Zaloguj się
Nazwa użytkownika:   Hasło:   Loguj mnie automatycznie  
Dzisiaj jest 06 cze 2020, 4:59

Strefa czasowa UTC [letni]





Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 19 ] 
Autor Wiadomość
Post: 27 wrz 2010, 13:00 
Offline
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 lut 2010, 23:29
Posty: 1780
Płeć: mężczyzna
Cytuj:
Załącznik:
vimana_uboot.jpg

Wprowadzenie

Kilka lat przed II wojną światową, w latach 1934-43, członkowie mistycznego niemieckiego towarzystwa "Thule" (do którego należał podobno także Adolf Hitler) oraz szereg ekspedycji naukowych rozpoczęli poszukiwania śladów pozostawionych przez obcą cywilizację, jak i poszukiwań pradawnej wiedzy tajemnej. Poszukiwania te prowadzono przede wszystkim w Tybecie, gdzie skupiono się na poszukiwaniu ukrytych w górach, jak i w hinduskich oraz tybetańskich klasztorach, starożytnych bibliotek, ale skupiono się też na poszukiwaniu legendarnego miejsca - Shangri-La (znanego też jako Shambala; miało to być wg starohinduskich legend podziemne miasto stworzone przez "bogów" z nieba przybyłych przed wiekami, którzy pozostawili w tym mieście swoją wiedzę - źródło: A. Thomas "Shambala", Wyd. Sphere Books, 1977). Aspekt niemieckich badań w Tybecie w latach 1934-1943 kierowanych przez dr Ernsta Schaefera z "Deutsches Ahnenerbe", oficera SS wysokiej rangi, jest dość dobrze znany ze względu na to, że większa część dokumentów trafiła po wojnie do "National Archives" w Waszyngtonie. Sporo dokumentów nadal jest jednak nieznanych.

Być może Niemcy odkryli Shangri-La, o ile ona istnieje . I być może znaleźli też gotowy pojazd, "vimanę", o której piszemy niżej...

Ekspedycje prowadzono także na Bliskim Wschodzie oraz w Ameryce Południowej. Poszukiwania te prowadzono z inicjatywy Heinricha Himmlera.
Do dzisiaj wiele starożytnych księgozbiorów pozostaje jeszcze ukryta w górskich jaskiniach. Do wielu bibliotek do dzisiaj mnisi nie dopuszczają obcych. Dla przykładu: w 1900 roku odkryto księgozbiór ukryty w Tybecie w górskiej jaskini. Większość księgozbioru to kopie księgozbioru napisanego w nieznanym zupełnie języku mające conajmniej kilkusetletnie pochodzenie, o ile nie starsze (R. Mooney "Gods of air and darkness". Wyd. Stein and Day, 1975).
Niemcy byli doskonale zorientowani w kierunku poszukiwań, które stały się sprawą wagi państwowej. Jak ważne były to poszukiwania świadczy fakt zainstalowania przez Stany Zjednoczone rezydentury służby specjalnej OSS w Tybecie. W 1942 roku Amerykanie podobno starali się ubiec Niemców w znalezieniu przez nich informacji, które miały na pewno wartość strategiczną i przeprowadzili ekspedycję kierowaną przez Ilia Tołstoja (podstawowy cel tej misji: zbadanie nastrojów na "dachu świata" - Tybet rozpatrywany był jako strategiczna trasa zaopatrzeniowa dla koalicji antyjapońskiej, ale czy tylko ten cel był podstawowym zadaniem misji?).

Jakie to były informacje, że mogły mieć one taką wartość dla amerykańskiego wywiadu, o ile rzeczywiście OSS starał się pozyskać informacje z tej dziedziny?

Informacje zawarte w starych pismach tybetańskich i hinduskich (napisanych w sanskrycie, języku literackim starożytnych i średniowiecznych Indii) zawierały dokładne instrukcje i szczegóły budowy napędu antygrawitacyjnego. Przykładem tego jest m.in. znane szeroko starożytne dzieło "Vimaanika Shastra", które najprawdopodobniej opisuje budowę pozaziemskich maszyn latających. Jej angielskie tłumaczenie pojawiło się jeszcze przed intensywnymi niemieckimi poszukiwaniami w Tybecie. Wiele opisów znajdujących się w "Vimaanika Shastra" jest nadal niezrozumiałych (nie wiadomo, czy Niemcy odkryli znaczenie wszystkich opisów, ale wszystko wskazuje na to, że tak i nie tylko w tym tekście). "Vimaanika Shastra" opisuje głównie budowę maszyn latających tzw. "viman". W tym tekście są też rozdziały poświęcone m.in. sposobom przygotowania posiłków na czas lotu (!). Większość jednak opisów jest charakterystyczna dla relacji sporządzonych przez kogoś kto nie do końca rozumiał sens tego co widział. To mniej więcej tak, jakby ktoś np. żyjący 500 lat temu miał opisać samolot i istotę jego działania. Oto fragmenty opisów (znaczenie niektórych słów jest nadal nieznane):

"(...) Poprzez przewody powinny zostać doprowadzone do pojemnika z kwasem siarkowym. Tworzą potem trzy siły, nazwane: marthanda, rowhinee, bhadra. Marthanda shakti powinna być doprowadzona do kamienia - ładunku, rtęci, miki i płynu wężowego. (...) Po uruchomieniu dużego koła, koła sandhi w naala - dandas również zaczną się obracać z dużą prędkością a prąd doprowadzony najpierw do pięciobocznej keelaka, a potem do zbiornika z olejem nabierze mocy i przechodząc przez dwie naalas rozkręci wszystkie koła w kolumnie do potężnej prędkości, generując prędkość 25000 linkas, która pozwoli vimanie pokonać 105 krosa lub prawie 250 mil w ciągu ghatika /24 minuty/ (...) Konstrukcja musi być wykonana tak, aby była mocna i wytrzymała, jak wielkiego latającego ptaka, z lekkiego materiału. Wewnątrz należy zainstalować silnik rtęciowy, z żelaznym aparatem podgrzewającym poniżej. Dzięki mocy zawartej w rtęci, która tworzy wir napędzający, człowiek siedzący wewnątrz może pokonywać ogromne odległości na niebie w najbardziej wspaniały sposób".

Ten powyższy fragment pochodzi z najbardziej miarodajnego, angielskiego tłumaczenia "Vimaaniki Shastry", dokonanego przez prof. G.R. Josyera, dyrektora Międzynarodowej Akademii Badań Sanskrytu (I. Witkowski "Supertajne bronie..." cz. 3, str. 91-94).

Nie można wykluczyć, że Niemcy dotarli do opisów, które po przetłumaczeniu były bardzo dokładnymi instrukcjami budowy viman. Wiele innych starożytnych opisów mogło zawierać wiedzę o dziedzinie nauki i techniki, która mogła pozwolić Niemcom wyprzedzić cały świat o ponad 50 lat (jak nie więcej, gdyż szereg dokonań niemieckich nadal pozostaje nieznanych lub są one nie do przyjęcia w świetle dzisiejszej nauki).

Jest to może trudne do uwierzenia, ale kiedy tuż po wojnie indyjscy specjaliści poproszeni zostali o przetłumaczenie i analizę tybetańskich manuskryptów, po zakończeniu badań oświadczyli oni, że starożytne pisma zawierają szczegółowe plany budowy statków kosmicznych o napędzie antygrawitacyjnym! Pisma te zawierały jeszcze m.in. szczegóły podróży na Księżyc. Indyjscy naukowcy swoje sceptyczne nastawienie do tego co przetłumaczyli i zanalizowali natychmiast zmienili po tym, kiedy to okazało się, że Chiny zamierzają wykorzystać tą wiedzę przy realizacji chińskiego projektu kosmicznego (D.H. Childress "Vimana aircraft..."; Wyd. Adventures Unlimited Press, 1995 i R. Charroux "The Gods Unknown"; Wyd. Berkley Books, 1969).

O tym, że Niemcy mogli dysponować tą wiedzą już w czasie II wojny światowej (a nawet przed) może świadczyć fakt utrzymywania bardzo dobrych stosunków na linii Berlin-Lhasa i wizyty tybetańskich mnichów w Berlinie (pięć dni przed śmiercią Hitlera w Berlinie [co nie jest tak do końca pewne] sowieccy żołnierze znaleźli w jednym ze schronów ciała 6 buddyjskich mnichów, którzy popełnili zbiorowe samobójstwo. Prawdopodobnie najważniejszy z nich, w nietypowych zielonych okularach (!) określany był jako "Strażnik klucza" (P. Monn "The Black Sun, Montaauk's Nazi - Tibetan Connection". Wyd. Sky Books, 1997).


Badaniom nad nowym rodzajem energii, mogącej mieć zastosowanie w generowaniu sztucznej grawitacji patronował sam Rudolf Hess, zastępca i prawa ręka Hitlera.

W ostatnim czasie wyszła m.in. jeszcze jedna sprawa. Odnaleziono (odtajniono?) pewne bardzo ambitne niemieckie plany z okresu II wojny światowej. Jak były one ambitne należy ocenić samemu. Są to bowiem szczegółowe plany budowy ogromnej stacji kosmicznej opracowane w zakładach Zeppelina pod kryptonimem "Andromeda-Gerat"...
Załącznik:
andromeda_gerat.jpg

Program "Chronos" był najtajniejszym programem ze wszystkich prowadzonych w III Rzeszy oraz posiadał najwyższy priorytet. W ramach tego programu skonstruowano urządzenie (generator elektrograwitacyjny), które było silnikiem antygrawitacyjnym napędzającym statki powietrzne, a działające na zasadzie przeciwbieżnie wirujących mas z olbrzymią prędkością, najczęściej w formie dysków. Program "Chronos" był w pewien sposób powiązany z techniką jądrową. Jak daleko Niemcy byli posunięci w badaniach nad fizyką antygrawitacji niech świadczy fakt ukazania się w Niemczech pierwszej pracy na ten temat "O grawitacji, wirach i falach w poruszających się ośrodkach" już w 1931 roku (O.C. Hilgenberg "Uber Gravitation, Tromben und Wellen in bewegten Medien", 1931).

Powyższą część artykułu opracowano przede wszystkim na podstawie "Supertajnych broni Hitlera" Igora Witkowskiego - bibliografia na końcu artykułu. Źródła w tekście za Igorem Witkowskim.

Szczegółowa analiza przeznaczenia urządzenia antygrawitacyjnego w świetle dostępnych publikacji naukowych znajduje się w części pierwszej oraz trzeciej cyklu "Supertajne bronie Hitlera" p. Igora Witkowskiego.
POLECAMY!

Współczesne badania naukowe stwierdzają wyraźnie, że stała grawitacji nie jest stała dla wszystkich ciał. Ciała o większej masie atomowej, ale przy tej samej masie całkowitej przyciągane są słabiej, czyli spadają dłużej. Tak więc stała grawitacji, obliczona na początku XX wieku wcale nie jest stała.


Nowa Szwabia

Historia niemieckich wypraw badawczo-naukowych sięga 1873 roku, kiedy to sir Eduard Dallman z ramienia nowo powstałego Niemieckiego Towarzystwa Badań Polarnych na swoim statku "Groenland" odkrył nową drogę do wybrzeży Antarktydy. W przeciągu następnych sześćdziesięciu lat Niemcy przeprowadzili jeszcze dwie poważne ekspedycje badawczo-naukowe. W 1910 roku na statku "Deutschland" (ekspedycja dowodzona przez Wilhelma Filchnera) oraz w 1925 roku na specjalnym statku przeznaczonym do badań polarnych "Meteor" pod dowództwem dr. Alberta Metza.

W latach 1938-1939 III Rzesza zorganizowała wyprawę na Antarktydę, nad którą protektorat objął Hermann Goering. W skład ekspedycji wchodziło 82 osoby. Większość stanowili naukowcy i specjaliści. Ekspedycją kierował doświadczony polarnik kapitan Alfred Ritscher.

