ponad pięćdziesięciomilionowym budżetem
przeznaczonym na cele badawcze (podlegało mu w tym czasie około 50 pracowników w stopniu
doktora). Od czasu do czasu konsultował się z samym Albertem Einsteinem (ich łącznikiem
był dr Biefeld). Trwało to aż do ataku Japończyków na Pearl Harbor, kiedy to przeniesiono
go w randze komandora-porucznika do Norfolk w celu kontynuowania badań i kierowania
znajdującą się tam Szkołą Radarową Floty Atlantyckiej.

W pierwszych latach wojny pracował w ramach badań prowadzonych przez Państwowy Komitet ds.
Badań Obronnych, a później przez jego następcę, to jest Biuro ds. Badań Naukowych i
Rozwoju kierowane przez dra Vannevara Busha. W jego ramach Brown przeprowadził szereg
ważnych badań, z których najważniejsze dotyczyły opracowań z zakresu wysokiej próżni oraz
udoskonalania metod odmagnetyzowywania statków w celu ich ochrony przed minami z
magnetycznymi zapalnikami.

Zbyt długa i ciężka praca oraz osobiste rozczarowane związane z niemożliwością
przeforsowania własnych pomysłów, a także nieszczęśliwy wypadek jednego z jego podwładnych
doprowadziły go w grudniu 1943 roku do poważnego załamania nerwowego. Wkrótce potem został
zwolniony ze służby i po pobycie w szpitalu odesłany do domu na odpoczynek.

Sześć miesięcy później, wiosną roku 1944, zatrudnił się jako konsultant do spraw radaru w
sekcji zaawansowanych konstrukcji w firmie Lockheed-Vega Aircraft Corporation w
Kalifornii. Według opinii współpracowników był „cichym i skromnym emerytem genialnie
rozwiązującym problemy inżynierskie” oraz „człowiekiem, jakiego należy spodziewać się na
terenie ważnych instalacji badawczych”. Co najważniejsze, nieprzerwanie pracował nad swoim
Grawitorem. Opisując go nigdy nie posługiwał się terminami dotyczącymi grawitacji. Wolał
używać bardziej naukowej, zdecydowanie mniej sensacyjnej terminologii w rodzaju „naprężeń
w dielektrykach”.

Po wojnie sprawy zaczęły układać się trochę lepiej. Po opuszczeniu Lockheeda udał się na
Hawaje, gdzie się osiedlił i kontynuował swoje badania. Właśnie wtedy, częściowo za sprawą
swojego starego przyjaciela, A.L. Kitselmana, który przebywał w tym czasie w Pearl Harbor,
gdzie zajmował się nauczaniem metod obliczeniowych, Grawitorem zainteresował się admirał
Arthur W. Radford, dowódca Floty Pacyfiku, który w późniejszych latach (1953-1957), w
czasie prezydentury Eisenhowera, był przewodniczącym Szefów Połączonych Sztabów.

W wyniku jego zainteresowania Brown został mianowany konsultantem stoczni w Pearl Harbor i
mimo dobrego traktowania przez swoich przyjaciół z marynarki wojennej, jego pomysł, jak
wynika z oficjalnych raportów, traktowano wyłącznie jako interesujące kuriozum, a nie
klucz do rozwiązania problemu podróży kosmicznych. Być może sprawy potoczyłyby się
inaczej, gdyby Brown mial więcej cech biznesmena niż naukowca.

Narastająca na przełomie dekady częstotliwość ukazywania się NOLi szybko przykuła uwagę
Browna, który pod wpływem różnic zdań powstałych pod koniec lat czterdziestych i na
początku pięćdziesiątych w środowiskach wojskowym i naukowym postulował możliwość
szybkiego rozwiązana problemu ich napędu, pod warunkiem że naukowa społeczność całego
świata zajmie się tą sprawą.

W tamtym okresie jego wiara w możliwości nauki była tak wielka, iż sądził, że uzyskawszy
odpowiednie środki i ludzi można będzie szybko rozwiązać ten problem. Był przy tym cały
czas przekonany, że jego własne badania dotyczące elektrograwitacji stanowią jeden z
kluczy do rozwiązania tej zagadki.

W roku 1952 przeniósł się do Cleveland i zaproponował przedsięwzięcie któremu nadano
kryptonim „Winterhaven” (Zimowa Przystań). Zakładał, że projekt ten pozwoli mu usprawnić
jego pomysły na tyle, aby móc zaoferować je kołom wojskowym. W wyniku żmudnych badań udało
mu się zwiększyć siłę udźwigu Grawitora do tego stopnia, że był on w stanie wznieść się w
powietrze. Uznał to za sukces, który powinien był w jego mniemaniu wprawić w zachwyt
każdego naukowca lub pracownika Pentagonu. Tak się jednak nie stało, mimo iż jego
aparatura była technicznie zaawansowana i - jak się dalej przekonamy - demonstracje jej
możliwości wywierały na widzach ogromne wrażenie.

Zgodnie z obecną wiedzą wszystko we wszechświecie zawdzięcza swoje istnienie trzem
podstawowym oddziaływaniom: elektromagnetyzmowi, wiązaniom wewnątrzjądrowym i grawitacji.
Nadal nie wiadomo, czy są to trzy oddzielne siły, czy też różne przejawy jednej i tej
samej siły, Albert Einstein poświęcił całe swoje życie na stworzenie jednolitej teorii
pola i w trakcie rozważań mających na celu stworzenie równań opisujących to pole doszedł
do wniosku, że to, co zwykliśmy nazywać „materią” jest w rzeczywistości lokalnym
zjawiskiem będącym przejawem niezwykle wysokiej koncentracji energii pola.

Współczesna nauka nie kwestionuje już oczywistych związków między elektrycznością i
magnetyzmem, za to związek tych dwóch pól z polem grawitacyjnym do dziś jest - po blisko
czterdziestu latach od śmierci Einsteina - przedmiotem naukowych dyskusji.

Nauka lat dziewięćdziesiątych uznaje w zasadzie istnienie swego rodzaju związku między
elektrycznością i grawitacją, lecz jedynie niewielu uczonych przyznaje, że może mieć on
praktyczne zastosowanie we współczesnej technologii. Przynajmniej tak to wygląda
oficjalnie. W ostatnich latach coraz częściej słyszy się pochodzące z różnych źródeł
pogłoski dotyczące zdarzeń mających miejsce w rejonie poligonów badawczych położonych w
pustynnych rejonach Nevady. Pogłoski te mówią, że rząd USA korzystając z badań Browna oraz
własnych osiągnął znaczący sukces dokonując zasadniczego przełomu w tej dziedzinie.

Mimo oczywistego faktu, że w Nevadzie dzieje się coś „stymulującego aeronautykę”,
odpowiedź na pytanie, czy ma to coś wspólnego z pionierskimi pracami Browna, wciąż
pozostaje starannie ukryta za potężnymi wrotami opatrzonymi frustrującym napisem „Ściśle
Tajne”.

Odstąpienie Browna od ortodoksyjnych poglądów naukowych ma swoje podłoże w jego niezłomnym
przekonaniu o istnieniu związku między grawitacją i elektrycznością i możliwości jego
praktycznego wykorzystania. To, czy istnieje z kolei związek między magnetyzmem i
grawitacją, a co za tym idzie wzajemne oddziaływania tych trzech sil w ramach „jednolitego
pola”, jest sprawą do dalszej dyskusji.

Wróćmy jednak do naszego zasadniczego tematu. Opierając się na swoich doświadczeniach,
Townsend Brown uważał, że efekt Biefelda-Browna jest dowodem na istnienie związku między
elektrycznością i grawitacją.

Dielektrykiem określa się materiał posiadający zdolność absorbcji energii elektrycznej
(ładunku elektrycznego) bez oddawania go otaczającym go materiałom. Niektóre dielektryki
są zdolne do absorbcji ogromnych ilości energii elektrycznej, nie rozładowując się
(zjawisko to określa się mianem „elastycznego naprężenia”), pod warunkiem że energia
dostarczana jest dielektrykowi powoli i przy niskim napięciu. Istnieją również
dielektryki, które można ładować i rozładowywać przy bardzo wysokich potencjałach i z
częstotliwością wielu tysięcy herców na sekundę. Browna interesowały przede wszystkim te
ostatnie.

Wykorzystując tego rodzaju dielektryk Brown skonstruował dyskokształtny lub jak kto woli
spodkokształtny zestaw kondensatorów, za pomocą którego udało mu się, przykładając doń
różnego rodzaju napięcia prądu stałego, zademonstrować efekt Biefelda-Browna w działaniu,

Przy właściwej konstrukcji i odpowiednim napięciu rzędu kilowoltów dyskokształtne
„powietrzne folie”, jak nazwał ów zestaw kondensatorów, samoistnie unosiły się w powietrze
wydając delikatne buczenie i emitując niebieskawą poświatę. Używając bardziej naukowej
terminologii ów „lot” najwłaściwiej można by opisać jako „ruch w kierunku bieguna
dodatniego spowodowany wzajemnym oddziaływaniem pola elektrycznego i grawitacyjnego”.