Zespół otrzymał duży statek handlowo-pasażerski m/s "Schwabenland" o pojemności 8000 ton. Na pokładzie statku zainstalowano katapultę, mogącą wystrzeliwać dwa znajdujące się w ładowniach duże samoloty wodnopłatowe typu Dornier (o nazwach własnych: "Passat" i "Boreas"), mogące utrzymywać się w powietrzu przez ponad 15 godzin. Były to samoloty zaprojektowane do obsługi transatlantyków.

Przebudowa tego statku do polarnego rejsu w hamburskiej stoczni kosztowała olbrzymie na ówczesne czasy pieniądze: ponad milion marek niemieckich!

"Schwabenland" odpłynął z Niemiec 17 grudnia 1938 roku. Po miesiącu podróży dotarł do wybrzeży Ziemi Królowej Maud na Antarktydzie. 20 stycznia przeprowadzono pierwszy lot zwiadowczy nad tym obszarem Antarktydy, a do końca lutego wykonano jeszcze siedem wielogodzinnych lotów badawczych.

Ziemia Królowej Maud została przemianowana na Nową Szwabię (Neuschwabenland). Niemieckie samoloty zrzuciły olbrzymią ilość tablic i flag hitlerowskich informujących o zajęciu tego obszaru przez III Rzeszę.

Była to pierwsza kolonia III Rzeszy, o której znaczeniu nadal niewiele wiadomo, a naukowe wyniki badań przeprowadzonych przez Niemców nadal nie są do końca znane. Na pewno Niemcy odkryli potężne łańcuchy górskie o wysokości do 4000 metrów oraz odkryli istnienie działu lodowego przedzielającego Antarktydę, co dało kolejny argument zwolennikom teorii mówiącej o tym, że Antarktyda nie jest jednolitym lądem (patrz też: mapa Piri Reisa).

Dopiero na mocy traktatu z 1959 roku Nową Szwabię przemianowano na Ziemię Królowej Maud (nazwę otrzymały też wybrzeża: Wybrzeże Księżniczki Marty i Wybrzeże Księżniczki Ragnhildy). Ale i tak duża część map wydanych po tym okresie nadal ma niemieckie nazwy geograficzne, świadczące o ich badaniach na tym terenie np. Ziemia Ritschera, Góry Muehliga-Hoffmana czy Masyw Wohltat.

Niemieckie badania naukowe były tylko przykrywką dla wojskowych celów wyprawy, niemniej jednak były to najlepiej przeprowadzone do tej pory badania tego obszaru. Wykonano m.in. zdjęcia 600 tysięcy kilometrów kwadratowych tego terenu (około 11 tysięcy zdjęć wykonano za pomocą specjalnych aparatów firmy Zeiss o nazwie Reihenmessbildkamera RMK 38"), co poświadczają mapy niemieckich badań.

Zastanawiające jest to, że do dzisiaj naukowcy w swoich opracowaniach zawężają obszar poznany przez Niemców do niewiele ponad 300 tysięcy kilometrów. Co chcą w ten sposób ukryć?

12 sierpnia 1939 roku Niemcy wydały dekret o utworzeniu wewnątrz sektora norweskiego -antarktycznego sektora niemieckiego. Zachował się list Hermanna Goeringa gratulującego kierownictwu wyprawy sukcesu wyprawy... (Ch. Friedrich, "Hitler am Sudpol" - przyp. autorów).

Część powyższych informacji dotyczących Nowej Szwabii zostało zaczerpniętych z książki "Zdobywcy Białego Lądu" wydanej w latach pięćdziesiątych, napisanej przez najwybitniejszego polskiego badacza Antarktydy - profesora Jacka Machowskiego. Dowiedzieć się tam można jeszcze jednej bardzo istotnej rzeczy: z bazy (prawdopodobnie o kryptonimie "211"?) znajdującej się w Nowej Szwabii (a może była jeszcze jedna baza w głębi lądu zbudowana pod ziemią?) korzystały niemieckie okręty korsarskie (rajdery) oraz U-booty. Wyjaśnia to fakt możliwości operowania tych okrętów ponad 20000 kilometrów od Niemiec. Oczywiście istniały statki zaopatrujące te okręty, niemniej jednak wiele jest niejasności dotyczących tego zagadnienia. Jeszcze długo po zakończeniu II w.ś. niemieckie U-booty patrolowały ten obszar. Dla przykładu: U-977, typ VIIC, wpłynął do argentyńskiego portu Mar del Plata (z wywieszoną piracką flagą) dopiero 17 sierpnia 1945 roku (czyli prawie 100 dni po oficjalnym zakończeniu II w.ś. w Europie! - rejs do Argentyny powinien trwać około 3 tygodni tj. ok. 21 dni). Ale już za to Clair Blair w książce "Hitlera wojna U-bootów" tom II (1999), podaje, że m.in. U-977 przez rekordową liczbę 66 dni w czasie rejsu do Argentyny nie wychodził z zanurzenia, płynąc dziennie przez zaledwie 4 godziny. Resztę rejsu płynął na jednym silniku. Tym samym jego rejs rzeczywiście mógł trwać ponad 3 miesiące. Był to jeden z dwóch U-bootów, które oficjalnie ujawniły się w argentyńskim porcie (drugim był U-530, typu IXC/40, w pełni zaopatrzony i również bez żadnego ładunku...). Do niedawna uważano, że były to jedyne okręty, które dopłynęły do wybrzeży Argentyny po kapitulacji III Reszy. Nie jest to jednak prawda.

Być może któryś z U-bootów (raczej na pewno nie "pechowy" U-977) przywiózł do Argentyny Adolfa Hitlera (wskazuje na to kilka śladów w wielu źródłach i dokumentach), ale to zupełnie inna historia...
U-booty były widziane u wybrzeży Argentyny jeszcze w 1946 roku! W archiwach NATO znajdują się dokumenty i zdjęcia tych okrętów podwodnych (Ch. Friedrich "Secret Nazi Polar Expeditions...", 1979).
Do dzisiaj nieznane są losy około 100 (!) niemieckich U-bootów z okresu ostatnich tygodni wojny. Spora część z nich to okręty podwodne typu XXI wyprzedzających swoją epokę o kilkanaście lat.
Jakie zadania wykonywały U-977 i U-530 w czasie ich ostatnich rejsów? Gdzie dokonały uzupełnienia zapasów, o ile ten fakt miał miejsce? Co naprawdę przewoziły pod pokładem?


Wilhelm Bernhardt, współautor (drugi z autorów to Howard Buechner) poczytnej powieści "Adolf Hitler and the Secrets of the Holy Lance" (1988), który przedstawia siebie jako jednego z członków załogi U-530, utrzymuje, że przed przybyciem do Argentyny na pokładzie znajdowało się "sześć powleczonych ołowiem skrzyń z brązu", zawierających "najcenniejsze skarby" III Rzeszy. Okręt U-530, wg Bernhardta, skrzynie te miał pozostawić na Antarktydzie... Wspomina także, że U-977 popłynął wpierw na Antarktydę, gdzie zostawił "urnę" z prochami wodza III Reszy i "skrzynie ze skarbami"...

Za to dowódca U-977, Heinz Schaeffer, w swojej książce "U-boat 977" opublikowanej w 1952 zdecydowanie utrzymywał, że jego okręt ani Hitlera nie przewoził ani nie dotarł do Antarktydy (po uzyskaniu wolności Schaeffer wyjechał ze Stanów Zjednoczonych, gdzie był przetrzymywany - do Argentyny - pozostał tam do końca życia).

Tajne bazy zaopatrzeniowe Niemcy zakładali także na wybrzeżu Argentyny. Jednak w przypadku Nowej Szwabii istotne jest to, że była to ziemia niczyja, znajdująca się zdala od obszaru zainteresowania aliantów, w klimacie sprzyjającym przechowywaniu żywności i paliwa. Obszar ten był odgrodzony od oceanu barierą lodu pływającego oraz w dużej mierze pozbawiony lodowca ze względu na przebiegający tam łańcuch wulkaniczny i naturalne geologiczne źródła ciepła. Antarktyda jest najbardziej niedostępnym lądem, otaczają ją bowiem najburzliwsze wody świata, bariery i góry lodowe. Niewykluczone, że Niemcy wybudowali tam głęboki kompleks podziemny, a prawdopodobnie były tam dwie lub trzy bazy w głębi lądu. W czasie II wojny światowej obszar wybrzeży Nowej Szwabii był także rzekomo stale dozorowany od strony oceanu przez dwa okręty Kriegsmarine.

Informacje, które publikuje p. Igor Witkowski w trzeciej części "Supertajnych broni Hitlera" wskazują także, że III Rzesza wykorzystywała archipelag wysp Kerguelen znajdujących się około 2000 km od północnych wybrzeży Antarktydy, a zaliczający się do Antarktyki. Według oficjalnych badań archipelag ten nie był zamieszkany aż do 1949 roku. Wiadomo jednak, że Niemcy stworzyli tam tajną bazę okrętów podwodnych, której zapasy były stale uzupełniane (J. Machowski "Zdobywcy Białego Lądu").

Admirał Karl Doenitz w wypowiedzi z 1943 roku podkreślił, że: "Niemiecka flota podwodna jest dumna ze zbudowania dla Fuehrera, w innej części świata Shangri-La na lądzie, niezwyciężonej fortecy" (P. Monn "The Black Sun, Montauk's Nazi - Tibetian Connection". Wyd. Sky Books, 1997).
Czy Doenitz mógł mieć na myśli niemiecką tajną bazę w Nowej Szwabii?
Tuż po zakończeniu II wojny światowej teren ten stał się bardzo "interesujący" dla aliantów. Amerykanie na wody Antarktydy wysłali potężny zespół uderzeniowy z lotniskowcem na czele...



A-7

Zanim omówimy znane szczegóły tej operacji dokończmy temat niemieckich urządzeń o napędzie antygrawitacyjnym (A-7).
Prace nad pierwszym statkiem latającym Vril-1 rozpoczęto już na początku lat dwudziestych w Augsburgu. W 1934 roku w powietrze wzniósł się pierwszy statek powietrzny RFZ-1 (Rundflugzeug-1) o średnicy pięciu metrów. Po wzniesieniu się na wysokość około 60 metrów pilot Lothar Waiz utracił nad nim kontrolę i rozbił pojazd, sam bezpiecznie opuszczając kabinę. Wkrótce zbudowano ulepszony statek RFZ-2, który miał średnicę prawie 20 metrów. Co ciekawe nie mógł on zakręcać po łuku, tylko wykonywał skręty i zwroty pod kątem 22,5 i 45 oraz 90 stopni! Tym samym uznano, że nie znajdzie on zastosowania bojowego. Pojazd ten ochrzczony jako Vril-2 podczas lotu emitował poświatę, co w połączeniu z jego ostrymi skrętami daje charakterystykę obserwowanych od lat czterdziestych niezidentyfikowanych obiektów latających. Zaobserwowane pod koniec wojny przez amerykańskich i brytyjskich pilotów "kule ognia" (być może były to V-7), "foo-fighters", zakłócały także pracę silników i urządzeń radarowych. Kolejne podobieństwo do zjawisk towarzyszących NOL-om.

Budową i badaniami prototypów wykorzystujących napęd antygrawitacyjny (elektrograwitacyjny) zajmowała się specjalna placówka SS-Entwicklunstelle-IV (SS-E-IV). Wkrótce placówka ta opracowała znacznie większe statki powietrzne. Latem 1939 roku nad supertajnym poligonem SS wzniósł się w powietrze Haunebu-I o średnicy 25 metrów, a niedługo potem jeszcze doskonalszy statek: Haunebu-II o średnicy około 30 metrów. Haunebu-II posiadał 4 generatory elektrograwitacyjne (jeden duży - środkowy i trzy mniejsze - stabilizujące). Pojazd ten rozwijał prędkość do 6000 (sześciu tysięcy) km/h.

Zimą 1942 roku opracowano myśliwską wersję Vril-1, która uzbrojona była w działka kalibru 30 mm oraz karabiny maszynowe.
Załącznik:
vril_1_jaeger.jpg

Pod koniec wojny opracowano najdoskonalszy statek - Haunebu-III. Powstał tylko jeden prototyp. Wykonał on 19 lotów podczas których testowano jego właściwości w czasie lotu. Mógł on pomieścić w swoim wnętrzu aż 32 ludzi i rozwijać prędkość10 Machów (ok. 12000 km/h)!