W roku 1953 udało się mu zademonstrować w swoim laboratorium lot dyskokształtnych
„powietrznych folii” o średnicy 60 centymetrów po kołowym torze o średnicy 6 metrów.

Latający spodkokształtny pojazd uwiązany był przewodem do centralnie położonego źródła
prądu stałego o napięciu pięćdziesięciu tysięcy woltów i mocy pięćdziesięciu watów. W
trakcie tej próby pojazd ten osiągnął prędkość pięciu metrów na sekundę, czyli 18
kilometrów na godzinę.

Dzięki ogromnemu samozaparciu i kosztem własnych finansów Brownowi udało się wkrótce pójść
jeszcze dalej. W czasie kolejnego pokazu zademonstrował zestaw trzech dysków o średnicy 90
centymetrów, które latały po kołowej orbicie o średnicy 15 metrów. Parametry ich lotu były
tak niezwykłe, że informacje na ten temat z miejsca utajniono.

Mimo uzyskania w trakcie kolejnego eksperymentu ogromnej siły nośnej i prędkości,
większość naukowców, tych którzy byli jego świadkami, zachowała swój sceptycyzm i silę
napędzającą pojazd Browna określiła jako „elektryczny wiatr”, choć w rzeczywistości -
pozostając przy tej terminologii - bardziej odpowiednie byłoby tu określenie „elektryczny
huragan”. Tylko kilku z nich uważalo, że efekt Biefielda-Browna jest czymś nowym w świecie
fizyki.

Brown starał się o uzyskanie dotacji rządowych, które u możliwilyby dokończcnie prac, ale
nie otrzymał ich. W roku 1955 udał się pełen nadziei do Europy, gdzie liczył na większy
entuzjazm.

Pierwsza demonstracja miała miejsce w Anglii, lecz dopiero pokaz na Kontynencie
Europejskim przeprowadzony pod auspicjami francuskiej korporacji La Societe Nationale de
Construction Aeronautique Sud Quest (SNCASO) wzbudził zainteresowanie i rokował nadzieje.
W czasie przeprowadzonej w tajemnicy w laboratoriach badawczych tej spółki serii pokazów
Brownowi udało się pobudzić do lotu swoje dyski w wysokiej próżni, przy czym ku jego
zdumieniu okazało się, że latają one w niej wydajniej! W czasie tych prób stwierdzono
również, że działając wyższym napięciem, na płytkę dielektryka można zwiększyć prędkość i
nośność „pojazdu” Browna. Owczesne doniesienia mówią o osiąganych z łatwością prędkościach
kilkuset mil na godzinę przy zastosowaniu napięć rzędu dwustu tysięcy woltów. Jeden z
autorów wspomina nawet o „generatorze płomieni odrzutowych”, który był wówczas na etapie
projektowania i miał wytwarzać potencjał 15 milionów woltów!

Kiedy już sporządzono plany konstrukcyjne ogromnej komory próżniowej zaopatrzonej w źródło
zasilania zdolne dostarczyć prąd o napięciu pół miliona woltów, doszło do fuzji dwóch
spółek. SNCASO przystąpiło do innej, większej spółki, która w wyniku tej fuzji
przemianowała się na „Super Douglas of France” (Sud Est).
Dyrektor nowej spółki wykazał bezprzykładny brak zainteresowania tymi „zbyt
przyszłościowymi projektami napędów”, okazując zainteresowanie jedynie temu, co przynosiło
konkretny dochód od razu, to jest produkcji elementów do już istniejących konstrukcji
lotniczych. Budowa urządzeń, które zatwierdził dyrektor SNCASO z myślą o kontynuowaniu
badań nad napędem elektrograwitacyjnym, została wstrzymana i rozczarowany tym obrotem
sprawy Brown zmuszony był wrócić w roku 1956 do Stanów.

Latem tego roku osiadł w Waszyngtonie. Wciąż interesował się zjawiskiem UFO, licząc, że
uda mu się stworzyć teorię do swojego napędu i że dzięki temu jego prace zyskają na
znaczeniu - kolejny pomysł, który prowadzi nas do jeszcze jednego rozdziału w jego życiu.
Kluczową postacią tej fazy jego życia była sześćdziesięciosiedmioletnia wdowa po Waltonie
C. Johnie, przez przyjaciół zwana „Clarą”. Clara John wydawała prywatnym sumptem
powielaczowe pisemko pod nazwą The Little Listening Post, które poświęcone było różnych
sprawom z pogranicza ezoteryki zahaczającym niejednokrotnie o zjawisko UFO. W trakcie
poszukiwania tematów do swojego pisma natknęła się na Townsenda Browna i począwszy od roku
1955 utrzymywała z nim przez kilka lat ożywioną korespondencję.

Była jednak osobą zbyt energiczną, aby mogła zadowolić się samą korespondencją. Latem 1956
roku zorganizowała niewielkie grono przyjaciół zainteresowanych zjawiskiem UFO i stworzyła
z nich grupę, której nadała nazwę „The Flying Saucer Discussion Group” (Grupa Dyskusyjna
ds. Latających Spodków). Ta nieformalna grupa osób zbierała się mniej więcej raz w
miesiącu w YWCA (Young Women's Christian Association - Chrześcijańskie Stowarzyszenie
Młodych Kobiet1) zapraszając na swoje spotkania jako prelegentów najważniejszych ludzi
parających się badaniem zjawiska UFO, takich jak na przykład Donald E. Keyhoe czy Morris
K. Jessup.

Niespełna miesiąc później powstała organizacja, która przez pewien czas była największą i
najbardziej wpływową grupą zajmującą się badaniem zjawiska UFO - The National
Investigations Committee on Aerial Phenomena (Narodowy Komitet Do Badania Zjawisk
Bowietrznych) - w skrócie NICAP. 29 sierpnia 1956 roku, zaledwie dwa tygodnie po
przystąpieniu do The Flying Saucer Discussion Group, Brown zgromadził komplet dokumentów
niezbędnych do rejestracji NICAP-u w dystrykcie Kolumbia. W skład jego zarządu weszło
dwóch fizyków, dwóch duchownych, dwóch biznesmenów, emerytowany wiceadmirał, który przez
pewien czas kierował CIA oraz emerytowany generał brygady. Wyrażając nadzieje wszystkich
zainteresowanych Clara John napisała, że „w końcu znaleziono właściwe ujście dla powodzi
zamieszania” mając tu na myśli całość zagadnień związanych ze zjawiskiem UFO.

Przez cały wrzesień i październik Brown ze zdwojoną energią starał się zorganizować NICAP
na wzór korporacji, aby zapewnić mu maksymalną wydajność na wszystkich szczeblach
działalności.

Zgodnie z tą zasadą mianowano skarbnika, wynajęto pomieszczenia biurowe i zatrudniono
sekretarkę. Ostatecznie, 24 października 1956 roku, wraz z podjęciem ostatecznej uchwały o
korporacyjnym charakterze NICAP, spełniło się marzenie Browna. Niestety, jego żywot był
krótki.

W czasie zgromadzenia członków w styczniu 1957 roku wystąpił pierwszy kryzys. Przeciwko
Brownowi wysunięto zarzut o prowadzenie nieodpowiedzialnej polityki finansowej i
skierowanie organizacji na zbyt radykalny kurs. Podczas burzliwej dyskusji wielu mówców
zarzucało Brownowi, że jedynym celem jego działalności jest umożliwienie sobie prowadzenia
dalszych badań nad antygrawitacją.

Stojąc w obliczu całkowitego bankructwa lub koniecznością reorganizacji, zarząd zmusił
następnego dnia Browna do rezygnacji i na nowego dyrektora mianował byłego pilota
Marynarki Wojennej USA, majora Donalda E. Keyhoe, znanego badacza i publicystę z dziedziny
UFO, udzielając mu nieograniczonych pełnomocnictw.

Utrata stanowiska była dla Browna ogromnym ciosem i utratą nadziei na realizację projektu
„Winterhaven”. Życie toczyło się jednak dalej i po niespełna roku zatrudnił się jako
główny badacz i doradca do spraw rozwoju w Projekcie Whitehall-Rand poświęconym badaniu
antygrawitacji. Przedsięwzięcie to wspierane było przez milionera Agnew Bahnsona, głównego
udziałowca The Banhson Company of Winston-Salem z Północnej Karoliny (największego
producenta urządzeń klimatyzacyjnych).