Już w marcu 1945 roku zakłady lotnicze Dorniera otrzymały zamówienie na produkcję seryjną Haunebu-II (P. Moon "The Black Sun, Montauk's Nazi - Tibetian Connection". Wyd. Sky Books, 1997).
Pewne ślady wskazują na to, że zachowane statki o napędzie antygrawitacyjnym zostały ewakuowane na Antarktydę...
Napęd wykorzystywał jako paliwo zjonizowaną parę rtęci - plazmę. Wiadomo jest, że w związku z prowadzonymi badanami Niemcy sprowadzili jej ponad kilkadziesiąt ton. Igor Witkowski, niezmordowany badacz i wybitny tropiciel hitlerowskich tajemnic, znalazł informację o transporcie rtęci, który miał opuścić Niemcy wewnątrz U-boota U-859. Okręt ten wypłynął z Niemiec w kwietniu 1944 roku i został zatopiony w cieśninie Malakka. Jego ładunek został wydobyty dopiero w latach siedemdziesiątych i okazało się wtedy, że są to... aż 33 tony rtęci. Ze względu na temat tego artykułu, arcyciekawa jest informacja, że ładunek ten miał podobno dotrzeć na Antarktydę... (Ch. Friedrich "Secret Nazi Polar Expeditions...:, 1979).

U-859
podwodny krążownik typu IXD2
numer stoczniowy: 1065
stocznia: Deschimag AG Weser (Bremen)
data wodowania: 2 marca 1943
wcielony do służby: 8 lipca 1943
data zatopienia: 23 września 1944
wyporność nawodna: 1616,0m 3
wyporność podwodna: 1804,0 m3
długość całkowita: 87m 580 mm
szerokość maksymalna: 7,5 m
napęd nawodny: 2 silniki wysokoprężne MAN M9 V 40/46, moc: 2x2200 KM.
napęd marszowy: 2 silniki wysokoprężne MWM RS 34,5 S, moc: 2x500 KM.
napę podowdny: 2 GU 345/34, moc: 2x500 KM.
maksymalna prędkość nawodna: 19,2 w.
maks. prędk. podwodna: 6,9 w.
zasięg maksymalny: 27 700 mil morskich przy prędkości 12 w (43 900 km!).
uzbrojenie: 4 wyrzutnie dziobowe, 2 rufowe, zapas 24 torped lub 72 min TMB, artyleria: 1x3,7 cm, 2 x 2 cm Zwilling.
załoga: oficerów - 7, marynarzy - 53.
Okręty typy IXD2 mogły zabierać łącznie 216200 kg ładunku strategicznego.
Służba:
lipiec 1943-marzec 1944: 4. U-Fl. (etap szkolenia załogi, rejsy szkolne, sprawdzanie urządzeń i uzbrojenia);
kwiecień-wrzesień 1944: 12. U.-Fl. (rejs bojowy).
Zatopienia: 3, tonaż: 20853 BRT.
Dowódca: Kptlt. Johann Jebsen (lipiec 1943-wrzesień 1944), 27-letni Jebsen na koncie miał zatopienie lekkiego krążownika brytyjskiego Naiad (5500 ton), kiedy dowodził U-565.
Kwadrat zatopienia wg kodu Kriegsmarine: LF
Pozycja zatopienia: 05 stopni 46' N / 100 stopni 04' O, zatopiony na Oceanie Indyjskim na wodach Cieśniny Malakka w rejonie Penang torpedą brytyjskiego okrętu podwodnego Trenchant, zginęło 47 członków załogi, w tym dowódca, 1 oficer dostał się do niewoli, 8 marynarzy wyłowili Japończycy z jednostek eskortowych, które wypłynęły na spotkanie U-859.

U-859 wypłynął w pierwszą misję bojową 4 kwietnia 1944 roku z Kilonii. Wcześniej przeszedł on naprawy w stoczni po poważnych uszkodzeniach, których doznał w trakcie nalotu alianckiego na Bremę. W Kristiansund uzupełniono paliwo i prowiant. W początkowej fazie towarzyszył mu U-1224, podarunek Hitlera dla Japończyków (z japońską załogą oraz niemieckim oficerem nawigacyjnym i operatorem urządzeń radarowych). 23 września, po 173 dniach rejsu, U-859 znajdował się ok. 150 mil morskich od niemieckiej bazy U-bootów w Penang (tam miał uzupełnić paliwo i prowiant przed dalszym rejsem). Tego dnia został zatopiony przez brytyjski okręt podwodny. Uratowani członkowie załogi zeznali, że okręt miał jeszcze 17m3 paliwa do silników wysokoprężnych.
U-859 był pierwszym U-bootem wyposażonym w Schnorchel, wykonującym zadania na Oceanie Indyjskim.
W 1972 roku wrak został spenetrowany przez przedsiębiorstwo ratownictwa morskiego, które wydobyło z wraku 30 ton rtęci o wartości 17,7 miliona dolarów.

1) W. Trojca, "Encyklopedia Okrętów Wojennych. U-Bootwaffe 1939-1945 cz.3", Wyd. AJ-Press, 1999.
2) C. Blair, "Hitlera wojna U-bootów..." tom II, Wyd. Magnum, 1999.

Pracami nad statkami o napędzie antygrawitacyjnym zajmował się też z osobistego polecenia Hitlera profesor Viktor Schauberger.
Schauberger oprócz wspomnianego wyżej urządzenia skonstruował szereg interesujących urządzeń m.in. wykorzystującej nieznany wówczas (i dzisiaj także, gdyż zachowana dokumentacja została częściowo zniszczona, a to co ocalało zostało wywiezione do USA) rodzaj energii elektrograwitacyjnej, "implozyjnej" wodnej turbiny napędowej. Najnowsze badania wskazują, że urządzenie, które zaprojektował profesor Schaubereger, a które napędzane specjalną turbiną wodną po uruchumieniu nie potrzebowało już żadnej zewnętrznej energii, faktycznie jest możliwe do skonstruowania. Ma to cechy "perpeetum mobile" i tak jest faktycznie. Ale ponieważ dzisiejszym światem rządzą ci, którzy mają w ręku ropę naftową - podstawowy element wytwarzania energii na Ziemi, tym samym dyktują losy świata i nie są zainteresowani udostępnieniem sukcesów Schaubergera i wielu innych naukowców... (O. Alexandersson "Living Water - Viktor Schauberger and the secrets of natural energy". Wyd. Gateway Books, 1990).

Jeden z latających dysków skonstruowanych przez Schaubergera osiągnął wysokość 15000 metrów w zaledwie trzy minuty oraz prędkość poziomą rzędu 2200 km/h. Wykazywał on interesujące cechy - po uruchomieniu napędu zaczynał pulsująco świecić w kolorze niebiesko-zielonym, a później w kolorze "biało-srebrzystym" jak określił to sam konstruktor. Zespół naukowy Schaubergera był pewien, że przy takich parametrach istniejące w dysku przeciążenie zabije każdego pilota. Aby sprawdzić, jak jest one wielkie zainstalowano na pokładzie dysku urządzenie mające dokonać pomiaru. Jakież było zdziwienie naukowców, kiedy okazało się, że przeciążenie to ma wartość 0,5 g, a więc jest pół raza mniejsze od przyciągania ziemskiego!

Ewakuacja

W ewakuacji urządzenia napędowego tzw. "Dzwonu" (die Glocke) oraz szeregu innych urządzeń (być może prototypów broni "XXI wieku" m.in. broń laserowa, pociski manewrujące, rakiety A-4, etc. i ich planów budowy) wykorzystany został samolot dalekiego zasięgu Ju-390, który przewyższał pod każdym względem większość (o ile nie wszystkie) ówczesnych konstrukcji alianckich. W wersji bombowej mógł przenosić 10 ton bomb na odległość 9000 km. Istniały tylko dwa takie samoloty. Pierwszy przebudowano na latającą cysternę, która mogła przenosić do 31125 litrów paliwa. Drugi Ju-390 przebudowano na morski samolot rozpoznawczy. Mógł on wykonywać loty trwające do 32 godzin, czyli prawie półtorej doby! Był to jedyny samolot, który w czasie II wojny światowej wykonał lot z Niemiec do Japonii (nad biegunem północnym). Wykonał on także z bazy we Francji lot rozpoznawczy do Stanów Zjednoczonych. Znalazł się on wtedy w odległości 20 km od Nowego Jorku i niewykryty powrócił bezpiecznie do bazy.
Najprawdopodobniej "Dzwon" został wywieziony do Argentyny, a część innych urządzeń, które przewiózł Ju-390 (prawdopodobnie z oznaczeniami szwedzkich sił powietrznych) via Argentyna znalazła się być może także w Nowej Szwabii.

Junkers Ju-390

Dane techniczne
Długość: 34,20 m
Rozpiętość: 50,30 m
Wysokość: 6,98 m
Silniki: 6 * BMW-801E
Masa własna: 36 900 kg
Masa startowa: 75 500 kg
Prędkość maksymalna: 505 km/h
Prędkość przelotowa: 430 km/h
Zasięg działania bojowego: 9700 km

Amerykańskie operacje wojskowe
na Antarktydzie


Ciąg dalszy II wojny światowej?

Przygotowania do wielkiej operacji wojskowej na Antarktydzie Stany Zjednoczone rozpoczęły tuż po zakończeniu wojny, w rok po "poddaniu" się U-977 i przesłuchaniach załogi tego U-boota. Prawdopodobnie brutalne śledztwo wycisnęło z marynarzy dodatkowe informacje o bazie w Nowej Szwabii (brutalnie prowadzone przez Amerykanów śledztwa załóg U-bootów były wielokrotnie przedmiotem oficjalnych dochodzeń specjalnych komisji US Navy [C. Blair "Hitlera wojna U-bootów...", Wyd. Magnum, 1999 - przyp. autorów]).

Jak wielkie to były przygotowania świadczy fakt, że zespół uderzeniowy Task Force opuścił bazy w USA dopiero 2 grudnia 1946 roku. Była to operacja na niespotykaną wcześniej skalę (J. Małachowski "Zdobywcy Białego Lądu"). Znaczy to, że Amerykanie operację traktowali z całą powagą. I nie była to wyprawa na słonie morskie czy pingwiny. Głównym elementem operacji był wspomniany zespół uderzeniowy z lotniskowcem "Phillipine Sea" oraz niszczycielami, dwoma transportowcami wodnosamolotów i okrętem podwodnym (razem co najmniej 14 okrętów). Na pokładach znajdowało się ok. 4000 ludzi, w tym ok. 3500 oficerów, marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, około 300 pracowników cywilnych i 25 naukowców. Główny sprzęt rozpoznawczy Amerykanów stanowiły samoloty C-47 Dakota z kamerami, aparatami fotograficznymi i holowanymi magnetometrami. Magnetometry były urządzeniami, które z powodzeniem wykrywały U-booty na Atlantyku. Mogły też wykryć anomalie magnetyczne (metalowe instalacje lub pole elektromagnetyczne) pod skorupą lodu lub pod warstwą skał...