Bahnson był bogatym ekscentrykiem, którego marzeniem było zostanie pierwszym człowiekiem,
który poleci na Księżyc. To marzenie było tak silne, że zainspirowało go nawet do
napisania noweli z gatunku science-fiction, która opowiada o biznesmenie pragnącym lecieć
na Księżyc, któremu się to udaje. Po zorganizowaniu szerokiego zaplecza laboratoryjnego i
udzieleniu Brownowi dotacji w wysokości około 250.000 dolarów Bahnson nieoczekiwanie
zginął prowadząc swój prywatny samolot, który z nieznanych powodów wpadł na przewody
wysokiego napięcia. Jego syn i spadkobierca nie podzielał pragnień ojca ani nie
interesował się „egzotycznymi” teoriami Browna dotyczącymi napędu. Nie chcąc tracić
dalszych pieniędzy skierował przedsiębiorstwo ojca ku innym, „bardziej konwencjonalnym”
celom. Tak oto zamknęła się kolejna obiecująca perspektywa przed Brownem.

W roku 1958 zgromadził pewną ilość środków i powołał do życia własne przedsiębiorstwo pod
nazwą Rand International Limited, mając nadzieję „dać sobie radę sam”. Mimo uzyskania
wielu patentów, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i za granicą, oraz urządzenia
licznych pokazów dla agencji rządowych i różnych korporacji, ponownie nie udało mu się

doprowadzić swoich zamierzeń do szczęśliwego finału. Ten obrót spraw zrodził w nim
podejrzenie, że któraś z agend rządowych śledzi jego prace i wykorzystuje ich wyniki do
swoich ściśle tajnych przedsięwzięć. Jedną z najbardziej podejrzanych o ich transfer osób
jest dr fizyki Eric Wang, który był w tym czasie związany z biurem do spraw „specjalnych
projektów” mieszczącym się w bazie sił powietrznych Wright-Patterson w Dayton w stanie
Ohio. Wiadomo o nim, że pracował w ramach tajnego przedsięwzięcia dotyczącego budowy
latającego spodka, który realizowano w bazie sił powietrznych Kirtland w Nowym Meksyku.

Niestety, jak dotąd nie udało się ustalić niczego konkretnego w tej sprawie, niemniej
warto zauważyć, że baza ta stała się ostatecznie jednym z kompleksów wchodzących w skład
słynnej „Strefy 51” mieszczącej się na pustyni w Nevadzie, w której znajduje się
gigantyczny, super tajny ośrodek badawczy, w którym według krążących od lat pogłosek
prowadzone są od lat prace na pojazdami opartymi na odkryciach Browna.

Na początku lat sześćdziesiątych Brown przez krótki czas pracował jako fizyk w firmie
Electrokinetics, Inc. w Bala Cynwyd w Pensylwanii, skąd po zrealizowaniu powierzonych mu
prac odszedł na częściową emeryturę. Wkrótce potem przeniósł się do Kalifornii, gdzie w
spokoju kontynuował swoje badania w nadziei, że pewnego dnia świat dostrzeże i doceni w
końcu jego dokonania. Od połowy lat siedemdziesiątych aż do śmierci w październiku 1985
roku - miał wówczas 80 lat - pracował nad projektem oznaczonym kryptonimem „Xerxes”,
którego celem było ustalenie, czy promieniowanie grawitacyjne jest przyczyną powstawania
napięć elektrycznych występujących w niektórych naturalnych i sztucznych substancjach
krystalicznych, które posiadają zgodnie z jego odkryciem niezwykłe właściwości
dielektryczne.

Uważał, że jeśli przy pomocy dużych potencjałów elektrycznych można modyfikować lokalnie
pole grawitacyjne, to możliwe jest również działanie odwrotne. W perspektywie kurczących
się rezerw energii wykazanie, że grawitację można zamienić na energię elektryczną, mogłoby
mieć epokowe znaczenie.

Już w roku 1931 podczas pracy w Laboratorium Badawczym Marynarki Wojennej Brown
przypadkowo odkrył, że opór właściwy pewnych dielektryków o dużej gęstości, nad którymi
pracował, ulega zmianom pod wpływem słońca, gwiazd i pory dnia. Wnioski, jakie z tego
wynikały, mimo iż bardzo interesujące, były jednak uporczywie ignorowane, dopóki nie
odkryto, że niektóre z tych materiałów posiadają jeszcze bardziej zaskakującą właściwość
polegającą na tym, że mogą one wytwarzać „samoistny potencjał elektryczny”, co oznacza, że
mogą one wytworzyć „na wyjściu” potencjał elektryczny bez konieczności wytworzenia
potencjału „na wejściu”! I, co ciekawe, ów stale obecny „na wyjściu” potencjał zmieniał
się odpowiednio do zaobserwowanych wcześniej w tych substancjach zmian oporności.