Oficjalnie amerykańskie dowództwo głosiło, że jest to wyprawa mająca na celu sprawdzenie funkcjonowania sprzętu wojskowego w ekstremalnych warunkach polarnych.
Dlaczego naukowcy brali udział w operacji wojskowej? Po co tak wielka ilość samolotów transportowanych aż na 3 okrętach?
I jeszcze coś. Wyprawą współdowodził znany i doświadczony polarnik Richard E. Byrd. Co ciekawe, w listopadzie 1938 roku przybył on na zaproszenie Niemców do Hamburga i pomagał rekrutować personel niemieckiej wyprawy! W Operacji High Jumping miał on już stopień admirała US Navy. Dowódcą Task Force był admirał Richard H. Cruzen.
Wśród badaczy Antarktydy mówiło się wtedy otwarcie, że Amerykanie przygotowują się do wojny na Antarktydzie. Organizowano wówczas już kolejne trzy zespoły Task Force... (C. Weetman "All about Antarctica", 1948).
Przeciwko komu Amerykanie mieli walczyć na Antarktydzie? Do końca lat 50-tych żadna armia nie była jeszcze przystosowana do walki na obszarach polarnych...
W 1947 roku Stany Zjednoczone zrezygnowały z bezskutecznych roszczeń terytorialnych do Antarktydy i zaproponowały "umiędzynarodowienie" tego kontynentu. Może Amerykanie chcieli przez to ułatwić sobie poszukiwania o charakterze militarnym.
Byrd Richard Evelyn (1888-1957)

Admirał US Navy, lotnik i najbardziej wytrawny w historii badacz polarny. W latach 1928-30 kierował pierwszą amerykańską wyprawą antarktyczną. W listopadzie 1929 roku dokonał pierwszego przelotu nad biegunem południowym (ciekawostka: ponoć wcale nie doleciał do bieguna tylko krążył nad jakimś obszarem Antarktydy daleko od bieguna, sfałszował dziennik lotu i wraz z towarzyszem kłamał potem , że przeleciał nad biegunem...). Kierował jeszcze trzema następnymi wyprawami. Po raz ostatni przebywał na Antarktydzie w latach 1955-56 (57?) w ramach przygotowań do Międzynarodowego Roku Geofizycznego.

27 stycznia 1947 roku Task Force dotarł do wybrzeży Nowej Szwabii, gdzie został podzielony na trzy zespoły. Wybudowano też bazę wypadową.
Co naprawdę zdarzyło się na Antarktydzie? Dlaczego ta "wyprawa naukowa" nadal jest objęta taką tajemnicą?
Wiadomo na pewno, że Amerykanie musieli nagle opuścić Antarktydę po kilkunastu dniach pobytu, mimo że wyprawa miała zapasy na 8 miesięcy działań. Mówiono i pisano o 4 straconych samolotach i wielu zabitych ludziach. Ich los pozostał nieznany. Oficjalnie mówiono też o wielkim sukcesie wyprawy.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych kierownictwo wyprawy zostało poddane bardzo intensywnym przesłuchaniom. Wyniki śledztwa zostały objęte ścisłą tajemnicą. Admirał Byrd został uznany za psychicznie chorego. Prawdopodobnie po to, by nikt nie dał wiary temu co widział i co się stało w czasie wyprawy na Antarktydę.
Nim Byrd uznany został za chorego psychicznie, mówił on, że odkryto miejsca na Antarktydzie, które były pozbawione lodu i były porośnięte zieloną roślinnością ogrzewaną przez ciepłe źródła pochodzenia wulkanicznego. Uznano to za oznaki choroby psychicznej (lub był to najprawdopodobniej pretekst do tego, by uznać go za chorego psychicznie)... Odkrycie to przeczyło wiedzy o tym kontynencie.
Admirał rzekomo zdążył też udzielić wywiadu dziennikarzowi, w którym powiedział: "Konieczne jest, aby Stany Zjednoczone przygotowały się do obrony przed nieprzyjacielskimi myśliwcami, które mogą przylecieć z obszarów polarnych" oraz że:"w przypadku wybuchu nowej wojny, nad Stanami Zjednoczonymi będą latać nieprzyjacielskie myśliwce zdolne przemieszczać się z jednego miejsca na drugie z niesamowitą prędkością".
Dlaczego zarządzono tak gwałtowny odwrót? W jakich okolicznościach Amerykanie ponieśli klęskę na Antarktydzie? Co naprawdę widział admirał Byrd? Dlaczego Amerykanie nie wysłali kolejnych Task Force, które tworzyli przed operacją High Jumping? Czy Niemcy użyli swoich Wunderwaffen i pokonali Amerykanów, mimo ich przewagi?

Pamiętnik Byrda zawiera ponoć informacje o tym, że w czasie jednego z lotów rozoznawczych samolotem C-47 nad Nową Szwabią, został on przechwycony przez niemieckie latające dyski i zmuszony do lądowania (przestały działać m.in. wszystkie urządzenia pokładowe C-47). Po wylądowaniu, w czasie rozmowy z Niemcami otrzymał ostrzeżenie o tym, że amerykańska wyprawa zostanie całkowicie zniszczona, jeśli nie wycofa się z powrotem do Stanów Zjednoczonych. Widać Amerykanie nie dali temu wiary i ponieśli porażkę.

Chyba nie przypadkowo lotnictwo amerykańskie w 1947 roku rozpoczęło prowadzić badania nad UFO w ramach Programu Blue Book (Grudge).
Tajne materiały (MAJIC) ujawnione przez ludzi, którzy mieli do nich dostęp informują, że od stycznia 1947 roku do grudnia 1952 Stany Zjednoczone weszły w posiadanie co najmniej 16 rozbitych lub zestrzelonych pojazdów "obcych istot". W świetle nowych materiałów dotyczących m.in. Projektu Chronos i operacji High Jumping należy być pewnym, że nie może być w tym przypadku (i bardzo wielu innych) mowy o jakichś "obcych istotach z kosmosu".
Opis i parametry znalezionego (zestrzelonego?) pojazdu w 1948 roku nad poligonem White Sands Proving Grounds (poligon rakietowy) w Nowym Meksyku jednoznacznie kojarzą się ze statkiem powietrznym Haunebu-III.
Osoby mające dostęp do najtajniejszych materiałów dotyczących zagadnienia UFO twierdzą, że znalezione w pojazdach ciała były zaliczane do obcej rasy określanej jako Nordycy wyglądający jak ludzie blondyni.

Wszyscy badacze zjawiska UFO są zgodni co do jednego: rok 1947 był przełomowy dla ufologii. Czy to nie przypadek? Zaczęło się to 24 czerwca, kiedy to pilot Kenneth Arnold zaobserwował przelot 9 dyskoidalnych pojazdów nad Górami Kaskadowymi w stanie Washington w USA. 7 lipca 1947 roku 120 km od Roswell rozbił się dyskoidalny pojazd (w Roswell znajdowała się baza sił lotniczych, będąca w owym czasie jedyną w świecie bazą bombowców zdolnych do przenoszenia broni jądrowej)...


Wojna atomowa
- ostateczne rozstrzygnięcie?


W 1950 roku Komitet Połączonych Szefów Sztabów wydał rozkazy dotyczące kolejnej wyprawy wojennej na Antarktydę. Widać Amerykanie nie mogli przetrawić tego, że zadano im klęskę (bo co innego stało się w 1947 roku?). Przygotowania opóźniła wojna w Korei i dopiero w 1954 roku mogła dojść ona do skutku. Co ciekawe na mocy rozkazu prezydenta Eisenhowera admirał Byrd został uznany za zdrowego psychicznie (!), powołany do służby czynnej i został dowódcą nowej wyprawy, której nadano kryptonim Operation Deepfreeze (Operacja Siarczysty Mróz).
Amerykanie nie kryli wcale faktu, że zamierzają tym razem użyć na Antarktydzie broni jądrowej!!!
Przeciwko komu? W jakim celu zamierzali jej użyć? W celach badawczych? Czy może raczej w celu zniszczenia niemieckiej bazy?...

Chile, Nowa Zelandia i Argentyna ostro zaprotestowały przeciwko użyciu broni jądrowej w rejonie Antarktydy (J. Machowski "Zdobywcy Białego Lądu").
Właściwie nic nie wiadomo na temat szczegółów tej wyprawy. Oficjalnie wyprawę tę zakończono w 1957 roku, a więc w Międzynarodowym Roku Geofizycznym. Admirał Byrd zmarł również w 1957 roku. Oficjalnie zmarł, a tak naprawdę może zginął na Antarktydzie?

Czy Amerykanie zniszczyli niemieckie bazy na Antarktydzie? Czy nasilenie obserwacji Niezidentyfikowanych Obiektów Latających nad Stanami Zjednoczonymi w latach 1947-1957 (słynne dwie "bitwy powietrzne nad Waszyngtonem" w 1952, pościgi, zestrzeliwania, taranowania samolotów - także pasażerskich, etc) o wyglądzie identycznym jak niemieckie statki latające Haunebu-II świadczy o tym, że była to wojna prowadzona na dwóch kontynentach? Jakie straty ponieśli Amerykanie w tej wojnie (bo był to chyba niewątpliwie ciąg dalszy II wojny światowej)?
I kto naprawdę wygrał?

Być może w czasie drugiej operacji w Antarktydzie Amerykanie zniszczyli część niemieckich instalacji i przejęli część niemieckiej technologii. Świadczą o tym relacje ludzi, którzy widzieli w amerykańskich bazach statki zbliżone (identyczne?) do Vril-1 i innych konstrukcji niemieckich, jak i szereg innych aspektów ukrywanych do tej pory (Strefa 51, Hangar 18, Groom Lake, etcetera).
Stany Zjednoczone musiały też użyć broni jądrowej na Antarktydzie. Dowodem tego są wyniki badań opublikowanych w 2000 roku w "New Scientist". Antarktyczne małże i ryby zawierają radioaktywny pluton 238 - składnik broni nuklearnych. Zdaniem naukowców substancje radioaktywne mógł przenieść wiatr, albo może zrobił to satelita NASA, który spłonął w górnych warstwach atmosfery i rozsiał substancje radioaktywne.

Może. Wszystko jest możliwe. Także to, że Niemcy zbudowali silnik antygrawitacyjny - chyba największy dotychczas wynalazek naszej cywilizacji. Pojazd wyposażony w ten silnik będzie mógł się (już może?) poruszać w kosmosie z prędkościami większymi niż prędkość światła, dzięki wykorzystaniu zakrzywienia czasoprzestrzeni występującej w czasie działania takiego urządzenia (grawitacja jest ściśle powiązana z czasoprzestrzenią, gdyż jest jej jednym z parametrów). Wszechświat stanie otworem (przelot z jednej galaktyki do drugiej może trwać zaledwie kilka godzin).
O ile Amerykanie stali się posiadaczami technologii umożliwiającej budowę pojazdów z napędem antygrawitacyjnym jest oczywiste, że mogli oni dokonać już wielu podróży w najdalsze zakątki Wszechświata. A ponieważ, jak się wydaje, sami we Wszechświecie zapewne nie jesteśmy, doszło już do niejednego rzeczywistego kontaktu z obcą (obcymi) cywilizacją. I pewnie nie była już to "obca rasa" blond Nordyków z niebieskimi oczami...
Wariant drugi: to Niemcy dokonali wcześniej już takich lotów we Wszechświecie...

Publiczne ujawnienie istnienia takiego urządzenia oraz jego możliwości zmieni cały układ polityczny i religijny istniejący na Ziemi.
Fakt, że Ziemia obraca się dookoła Słońca był skrzętnie ukrywany przez Kościół przez ponad 200 lat; ujawnienie prawdy spowodowało wtedy ogromny przewrót w Kościele, instytucjach władzy i myśleniu ludzi. A czym jest fakt, że Ziemia kręci się wokół Słońca wobec prawdy, że np. nie jesteśmy sami we Wszechświecie?...


Artykuł otrzymał przychylną recenzję magazynu
"Odkrywca" nr 12/2001



Źródła:
m.in.:
1. I. Witkowski "Supertajne bronie Hitlera", cz.1. 1998.
2. I. Witkowski "Supertajne bronie Hitlera", cz. 2. 1998.
3. I. Witkowski "Supertajne bronie Hitlera", cz. 3. Geheimprojekt "Chronos". 1999.
4. I. Witkowski "Supertajne bronie Hitlera", cz. 4. Tropem złota i ostatnich broni. 2000.
5. "New Scientist". 2000.
6. INTERNET
7. UFO Nr 2 (6). NOLe na Północnoeuropejskim Teatrze Działań Wojennych. Robert Leśniakiewicz.
8. UFO Nr 1 (13). Raport w sprawie Operacji Majestic 12. Stanton T. Friedman.
9. UFO Nr 2 (42). Czy Eisenhower lub inni prezydenci USA mieli spotkania z obcymi istotami? Gordon Creighton.

wkrótce aneks: KOLEJNE FAKTY!

Dział HYPERBOREA przygotowuje Sieć Bolivara i W. Batura
Copyright (C) W. Batura & GDL / styczeń-marzec 2001
Ostatnia aktualizacja artykułu: 26 marzec 2001
Źródła w tekście za Igorem Witkowskim

All rights reserved
Publikowanie powyższego artykułu lub jego fragmentów (jak i wszystkich znajdujących się na tej stronie WWW artykułów) podlega zasadom określonym przez ustawę o prawie autorskim.


e-mail :demon@greendevils.com.pl


http://www.greendevils.pl/rozne/hyperborea/nowa_szwabia/1_nowa_szwabia.html

phpBB [video]

phpBB [video]

phpBB [video]

phpBB [video]

phpBB [video]


Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.

_________________
Obrazek

http://www.prisonplanet.pl/



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 

UDOSTĘPNIJ:

Share on Facebook FacebookShare on Twitter TwitterShare on Tuenti TuentiShare on Sonico SonicoShare on FriendFeed FriendFeedShare on Orkut OrkutShare on Digg DiggShare on MySpace MySpaceShare on Delicious DeliciousShare on Technorati TechnoratiShare on Tumblr TumblrShare on Google+ Google+

: 27 wrz 2010, 13:00 
Offline
VIP Member
Awatar

Rejestracja: 17 kwie 2009, 22:37
Posty: 10000
Lokalizacja: PL



Na górę
   
 
 
Post: 01 paź 2010, 11:24 
Offline
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 cze 2010, 17:52
Posty: 1629
Lokalizacja: Poland
Płeć: mężczyzna
EN.KI super art! Oczywiście od lat natrafiałem na "tematyczne" informacje trochę tu, trochę tam (zbytnio się nie interesowałem) ale nigdy, przenigdy nie czytałem tak zwięzłego i treściwego opracowania obejmującego jednocześnie całość zagadnienia "od Byrda do Vrila", że tak powiem.

Literki przeczytałem (czysta przyjemność), biorę się za filmiki.

Pozdrawiam

_________________
Rzuć orgonit pod wieżę komórkową którą widzisz. Starczy.
Pod znaczy w zakresie 40-400m od niej, tak jest najlepiej.
An eye for an eye will make us all blind. M. Gandhi
Pamiętaj, że nawet najmniejszy wysiłek przyniesie korzyści w przyszłości. Tutaj nie chodzi o ideę, a o twoje życie! Warto się starać, choć w danej chwili może to wydawać się zupełnie bez sensu.
Miłość i Wdzięczność - najlepsza medytacja, modlitwa, ochrona. Patrz M. Emoto, woda.



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 24 paź 2010, 18:04 
Offline
Fellow Craft * 2nd Degree
Fellow Craft * 2nd Degree

Rejestracja: 20 paź 2010, 16:02
Posty: 19
Płeć: mężczyzna
Bardzo ciekawy artykuł. Wiele historii można dzięki temu wyjaśnić. Mnie to przekonuje.
Ciekawe wnioski końcowe:
Cytuj:
Publiczne ujawnienie istnienia takiego urządzenia oraz jego możliwości zmieni cały układ polityczny i religijny istniejący na Ziemi.
Fakt, że Ziemia obraca się dookoła Słońca był skrzętnie ukrywany przez Kościół przez ponad 200 lat; ujawnienie prawdy spowodowało wtedy ogromny przewrót w Kościele, instytucjach władzy i myśleniu ludzi. A czym jest fakt, że Ziemia kręci się wokół Słońca wobec prawdy, że np. nie jesteśmy sami we Wszechświecie?...


Tak jak kiedyś, tak i teraz społeczeństwo nie ma 'łatwego' dostępu do prawdy.
Prawdziwe wydarzenia i odkrycia są są skrzętnie ukrywane.

I ponowny powód by 'w pas' się pokłonić do wiedzy starożytnych. Dzięki Wedą jeszcze nie jedna sprawa zostanie wyjaśniona.

Czekamy na:
Cytuj:
wkrótce aneks: KOLEJNE FAKTY!
:tak:



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 27 paź 2010, 21:45 
Offline
Provost and Judge * 7th Degree
Provost and Judge * 7th Degree

Rejestracja: 08 sie 2010, 16:25
Posty: 128
zgadza sie z innymi ksiazkami np. z "das gegenteil ist wahr, ufos und flugscheiben als waffen im kampf um die globale macht", tz "przeciwnosc jest prawda, ufos jako bron w walce o globalna moc" johannes jürgenson,
albo niezly jest tez autor van helsing.
tylko ze, jürgenson jeszcze dalej w substancje wchodzi, opisuje przypadek roswell, bermuda trojkat..trujkont...shit,
kregi w zycie, manipulacja mozgu, misje na ksiezyc...
ze strony politycznej, dopiero po lekturze tej ksiazki zrozumialam, dlaczego niemcy nie maja po 2 wojnie sw.
tego friedensvertrag z alliirten (umowy o pokoj)...itd. to znaczy, ze trzecia rzesza istnieje do tej pory, w alasce
albo w argentynie...
pasuje jedno z drugim...

_________________
"najglebszych lekcji duszy uczymy sie podczas upadku i zalamania sie cywilizacji."
arnold j. toynbee


jestem dumna z mojej ortografji zyjac 30 lat poza krajem. ;p



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 28 paź 2010, 12:50 
Od wielu lat ciekawi mnie ten temat Z biegiem czasu skupiłem się na sile vril...Zastosowanie ma bardzo podobne do EMP
Podczas wakacji rozmawiałem na ten temat z pracownikiem hinduskiej ambasady na białorusi
Spytałem się czy wie o istnieniu broni używającej impulsu elektro- magnetycznego?
Powiedział, że bardziej niszczycielska jest a-bombka Sprzeciwiłem się i stałem dalej przy EMP(według mnie:potomka vril power)
Temat się zmienił...Od tego czasu już nie był kontynuowany
Ale o Ufo w chinach mówił chętnie :tak:



Na górę
   
 
 
Post: 02 lis 2010, 17:28 
Offline
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 lut 2010, 23:29
Posty: 1780
Płeć: mężczyzna
Cytuj:
Die Glocke - najbardziej tajemnicza broń Hitlera

Czasy hegemonii Hitlera, to nie tylko epoka politycznego i militarnego terroru wymierzonego przeciwko dotychczasowemu porządkowi na świecie. To także próba wykorzystania osiągnięć świata nauki i zaznaczenia swojej dominacji także na tym polu. Hitler z pomocą naukowców pragnął osiągać to, co dotychczas wydawało się nieosiągalne; tworzyć rozwiązania, o których dotąd przebąkiwali jedynie twórcy literatury fantastycznonaukowej. Teraz wiele tajnych planów realizowanych przez naukowe zaplecze Fuhrera, których tajemnicy nie udało się rozwikłać, stanowi przedmiot dociekań historyków oraz zwolenników spiskowych teorii.

Jednym z projektów, nad którym pracował sztab kilkudziesięciu naukowców III Rzeszy, a który dziś budzi niemałe emocje jest "Die Glocke", w języku polskim oznaczający dzwon. Obiekt nad którym pracowali wyznaczeni przez Hitlera uczeni miał kształt dzwonu i zawierał dwa pojemniki wypełnione substancją nazwaną Xerum 525, która przypominała rtęć. "Dzwon" miał ponad 2,7 m szerokości i wysokość sięgającą 4,5 metra. Według specjalistów, którzy zgłębiali tajemnicę dzieła nazistowskich badaczy, podczas realizacji projektu, w wyniku promieniowania emitowanego przez urządzenie, śmierć poniosło kilku naukowców.

Na trop "Die Glocke" wpadł polski dziennikarz Igor Witkowski. Publicysta, który w wielu artykułach i książkach porusza zagadnienia związane z II wojną światową, dotarł do tajemniczych archiwów, w których pojawiły się wzmianki o tajemniczym projekcie. Informacje na temat "Die Glocke", które udało mu się zebrać zamieścił w książce pt.: "Prawda o Wunderwaffe". Witkowski sprawił, że wkrótce zagadnieniem tym zaczęli się też interesować zagraniczni badacze, a temat nazistowskiego "Dzwonu" został spopularyzowany w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Sam Witkowski pojawił się też w programach realizowanych przez brytyjski Channel 4 i kanał Discovery.

Nad czym tak naprawdę pracowali nazistowscy inżynierowie i do czego miała służyć przygotowywana przez nich machina? To pytanie wywołuje wiele spekulacji, ale najczęściej powtarzana teoria, popularyzowana często przez organizacje badające zjawiska nadprzyrodzone, zakłada że "Dzwon" miał być prototypem maszyny służącej do... podróży w czasie.

Sam Witkowski uważa, że obiekt przypominający ceramiczną pokrywę, w której znajdowały się pojemniki wypełnione wspomnianym Xerum 525, miał stanowić rozwiązanie służące do zapanowania nad siłą grawitacji.

Pikanterii całej sprawie związanej z "Die Glocke" dodaje fakt, że 60 naukowców, którzy pracowali przy projekcie zostało zamordowanych. Wspomina o tym inny badacz tematu - Joseph P. Farrell. Twierdzi on, że zachowanie w tajemnicy projektu nazwanego "Die Glocke" było dla nazistów sprawą najwyższej wagi, dlatego zdecydowali się oni zabić 60 naukowców uczestniczących w badaniach. Ich ciała zostały złożone w masowym grobie.


http://niewiarygodne.pl/kat,1017181,page,2,title,Die-Glocke-najbardziej-tajemnicza-bron-Hitlera,wid,11463362,wiadomosc.html?_ticrsn=5&ticaid=6b2c2

_________________
Obrazek

http://www.prisonplanet.pl/



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 19 lis 2010, 14:33 
Offline
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 lut 2010, 23:29
Posty: 1780
Płeć: mężczyzna
Cytuj:
Ujawniono tajne raporty. Naziści byli zaangażowani w budowę UFO

Czy naziści pracowali nad tajemniczą bronią, którą można łączyć z przypadkami widzenia UFO odnotowywanymi jeszcze w czasie II wojny światowej? Dyskusja na temat budowy sekretnego arsenału przez ludzi Hitlera odżyła na nowo w kontekście premiery fińskiego filmu, który podejmuje temat jednej z najsłynniejszych teorii spiskowych w historii - fuhrera i jego lądowania na Księżycu.

Pomiędzy prawdą a mitem

Wg zahaczającej o skraj absurdu koncepcji, Hitler trafił na Księżyc po zakończeniu II wojny światowej. Na Srebrnym Globie stanąć miał dzięki supernowoczesnej technologii rozwijanej przez nazistów. Wśród narzędzi, które miały pomóc mu się tam dostać znajdowały się rzekomo: pocisk rakietowy V2 oraz samolot myśliwski Messerschmitt Me 262. Tym samym to naziści jako pierwsi mieli pojawić się na Księżycu. Oczywiście założenie, że Hitler po II wojnie światowej postawił tam swoją stopę wzbudza dziś salwy śmiechu. Ale już informacje o tajemniczej broni, nad którą pracowali nazistowscy naukowcy są dziś tematem poważnej dyskusji.

Zgodnie z informacjami, które zostały opublikowane w tym tygodniu przez niemiecki magazyn PM, istnieje szereg dowodów na to, że podczas II wojny światowej nazistowscy naukowcy realizowali program budowy UFO (tajemnego, trudnego do identyfikacji przez wroga systemu militarnego). Na rozkaz samego Hitlera, Goering miał koordynować budowę broni doskonałej, która w sposób zdecydowany miała wpłynąć na przebieg działań wojennych.

W jaki sposób marzenia i plany Hitlera dotyczące stworzenia innowacyjnego uzbrojenia przełożyły się na konkrety? Wiele raportów wskazuje na dziwne, niewytłumaczalne zjawiska, które już w latach 40-tych ubiegłego wieku kreowały na świecie aurę tajemniczości podobną do tej, jaką dziś wzbudza fenomen UFO. Ale też opublikowane sprawozdania nie pozostawiają żadnych złudzeń - istnienie nazistowskiego UFO potwierdziło wielu świadków. Niezidentyfikowany Obiekt Latający (NOL) w kształcie spodka przeleciał m.in. nad Tamizą w 1944 r. Obserwatorzy nie mieli wątpliwości, że należał on do Niemców. Na jego spodzie znajdował się bowiem Krzyż Żelazny.