W roku 1978 Brown był już wposiadaniu wystarczającej ilości dowodów na to, że ten
„samoistny potencjał elektryczny” jest dokładną odwrotnością efektu elektrograwitacyjnego
uwidocznionego na przykładzie tak zwanych „folii powietrznych”, co oznacza proces
konwersji elektrograwitacyjnej, w którym energia grawitacyjna zostaje zamieniona na
potencjał elektryczny za sprawą jakiejś bliżej nieznanej właściwości związanej z budową
krystaliczną i gęstością odpowiednich dielektryków.

W wyniku obserwacji tego efektu uzyskano na wyjściu potencjały dochodzące do 1 wolta i to
zarówno w przypadku naturalnych, jak i sztucznych dielektryków, spośród których
najbardziej obiecujące okazały się barek tytanu (K<1000, ciężar właściwy >5,0) oraz różne
postacie hawajskiego granitu. Wiele wysiłku włożono w wyeliminowanie możliwości indukcji
prądu elektrycznego w badanych materiałach przez pole magnetyczne Ziemi lub inne
elektromagnetyczne lub magnetyczne źródła. Wykorzystano do tego celu specjalnie ekranowane
pomieszczenia o stałej temperaturze i ciśnieniu, zaś testy przeprowadzano na różnych
wysokościach, a także pod wodą na głębokości 150 metrów, w głębokiej sztolni dawnej
kopalni rudy żelaza oraz w specjalnie skonstruowanych i elektrycznie naładowanych
„klatkach” z siatki drucianej (tak zwanych „klatkach Faradaya”). Oprócz tego wykonano
specjalne, nie rezonujące czujniki, aby całkowicie „oczyścić” proces rejestracji i
wyeliminować wszelkie zakłócenia z zasięgu detektorów. Nawet mimo tych rygorystycznych
warunków eksperymentu nie udało się wykryć żadnego czynnika lub ich kombinacji, takich jak
temperatura, ciśnienie, tło elektromagnetyczne, wpływ ziemskiego pola magnetycznego, a
nawet promieniowanie słoneczne, które mogłyby wyjaśnić źródło tego zjawiska.

W latach osiemdziesiątych zdrowie Browna uległo w krótkim czasie znacznemu pogorszeniu,
zaś on sam wykazywał coraz większą ostrożność w dzieleniu się z innymi swoimi wnioskami,
powierzając je jedynie gronu nielicznych przyjaciół i współpracowników. Wiosną roku 1985,
zaledwie miesiąc przed śmiercią, będąc już bardzo słabym opowiedział mi cichym głosem o
ostatnich wynikach swoich badań.

„Samoistny potencjał elektryczny” - stwierdził - „może być produktem grawitacyjnie
indukowanej elektryczności powstającej podczas przechodzenia przez Ziemię fali
promieniowania grawitacyjnego pochodzącego z centrum galaktyki”.
Uważał, że tego rodzaju promieniowanie nie ma charakteru silnie przenikliwego i w związku
z tym jego część zaabsorbowana przez pewne dielektryczne substancje o dużej kapacytancji
znajdujące się w płaszczu Ziemi może być przekształcana w energię elektryczną i
manifestować się w postaci konkretnego i mierzalnego samoistnego potencjału elektrycznego
prądu stałego. Sama przemiana fal grawitacyjnych na prąd stały dokonuje się wewnątrz
dielektryka i jest właściwością jego krystalicznej struktury.

„Niestety” - dodał - „ten wniosek można traktować jedynie jako przypuszczenie, ponieważ
nikomu jak dotąd nie udało się wykazać, że energia grawitacyjna ma charakter falowy”.
Dziś, siedem lat po jego śmierci, nadal nie wiemy, jakie korzyści mogą wyniknąć z jego
odkrycia, o ile już nie zostały wykorzystane, biorąc pod uwagę duże prawdopodobieństwo, że
jego prace zostały rozwinięte w ramach tajnych przedsięwzięć rządowych korzystających z
nieograniczonych funduszy.

Sam Brown stwierdził zresztą: „Jeśli kontynuacja obserwacji... wykaże, że wspomniane prądy
okażą się pewnego dnia dostępne, i jeśli potwierdzi się teoria kosmologiczna, że energia
tego typu jest generowana... i dociera do Ziemi w użytecznych ilościach, wówczas możemy
mieć nowe źródło energii. W momencie wyczerpania się paliw kopalnych, co już niedługo
niechybnie nastąpi, oraz przy istniejących kontrowersjach dotyczących niebezpieczeństw
wynikających z używania energii jądrowej, to dodatkowe źródło energii będzie mile
widziane”.