W tym samym czasie, kiedy odnotowany został incydent nad Tamizą, świadkami podobnego wydarzenia byli Amerykanie - poinformował dziennik "The Daily Telegraph". Jedno z ówczesnych wydań "New York Timesa" donosiło o tajemniczym latającym dysku, który przemieszczał się z olbrzymią prędkością pond dachami wieżowców położonych na Manhattanie.

Jednym z najbardziej zaawansowanych planów związanych z budową UFO miał być projekt o nazwie Schriever-Habermohl. Jego autorami byli Rudolf Schriever i Otto Habermohl. Niemiecki inżynier Joseph Andreas Epp, który pracował jako konsultant przy tym projekcie potwierdził, że wg opracowanego przez Schrievera i Habermohla planu zbudowanych zostało 15 prototypów maszyn.

Alianci w konfrontacji z "Foo Fighters"

Czy istnieje zatem prawdopodobieństwo, że wszystkie tajemnicze zdarzenia, które odnotowano w czasie wojennej zawieruchy, miały swoje korzenie w gabinetach nazistowskich planistów? Podejrzenia takie pojawiały się już wcześniej wśród żołnierzy koalicji antyhitlerowskiej, którzy mieli kontakt z pewnym niewytłumaczalnym zjawiskiem. Otóż w czasie II wojny światowej odnotowano dziesiątki spotkań z dziwnymi kulistymi obiektami, które zaczęto z czasem określać mianem "Foo Fighters". We wrześniu 1941 r. z pokładu polskiego statku pasażerskiego SS "Pułaski" zauważono świetliste obiekty przemieszczające się w trudnej do określenia odległości. Z relacji świadków wynikało, że emitowały one zielone światło, a ich rozmiar stanowił połowę wielkości widocznej wówczas ze statku tarczy Księżyca.

W maju 1943 r. piloci samolotu bombowego Królewskich Sił Lotniczych dostrzegli rozwijający olbrzymią prędkość obiekt, który miał kształt walca z wieloma wypustkami w środku. Zdaniem lotników przemieszczał się on z prędkością nawet kilku tysięcy kilometrów na godzinę.

W sierpniu 1944 r. brytyjscy piloci po raz kolejny byli świadkami zjawiska. Zbiór widzianych przez nich kul znalazł się tuż przed eskadrą samolotów. Według pilotów, tym razem obiekty promieniowały niebieskim światłem i co chwilę wykonywały manewry przypominające momentami szyk przygotowujących się do ataku samolotów.

Kolejne informacje na temat Foo Fighters były słyszalne w trakcie całej wojny. Co ciekawe, z czasem kule stawały się coraz uciążliwsze. Ich aktywność potwierdzali regularnie piloci reprezentujący różne narodowości. Można je było dostrzec m.in. w trakcie największych bitew powietrznych.

Czy sprawę "Foo Fighters" można jednak łączyć z incydentami odnotowywanymi nad Tamizą, Nowym Jorkiem, a także nad Pragą? Czy miał z nią coś wspólnego projekt Schriever-Habermohl?

Na tropie "Die Glocke"

W kontekście nazistowskiego UFO często przytaczany jest też jeszcze inny projekt nazistowskiej broni - "Die Glocke" ("Dzwon"). Obiekt nad którym pracowali wyznaczeni przez Hitlera uczeni miał kształt dzwonu i zawierał dwa pojemniki wypełnione substancją nazwaną Xerum 525, która przypominała rtęć. "Dzwon" miał ponad 2,7 m szerokości i wysokość sięgającą 4,5 metra. Według specjalistów, którzy zgłębiali tajemnicę dzieła nazistowskich badaczy, podczas realizacji projektu, w wyniku promieniowania emitowanego przez urządzenie, śmierć poniosło kilku naukowców.

Na trop "Die Glocke" wpadł polski dziennikarz Igor Witkowski. Publicysta, który w wielu artykułach i książkach porusza zagadnienia związane z II wojną światową, dotarł do tajemniczych archiwów, w których pojawiły się wzmianki o tajemniczym projekcie. Informacje na temat "Die Glocke", które udało mu się zebrać zamieścił w książce pt.: "Prawda o Wunderwaffe". Witkowski sprawił, że wkrótce zagadnieniem tym zaczęli się też interesować zagraniczni badacze, a temat nazistowskiego "Dzwonu" został spopularyzowany w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Sam Witkowski pojawił się też w programach realizowanych przez brytyjski Channel 4 i kanał Discovery.

Nad czym tak naprawdę pracowali nazistowscy inżynierowie i do czego miała służyć przygotowywana przez nich machina? To pytanie wywołuje wiele spekulacji, ale najczęściej powtarzana teoria, popularyzowana często przez organizacje badające zjawiska nadprzyrodzone, zakłada że "Dzwon" miał być prototypem maszyny służącej do... podróży w czasie.

Sam Witkowski uważa, że obiekt przypominający ceramiczną pokrywę, w której znajdowały się pojemniki wypełnione wspomnianym Xerum 525, miał stanowić rozwiązanie służące do zapanowania nad siłą grawitacji.

W trakcie II wojny światowej wywiady wielu państw prowadziły zakrojone na szeroką skalę śledztwa w celu wyjaśnienia tajemniczych zjawisk, które obserwowano w różnych zakątkach świata, a za które mogli odpowiadać hitlerowscy naukowcy. Dochodzenia nie przyniosły jednak żadnych efektów, a fenomen nazistowskiego UFO pozostaje jedną z wielkich tajemnic II wojny światowej.


http://niewiarygodne.pl/kat,1017181,page,3,title,Ujawniono-tajne-raporty-Nazisci-byli-zaangazowani-w-budowe-UFO,wid,12868346,wiadomosc.html

_________________
Obrazek

http://www.prisonplanet.pl/



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 20 lis 2010, 23:46 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
nie wydaje się wam że pora to sfilmować i wyśmiać ?.......wytrzymacie rok ? :P
uwaga Space nazis attack!
phpBB [video]

phpBB [video]

phpBB [video]


W Finlandii kręcą niesamowity film pt. „Iron Sky”. Jest to komedia sci-fi, gdzie głównym szwarccharakterem jest Hans Kammler, który nadzorował budowę pojazdu napędzanego silnikiem antygrawitacyjnym. Jest rok 1945 i niemieckie latające spodki opuszczają tajną bazę na Antarktydzie i udają sie na ciemną stronę Księżyca, by tam zbudować nową baze – Schwarze Sonne ( Czarne Słońce) i knuć rewanż za przegraną wojnę planując powrót na Ziemię na 2018 r.

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 30 lis 2010, 21:29 
Offline
Grand Elect Mason * 14th Degree
Grand Elect Mason * 14th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 gru 2009, 21:34
Posty: 1401
Lokalizacja: Wrocław....
Płeć: mężczyzna
III Rzesza na Antarktydzie cz.1

(Ostateczny sekret Świętej Włóczni)

Czym jest Święta Włócznia?

Wedle Ewangelii Św. Jana (19:31-37), kiedy Jezus wisiał na Krzyżu rzymski centurion przebił jego bok włócznią. Chrześcijańska tradycja nadała później owemu żołnierzowi imię Gaius Cassius Longinus. W ciągu wieków przedmiot, o którym twierdzono, iż jest tą właśnie Świętą Włócznią stawał się własnością niektórych z najbardziej wpływowych przywódców, w tym Konstantyna, Justyniana, Karola Wielkiego, Ottona Wielkiego, cesarzy z rodu Habsburgów, a w nowszych czasach Adolfa Hitlera. Powstała legenda, wedle której „ktokolwiek posiada ową Świętą Włócznię i rozumie moce, którym służy, trzyma w swych rękach losy świata – dobre lub złe”. Zwana także Włócznią Przeznaczenia, Włócznią Longinusa oraz Włócznią Chrystusa, owa dziwna relikwia Pasji Chrystusa opisywana była przez ostatnie dwa tysiące lat. Euzebiusz z Cezarei, który został duchowym doradcą Konstantyna tak opisywał Świętą Włócznię, która ponoć sprzyjała potędze cesarza w czwartym wieku n.e.: „Była to długa włócznia, wykładana złotem. Na wierzchołku przymocowany był złoty wieniec i szlachetne kamienie, a w jego środku symbole imienia Zbawcy, dwie litery, wskazujące na imię Chrystusa poprzez jego początkowe znaki – te właśnie litery cesarz miał w zwyczaju nosić na swym hełmie w późniejszym czasie. Na włóczni zawieszony był też kawałek materiału, iście królewski przedmiot, niezwykle bogato wyszywany i wysadzany najbardziej lśniącymi szlachetnymi kamieniami, który, zdobiony także złotą nicią, na patrzącym wywierał wrażenie nieopisanie piękne. Cesarz nieustannie używał tego symbolu zbawienia, chroniąc się przed wszelakimi negatywnymi i wrogimi mocami i rozkazał, by włócznię nosić na czele swej armii.

Uwagę świata przykuło opublikowane w roku 1972 dzieło Trevora Ravenscrofta, zatytułowane The Spear of Destiny, the Occult Power Behind the Spear Which Pierced the Side of Christ („Włócznia Przeznaczenia, Okultystyczne moce, związane z włócznią, która przebiła bok Chrystusa”). W książce swej opisywał głównie uprzednie życia najściślejszego kręgu nazistowskich przywódców. Skonstatował on, iż w jedenastym wieku używali oni Włóczni Przeznaczenia do odprawiania czarnej magii i że znów się tym zajmują – Druga Wojna Światowa stanowiła bitwę czarnoksiężników pomiędzy siłami zła i dobra. Większość książki zawierają „dowody” na to, iż główni gracze w dramacie, rozgrywającym się w latach 30-tych i 40-tych stanowili reinkarnację naprawdę żyjących osób, które stanowiły wzór postaci z wagnerowskiej opery Parsifal. Od tego czasu Włócznia Przeznaczenia stała się najważniejszym przedmiotem wielu powieści, opracowań naukowych, programów telewizyjnych (fabularnych i dokumentalnych) a nawet komiksów. Zaliczyć do nich można takie pozycje, jak Indiana Jones and the Spear of Destiny („Indiana Jones i Włócznia Przeznaczenia”), Hellboy czy Hellblazer (któremu zawdzięczamy wyprodukowany w roku 2005 film Constantine z Keanu Reevesem).
Obrazek
Ostrze Świętej Włóczni i inne regalia Świętych Cesarzy Rzymu, znajdujące się obecnie w Schatzkammer
w Wiedniu.

Ravenscroft nie był jedynym powojennym profesorem college’u, który pisał o micie Świętej Włóczni, dodając nieco od siebie. W latach 1988-89, dr Howard A. Buechner, profesor medycynyw Tulane i potem na LSU (Uniwersytecie Stanowym w Luizjanie), do tej opowieści dopisał nowy rozdział, pisząc swe dwie książki, Hitler’s Ashes – Seeds of a New Reich („Popioły Hitlera – nasiona nowej Rzeszy”) oraz Adolph Hitler and the Secrets of the Holy Lance („Adolf Hitler i zagadki Świętej Włóczni”). Doktor Buechner był emerytowanym pułkownikiem armii amerykańskiej, który podczas II Wojny Światowej służył jako lekarz (chirurg) polowy w batalionie. W połowie lat 80-tych skontaktował się z nim posługujący się pseudonimem „kapitan Wilhelm Bernhart”, który twierdził, że jest dawnym marynarzem z niemieckiego U-boota, który brał udział w przewiezieniu Świętej Włóczni na Antarktydę w roku 1945 oraz dopomógł grupie niemieckich biznesmenów w jej odzyskaniu w roku 1979. Przedstawił on Buechnerowi księgę, która – jak twierdził – stanowiła dziennik z tzw. „Ekspedycji Hartmanna” z roku 1979 i zawierała m.in. odręcznie napisany list, potwierdzający autentyczność obiektów, podpisany przez Hartmanna, a także fotografie niektórych z wydobytych przedmiotów. Wedle Buchnera ów niegdysiejszy nazistowski marynarz twierdził, iż może udowodnić, że słynna Włócznia Przeznaczenia, wystawiana obecnie w Schatzkammer Museum w Wiedniu jest podrobiona. Przed wojną Heinrich Himmler, który później został szefem Biura ds. Okultyzmu w SS, utworzył krąg Rycerzy, służących Świętej Włóczni i nazwany Wielką Radą Rycerską. Słyszało się często doniesienia, iż w celowo wyznaczonym do tego celu zamku Wewelsburg, który dziś wita turystów lubiących grozę, używali oni Świętej Włóczni do odprawiania skomplikowanych ceremonii z zakresu czarnej magii. „Kapitan Bernhart” twierdził, że podczas wojny Himmler nakazał sprowadzić z Japonii do Niemiec najświetniejszego płatnerza, a ten sporządził drugą i jeszcze doskonalszą replikę włóczni. Ową „perfekcyjną” kopię wystawiano potem w Norymberdze, skąd powróciła pod koniec wojny do władz austriackich, podczas gdy nad prawdziwą włócznią pieczę sprawował Himmler – aż na rozkaz Hitlera została wysłana na Antarktydę.
Obrazek
Obraz przedstawiający przebicie boku Jezusa włócznią Longinusa.

W ostatnich godzinach wojny, wedle słów owego marynarza, Hitler osobiście wyznaczył człowieka, którego później nazywano „pułkownikiem Maximillianem Hartmannem” i który miał dopilnować, żeby niektóre z jego najbardziej cennych skarbów, w tym Włócznia Przeznaczenia, zostały przewiezione łodzią podwodną na Antarktydę – tą samą łodzią, na której wedle swych zeznań służył Bernhart. Ponadto pułkownik Hartmann miał ponoć w roku 1979 odzyskać prawdziwą Włócznię Przeznaczenia, znowu z pomocą Benrnharta. Wedle słów Buechnera i Bernharda Święta Włócznia ukryta jest obecnie gdzieś w Europie i jest w posiadaniu reaktywowanego zakonu rycerzy Himmlera, zwanego teraz Rycerzami Świętej Włóczni. Skontaktowawszy się z większością rzekomych członków Ekspedycji Hartmanna z roku 1979 oraz innymi osobami zaangażowanymi w tamto przedsięwzięcie, w tym z niegdysiejszymi wyższymi rangą urzędnikami nazistowskimi oraz bliskimi współpracownikami Adolfa Hitlera, na przykład z przywódcą Hitlerjugend, Arturem Axmannem, pułkownik Buechner nabył przekonania, że opowieści marynarza były prawdą. Albo był ofiarą niezwykle złożonego i skomplikowanego żartu czy oszustwa, albo też Włócznia Przeznaczenia naprawdę przez jakiś czas złożona była na Antarktydzie i może się znajdować w rękach grupy osób, które wierzą, iż posiada ona moc kierowania losami ludzkości – i odprawiają właśnie teraz z jej pomocą magiczne rytuały!
Obrazek
Pułkownik Howard A. Buechner, w czasie II Wojny Światowej wojskowy chirurg, któremu pokazano
kroniki z Ekspedycji Hartmanna.

Opowieść pułkownika Buechnera zbadali i częściowo potwierdzili autorzy niniejszego artykułu w swej książce napisanej dla i wydanej przez Adventures Unlimited Press (AUP), zatytułowanej Secrets of the Holy Lance: The Spear of Destany In History & Legend („Sekrety Świętej Włóczni. Włócznia Przeznaczenia w historii i legendzie”). Zdrowy rozsądek skłania się zapewne ku odrzuceniu tak nieprawdopodobnej opowieści. A jednak wciąż i wciąż przekonujemy się, że prawda zaiste dziwniejsza jest od fikcji. Choć przychylaliśmy się do twierdzenia, że Buechner stał się ofiarą oszustwa czy żartu, zgodziliśmy się, że historię tę z całą pewnością warto zawrzeć w książce, dotyczącej legend, jakimi obrosła Święta Włócznia – a pewne elementy z opowieści Buechnera były zaskakująco bliskie prawdy! Oto zatem, czego udało nam się dowiedzieć w trakcie badań nad tym ostatecznym sekretem Świętej Włóczni…
Obrazek
Ten propagandowy plakat czyni aluzję, iż to Hitler dzierży Świętą Włócznię. Dowody wskazują na to, że
pomimo trwającego wokół upadku Trzeciej Rzeszy, pracował on nad budową Czwartej rzeszy na Antarktydzie.

Niemiecka Antarktyda

Główny Południk, czyli Południk Zerowy, przebiega od bieguna do bieguna, przechodząc przez Greenwich w Anglii, zachodnią Francję, wschodnią Hiszpanię, Afrykę Zachodnią oraz Południowy Atlantyk, a następnie przez Antarktydę w regionie znanym dziś jako Ziemia Królowej Maud. Został tak nazwany w roku 1930 przez Norwega Riiser-Larsena, by uczcić Królową Norwegii.
Obrazek
Południk Zerowy (zero długości geograficznej) biegnie od bieguna do bieguna, przebiegając przez
Greenwich w Anglii, Zachodnią Europę, Zachodnią Afrykę i Południowy Atlantyk, a następnie przecina
Antarktydę w miejscu, które Niemcy nazwali Neuschwabenland (Nową Szwabią).

W roku 1939 Niemcy i Norwegia wysunęły roszczenia terytorialne, dosłownie w odstępie kilkudni, do tego przybrzeżnego obszaru Antarktydy. Niemiecka Ekspedycja Antarktyczna z lat 1938-39 dokonała przelotów nad niemal jedną-piątą kontynentu, robiąc około 11.000 fotografii. Z samolotu ekspedycji zrzucono także kilka tysięcy malutkich nazistowskich flag oraz specjalnych metalowych słupków z insygniami ekspedycji i swastyką, roszcząc prawo Niemiec do tych ziem.
Obrazek
Nazistowski statek Schwabenland, załadowujący z powrotem na pokład jeden z samolotów Dornier
Wal(„Wieloryb”), które z niego startowały w trakcie swej misji z lat 1938-39, polegającej na zdjęciach
fotogrametrycznych i podboju części Antarktydy.

Nazwano ten region Nową Szwabią (po niemiecku Neuschwabenland), biorąc nazwę od współczesnej Szwabii, stanowiącej jedno z pierwotnych księstw Królestwa Niemieckiego. Szwabia była domem dla jednej z najpotężniejszych europejskich monarchii, Dynastii Hohenstaufenów, która rządziła Świętym Imperium Rzymskim w XII i XIII wieku. Największym z władców dynastii był Fryderyk Rudobrody (Barbarossa), w którego posiadaniu znajdowała się Święta Włócznia. Wedle doniesień sam Hitler wierzył w to, że jest reinkarnacją Barbarossy. Nazwał od imienia króla jeden ze swych domów, a inwazję na Rosję opatrzył kryptonimem Operacja Barbarossa.
Obrazek
itler uważał, że jest reinkarnacją Fryderyka Barbarossy, XII-wiecznego Cesarza Niemieckiego Świętego
Imperium Rzymu i właściciela Świętej Włóczni.

Niemiecka Ekspedycja Antarktyczna z lat 1938-1939 odkryła w głębi swego terytorium kilka wolnych od lodu regionów z jeziorami i śladami wegetacji (głównie mchy i porosty). Geolodzy z ekspedycji stwierdzili, że dzieje się tak za sprawą gorących źródeł lub innych zjawisk geotermalnych. Odkrycie to, jak się twierdzi, skłoniło Reichsführera-SS Heinricha Himmlera to opracowania śmiałego planu budowy stałej bazy na Antarktydzie. Od ponad 60 lat plotki o bazie, opatrzonej kryptonimem „Stacja 211” urzekają historyków i badaczy. Czy to możliwe, że istotnie została zbudowana i obsadzona załogą w ramach trwającego całą wojnę projektu? Być może Kontradmirał Karl Doenitz ogłosił jego zakończenie kiedy w roku 1943 powiedział: „Niemiecka flota łodzi podwodnych dumna jest ze zbudowania dla Führera w innej części świata Szangri-La na lądzie, niezwyciężoną fortecę”.

Większość z pogłosek zgodna jest co do tego, że Stacja 211, jeśli istniała naprawdę, znajdowała się wewnątrz wyraźnie widocznej góry w łańcuchu Muhlig-Hofmann w Nowej Szwabii (Ziemi Królowej Maud). W latach 1946-47 Admirał Byrd, cieszący się w Ameryce największą renomą badacz regionów polarnych, szukał być może Stacji 211. W ramach tak zwanej „Operacji Highjump” miał do swej dyspozycji największą armadę, jaką kiedykolwiek wysłano na Antarktydę. Stany Zjednoczone wysłały na Antarktydę 13 okrętów i 4.700 ludzi (w tym lotniskowiec, łódź podwodną, dwa niszczyciele, ponad dwa tuziny samolotów i ok. 3.500 Marines w pełnym rynsztunku bojowym), oficjalnie tłumacząc wszystko „misją szkoleniową”. A jednak uporczywe pogłoski niestrudzenie twierdzą, że prawdziwym celem operacji było odnalezienie nazistowskiej fortecy. Nie jest jasne, czy Byrdowi udało się kiedykolwiek odnaleźć „Szangri-La” Führera – o ile oczywiście istotnie się tu znajdowało i o ile rzeczywiście go tu szukano.

Obrazek
Insygnia niemieckiej ekspedycji, która wytyczyła granice Nowej Szwabii w latach 1938-39, zagarniając
ten obszar dla Trzeciej Rzeszy.

W okresie pomiędzy rokiem 1956 a 1960 norweska ekspedycja naniosła na mapy większość Ziemi Królowej Maud, bazując na pomiarach geodezyjnych na ziemi oraz fotografiach lotniczych. Zwodniczym może wydać się fakt, iż istotnie odnaleziono wolną od lodu górę, która pasowała do opisu z pogłosek o Stacji 211. Nazwali ją Svarthamaren (Czarny Młot). Jeśli to istotnie położenie Stacji 211, jej sekret zostanie zachowany i w XXI wieku, albowiem teren ten ogłoszono „Specjalnie Chronionym Obszarem Antarktycznym oraz Strefą Szczególnego Zainteresowania Naukowego” zgodnie z postanowieniami Ustawy o ochronie Antarktydy z roku 1978. Miał to być obszar ochrony przyrody, który znalazł się na liście „wyjątkowych naturalnych laboratoriów przyrody, służących badaniom nad petrelem antarktycznym (Thalassoica Antarctica), petrelem białym (Pagodromanivea) oraz wydrzykiem antarktycznym (Catharacta maccormicki) oraz ich adaptacją do rozmnażania w głębi kontynentu antarktycznego”. Dostęp ograniczony jest wyłącznie dla garstki specjalnie wyselekcjonowanych naukowców. Jeśli to podstęp, to przez długie jeszcze lata nikt, kto mógłby być uważany za niebezpiecznego ze względu na posiadaną wiedzę odnośnie prawdziwych wydarzeń nie zostanie dopuszczony zbyt blisko tego obszaru. Pułkownik Buechner oraz kapitan Bernhart unikają jednakże wzmianek o Stacji 211, być może w celu zachowania tajemnicy, co zgadzałoby się z ogólnym wydźwiękiem ich dwóch książek. W istocie przyznają oni, że nazwiska wszystkich członków ekspedycji z 1979 roku podane w książkach są fikcyjne i zostały użyte w celu ochrony ich tożsamości. Jest oczywiste, że Buechner nie mówi nam wszystkiego, co wie. Zamiast tego, Buechner i Bernhart mówią nam, że załoga łodzi podwodnej w roku 1945 umieściła skarb Hitlera u stóp nie posiadającego nazwy lodowca w górach Muhlig-Hofmann; skarb wkopany był w lód i chroniony stalowymi płytami. Oznacza to, że musiano by znaleźć jeden z niewielu odcinków wybrzeża nie odcięty od morza kilometrami lodu szelfowego, a potem zejść na ląd i maszerować po lodzie ponad 160 kilometrów w głąb kontynentu, z ładunkiem stali ważącym tonę lub więcej! Wydało nam się to najmniej prawdopodobnym kawałkiem tej całej szalonej układanki. W niektórych rejonach Antarktydy w ciągu roku spada 18 metrów śniegu. Jak głęboko musiałby znajdować się skarb po ponad 30 latach? I w jakim celu maszerowano by w poszukiwaniu wolnej od lodu przestrzeni po to tylko, by zakopać skarb w lodzie? Nie, odrzuciliśmy tę bajeczkę Buechnera, mając nieomal pewność, że gdyby cokolwiek z tego było prawdą, to zaniesiono by raczej Świętą Włócznię gdzieś, skąd łatwo byłoby ją odzyskać – do Stacji 211.