Równie mile widziany byłby zupełnie nowy, nie wytwarzający zanieczyszczeń system napędu.
Jeśli przynajmniej jedna z tych dziwnych rzeczy, które latają ostatnio nad pustynią w
Nevadzie, jest urządzeniem opartym na efekcie Biefelda-Browna, jak głoszą niektóre plotki
pochodzące z kół rządowych, to resztę planety czeka ogromna niespodzianka, kiedy zostanie
odsłonięta zasłona kryjąca tę tajemnicę.

Należy pamiętać, że ci, którzy jako pierwsi dostrzegli w latach trzydziestych zwiastuny
atomowego rozpadu w lampach katodowych, mieli niewielkie pojęcie o potędze energii
jądrowej. Jeśli efekt Biefelda-Browna zawiera w sobie podobny potencjał, na co wiele
wskazuje, wówczas przyszłe źródła energii oraz system napędowy współczesnych nam NOLi,
mogą okazać się znacznie bliższe w realizacji, niż to się nam dzisiaj wydaje.

Przy braku efektów ubocznych, jakie bez wątpienia wystąpiłyby w przypadku interferencji
wywołanej przez pole elektromagnetyczne, wydaje się wręcz nieprawdopodobne, aby związane z
NOLami efekty „EM” rzeczywiście miały taki charakter. Dużo bardziej prawdopodobne jest, że
UFO posiadają jakąś bardziej efektywną metodą wykorzystywania efektu Biefelda-Browna w
celu przekształcania energii elektromagnetycznej w energię grawitacyjną, która stanowi
istotę ich bardziej zaawansowanego technologicznie od tego, co osiągnął Brown, napędu.

Niewykluczone że ta dziwna, metaliczna z wyglądu folia znaleziona w miejscu katastrofy
UFO, która miała miejsce w roku 1947 w stanie Nowy Meksyk w pobliżu Roswell, była częścią
napędu wykorzystującego efekt Biefelda-Browna. Folia ta mogła być fragmentem gazowego
kondensatora zniszczonego w wyniku wybuchu spowodowanego uderzeniem pioruna w NOLa. Fakt,
że materiał ten wygląda na zdjęciach podobnie do folii wykorzystywanej w radiolokatorach
śledzących, nie oznacza, że nią jest, a jedynie, że ją przypomina. Zastosowany przez siły
powietrzne kamuflaż mógł zostać wymyślony na poczekaniu w oparciu o to podobieństwo. Z
opisów świadków, którzy zetknęli się z tym foliopodobnym materiałem, wynika, że posiadał
on niezwykłe właściwości.

Jak wiadomo, dyskoksztaltne elektrograwitacyjne „powietrzne folie” Browna miały na obrzeżu
ciąg kondensatorów. Nietrudno przewidzieć, że ktoś dysponujący bardziej zaawansowaną
technologią mógł na przykład odkryć, że wypełnienie gazem kondensatorów i uformowanie ich
wewnętrznej struktury na wzór plastra pszczelego wykonanego z cienkich płytek podobnych do
aluminiowej folii daje większą wydajność niż stałe dielektryki używane przez Browna w jego
Grawitorach. Co ciekawe, cienkie arkusze aluminiowej folii oddzielone od siebie warstwą
wosku parafinowego są u nas już od lat stosowane do produkcji tanich kondensatorów o
niewielkiej pojemności.

Biorąc pod uwagę zarówno badania, jak i odkrycia Browna w dziedzinie zależności między
elektrycznością i grawitacją możemy powiedzieć, że są one nie tylko interesujące, ale
wręcz fascynujące. Zarówno jego sukcesy w konstruowaniu urządzeń wykorzystujących do
napędu zjawisko elektrograwitacji, jak i jego ostatnie prace z dziedziny grawitacyjnie
indukowanych prądów elektrycznych w materiałach o wysokiej kapacytancji zdają się
wskazywać, że był on na drodze do odkrycia istoty wysoko zaawansowanego technologicznie
napędu poruszającego latające spodki - bez względu na to, czy obiekty tego typu latające
nad pustynią w Nevadzie są naszymi konstrukcjami, czy też należą do kogoś innego, na co
wskazują datujące się od czasów antycznych obserwacje.

Czy wytwarzane przez zasilane prądem stałym dyskokształtne powietrzne folie Browna
stosunkowo słabe pole elektrograwitacyjne było w latach pięćdziesiątych w stanie wywołać
możliwe do zaobserwowania efekty (w związku z ich niewielkimi wymiarami rzędu kilkunastu
centymetrów) podobne do tych, jakie są dziełem NOLi, nie wiadomo, gdyż nie prowadzono pod
tym kątem eksperymentów. Jedyne, co wiemy, to to, że wytwarzane przez powietrzne folie
pole elektryczne rzeczywiście jonizowało otaczające je powietrze, czego dowodem była
niebieskobiała poświata, podobna do tej, jaką obserwuje się w przypadku NOLi.

Należy pamiętać, że próby i pokazy urządzane przez Browna, najpierw w USA, a potem w
Anglii i Francji, były demonstracjami wykonywanymi z wykorzystaniem modeli a nie pojazdów
w pełnej skali. Chodziło w nich przede wszystkim o udowodnienie możliwości skonstruowania
napędu elektrograwitacyjnego, a nie udzielenie odpowiedzi na pytania związane z NOLami.
Mimo iż Brown przejawiał głębokie zainteresowanie NOLami i wykorzystywaną przez nie
technologią, czego dowodzi założenie przezeń w roku 1956 NICAP-u, to jednak jego mocno
ograniczone fundusze i kłopoty z uwiarygodnieniem swoich teorii sprawiły, że unikał
sytuacji, które mogłyby sugerować, że jego prace są inspirowane przez zjawisko UFO.

Jeśli chodzi o UFO, należy pamiętać że jednym z głównych problemów, jakie napotkał Brown w
przypadku swoich „powietrznych folii” (Grawitora), jest to, że nigdy nie udało mu się
uzyskać odpowiednio dużej siły nośnej, która pozwoliłaby na wzniesienie nad ziemię razem z
pojazdem źródła energii mającego odpowiednią moc - jego modele zawsze były uwiązane do
źródła zasilania. Jeśli komuś innemu, czy to w Nevadzie, czy „gdzieś tam”, udało się
rozwiązać ten problem, to możliwości zastosowania takiego napędu mogą być naprawdę
interesujące! Kończąc, należy podkreślić, że tego rodzaju napęd posiadałby wszelkie cechy
charakterystyczne dla obiektów zwanych popularnie UFO.

Przełożył Jerzy Florczykowski

1. Żeński odpowiednik znanej w Polsce jeszcze z czasów przedwojennych YMCA (Young Men's
Christian Association - Chrześcijańskie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej). - Przyp. tłum.

Bibliografia:

1. Akta 24/185 - Raport z badań marynarki wojennej dotyczących elektrograwitacyjnego

urządzenia konstrukcji Townsenda Browna oraz z związana z tym korespondenncja. Przepisane

i przekopiowane z oryginalnego mikrofilmu pochodzącego z lat pięćdziesiątych.

2. Akta dotyczące życia i prac T. Townsenda Browna (biuletyn).

3. T. Townsend Brown - notatka pośmiertna, Focus, vol. 1, nr 8, październik 1985.

-=-
to samo co w tekście - plus obrazki:

T.Townsend Brown - Czarodziej Elektrograwitacji

http://pl.scribd.com/doc/148732414/T-to ... grawitacji

albo

http://www.pdf-archive.com/2013/06/19/t ... -brown.pdf

-=-
po polsku info na temat antygrawitacji i autora:
[eksperyment filadelfijski]
http://www.swietageometria.darmowefora. ... 301.0;wap2

http://www.roswell47.pl/antygrawitacja.html


po angielsku:

http://www.bibliotecapleyades.net/cienc ... ions25.htm

http://electrogravityphysics.com/townse ... apacitors/

http://www.ttownsendbrown.com/entrance.html

What is Electrogravitics and Has It Been Validated - Free
http://jnaudin.free.fr/lifters/files/El ... Valone.pdf

_________________
doświadczenie jest prawdziwe wewnątrz pudełka,ale samo pudełko już nie



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 

UDOSTĘPNIJ:

Share on Facebook FacebookShare on Twitter TwitterShare on Tuenti TuentiShare on Sonico SonicoShare on FriendFeed FriendFeedShare on Orkut OrkutShare on Digg DiggShare on MySpace MySpaceShare on Delicious DeliciousShare on Technorati TechnoratiShare on Tumblr TumblrShare on Google+ Google+

: 19 cze 2013, 13:58 
Offline
VIP Member
Awatar

Rejestracja: 17 kwie 2009, 22:37
Posty: 10000
Lokalizacja: PL



Na górę
   
 
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 

Strefa czasowa UTC [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Nowości Nowości Mapa Strony Mapa Strony Index Mapy strony Index Mapy strony RSS RSS Lista kanałów Lista kanałów | Powered by phpBB © 2007 phpBB3 Group