Stacja 211

To zadziwiające, ale odkryliśmy dowody na to, że prawa ręka Hitlera, Rudolf Hess, został obarczony odpowiedzialnością za koordynację działań, mających na celu zbudowanie Stacji 211. Historycy często uznają Hessa za nazistowskiego figuranta, który doszedł do wysokiego stanowiska wyłącznie dzięki swemu całkowitemu wiernopoddaństwu Führerowi, lecz być może w istocie stało się tak dlatego, iż jego prawdziwa rola była tak doskonale ukryta. Jeśli tak, to Hess musiał poprosić o pomoc Reichsführera-SS Heinricha Himmlera. Himmler odrzucił chrześcijaństwo, podobnie jak wielu z najwyższych rangą funkcjonariuszy nazistowskich, wierzył zaś w dziwną germańską wersję neopogańskiego New Age. Był oddany niemieckiemu okultyście Drowi Friedrichowi Wichtlowi, który specjalizował się w tradycji masońskiej oraz teoriach o „światowym spisku”. Po upadku Cesarstwa Austro-Węgierskiego w roku 1918 pod koniec I Wojny Światowej, Dr Wichtl napisał swój bestseller, zatytułowany Weltfreimaurerei, Weltrevolution, Weltrepublik („Światowa masoneria, światowa rewolucja, światowa republika”). Himmler zafascynował się okultyzmem, gdy w roku 1919 przeczytał książkę dra Wichtla, będąc kadetem na rekonwalescencji po poważnej chorobie żołądka. Ostatecznie Himmler stał się zwolennikiem hinduistycznej koncepcji światowych epok, zwanych yugami. Wierzył, że obecna epoka, Kali Yuga, zakończy się globalnym kataklizmem, dając tym samym początek nowej epoce, zwanej Satya Yuga. Zakładając nazistowską kolonię na Antarktydzie, Himmler wierzył, iż w ten sposób przyczynia się do tego, by pozostałości „czystej rasy aryjskiej” przetrwały nadchodzący kataklizm z nietkniętą strukturą społeczną i kulturalną. Wierzył, że ocalali przejmą Antarktydę na własność, gdy kataklizm spowoduje stopienie czapy lodowej na biegunie południowym. Niemcy zbudowały podczas wojny ponad dwa tuziny „superłodzi podwodnych”. Każda miała wielkość lotniskowca, lecz nie skonstruowano ich jako okręty wojenne, były one podwodnymi transportowcami. Początkowo wykorzystywano je do dostarczania zaopatrzenia grup bojowych łodzi podwodnych, zwanych „stadami wilków”. Potem, jak się zdaje, zostały zmuszone do przewożenia narzędzi, sprzętu, surowców, a być może także niewolniczej siły roboczej do bazy na biegunie południowym. Dowody wskazują, że kursy U-bootów w stronę Neuschwabenland trwały nawet po kapitulacji Niemiec w roku 1945, jak to za chwilę zobaczymy. W czasie wojny w tym olbrzymim przedsięwzięciu uczestniczyły także okręty nawodne, lecz w miarę jak szala zwycięstwa przechylała się na stronę aliantów, znakomita część zadań transportowych przypadła U-bootom i ich załogom. Pewne pojęcie o wielkości i natężeniu ruchu na Antarktydę i z powrotem daje fakt, że pomiędzy październikiem roku 1942 a wrześniem roku 1944 na południowym Atlantyku zatopiono 16 niemieckich U-bootów. Kilka ze statków nawodnych zdawało się pełnić funkcje jednostek nadzorujących, zaopatrując łodzie podwodne i trzymając w odpowiedniej odległości aliantów. Dla przykładu ścigacz Atlantis, pod dowództwem kapitana Bernharda Rogge, pomiędzy rokiem 1939 a 1941 przebył bardzo długą trasę po południowym Atlantyku oraz po Oceanie Indyjskim i południowym Pacyfiku, między grudniem roku 1940 a styczniem roku 1941 odwiedzając Wyspy Kergulena (w którym to czasie pochowano kapitana w Bassin de la Gazelle). Okręt przybrał wówczas nowy kształt i pływał jako Tamesis, dopóki 22 listopada 1941 roku nie zatopił go niedaleko Wyspy Wniebowstąpienia HMS Devonshire.

Innym ścigaczem był Pinguin, pod dowództwem kapitana Ernsta-Felixa Krudera. Jego obszarem działania był głównie Ocean Indyjski. W styczniu 1941 roku przechwycił on norweską flotę wielorybniczą (statki-przetwórnie Ole Wegger oraz Pelagos, a także statek transportowy Solglimt i jedenaście kutrów myśliwskich) na szerokości ok. 59ºS i długości ok. 02º30W. Jeden z tych kutrów przemianowano na Adjutant. Pozostał na Oceanie Indyjskim jako okup, natomiast pozostałe norweskie statki wysłano do okupowanej Francji. 8 maja 1941 roku Pinguin został zatopiony u wybrzeży Zatoki Perskiej przez HMS Cornwall, po tym, jak przejął 136.550 ton towarów brytyjskich i sił sprzymierzonych. Jeszcze innym ścigaczem był Komet, dowodzony przez kapitana Roberta Eyssena. Działał na oceanach Spokojnym i Indyjskim i wsławił się m.in. żeglugą w lutym 1941 roku wzdłuż wybrzeża Antarktydy od Przylądka Adare aż po Lodowiec Szelfowy Shackletona w poszukiwaniu statków wielorybniczych. Tam spotkał się ze ścigaczem Pinguin oraz z transportowcami Alstertor i Adjutant. Kometa zatopiono u wybrzeży Cherbourga w roku 1942.
Obrazek
Mapa regionów antarktycznych.

Pośredni dowód na antarktyczny projekt konstrukcyjny stanowić może historia łodzi podwodnej U-859. 4 kwietnia 1944 roku, o godzinie 04:40, wypłynęła ona z portu z nieznaną misją, wioząc 67 ludzi i 33 tony rtęci w zaplombowanych szklanych butlach, umieszczonych w wodoszczelnych blaszanych skrzyniach. Później, 23 września tego samego roku, łódź została zatopiona w Cieśninie Malakka przez HMS Trenchant. Choć zginęło 47 członków załogi, to jednak 20 ocalało. Jakieś 30 lat później jeden z ocalałych opowiedział otwarcie o przewożonym ładunku, a nurkowie potwierdzili następnie tę opowieść, znajdując rtęć. Znaczenie tego odkrycia polega na tym, iż rtęci używa się jako paliwa w pewnych odmianach napędu kosmicznego, o czym wkrótce opowiemy. Po cóż niemiecka łódź podwodna miałaby transportować tego typu ładunek tak daleko od domu? Podejrzewamy, że płynęła ona w kierunku Stacji 211, mając na pokładzie „paliwo” do pewnego rodzaju specjalistycznych pojazdów powietrznych o kształcie dysku! Dalsze dowody na to, że Stacja 211 istniała i była zamieszkana także po zakończeniu wojny znaleźć można w doniesieniach, dotyczących aktywności niemieckiej floty po upadku Berlina. Dla przykładu w dniu 10 lipca 1945 roku, ponad dwa miesiące po ustaniu oficjalnych działań wojennych, niemiecka łódź podwodna U-530 poddała się władzom argentyńskim w porcie Mar del Plata, jednej z najbliższych Antarktydy przystani w Argentynie. W podobnych okolicznościach w miesiąc później – 17 sierpnia – do Mar del Plata przybyła łódź U-977. Były to tylko dwie z łodzi, które, jak się uważa, stanowiły konwój „Ostatecznej Armii Fuhrera”. Informator pułkownika Buechnera, „kapitan Bernhart”, służył ponoć na jednym z tych U-bootów, lecz aby ukryć prawdziwą tożsamość tego człowieka nie wspomina się ni razu, na którym.
Obrazek
Załoga na pokładzie U-530, niemieckiej łodzi podwodnej, która poddała się w Mar del Plata w
Argentynie, na wiele miesięcy po zakończeniu wojny – nie złożywszy żadnych szczegółowych wyjaśnień
na temat tego, co robiła tyle czasu na Południowym Atlantyku. Czy tajemniczy „kapitan Bernhart” był
jednym z tych ludzi?

Przez dość długi czas po zakończeniu wojny napływały doniesienia o aktywności niemieckiej. Francuska Agence France Press z dnia 25 września 1946 roku stwierdza: „powtarzające się pogłoski o aktywności niemieckich U-bootów w rejonie Ziemi Ognistej pomiędzy najbardziej na południe wysuniętym punktem Ameryki a Antarktydą oparte są na prawdziwych wydarzeniach”. Potem zaś francuska gazeta France Soir, zamieściła następujące sprawozdanie ze spotkania z niemieckim U-botem: „Prawie półtora roku po zaprzestaniu działań wojennych w Europie islandzki statek wielorybniczy Juliana został zatrzymany przez dużego niemieckiego U-boota. Juliana znajdowała się w rejonie antarktycznym niedaleko Malwinów [Falklandów], kiedy wynurzyła się niemiecka łódź podwodna i wciągnęła na maszt oficjalną niemiecką flagę żałobną – czerwoną z czarnym obrzeżem. Dowódca łodzi wysłał grupę marynarzy, która przypłynęła do Juliany gumowym pontonem, a po wejściu na pokład statku wielorybniczego zażądała od kapitana Hekli części zapasów świeżej żywności. Prośbę wypowiedziano zdecydowanym i nie znoszącym sprzeciwu tonem, z którego wynikało, że opór byłby niemądry. Niemiecki oficer mówił poprawnym angielskim i zapłacił za towar amerykańskimi dolarami, dając kapitanowi wielorybnika prowizję w wysokości 10 USD za każdego członka załogi Juliany. W czasie załadunku towarów na łódź podwodną jej dowódca poinformował kapitana Heklę o dokładnym położeniu dużego stada wielorybów. Juliana odnalazła potem to stado precyzyjnie we wskazanym miejscu”. Czy to możliwe, że po zakończeniu wojny oprócz U-530 i U-977 w tamtym rejonie operowały także inne U-booty? Francuskie sprawozdanie zdaje się wskazywać, że tak właśnie było. Nie istnieją żadne oficjalne potwierdzenia takiej działalności, wiadomo wszakże, iż w czasie wojny „zaginęły” 54 niemieckie U-booty, z których zaledwie w przypadku 11 istnieje prawdopodobieństwo kolizji z minami. Wydaje się rozsądnym przypuszczenie, że po ukończeniu pierwszych etapów budowy Stacji 211 przeniesiono tu kilka programów badawczo-rozwojowych nowych, eksperymentalnych rodzajów broni. Wiadomo dość dobrze, iż Najwyższe Dowództwo nie pogodziło się z kapitulacją, wierząc, że nowe bronie odwrócą przebieg wojny na korzyść Niemiec. Przy nasilających się bombardowaniach alianckich i armiach nacierających na Niemcy od wschodu, zachodu i południa, wydawało się roztropnym przeniesienie swych najcenniejszych projektów w jakieś miejsce, znajdujące się poza zasięgiem działań wojennych – a jakież z nich mogło znajdować się dalej od aliantów, niż Antarktyda?

Nazistowskie NOLe

Pod koniec 1944 roku SS Himmlera przejęło całkowitą kontrolę nad wszelkimi projektami zaawansowanych broni i nad dużą częścią ich produkcji. Dotyczyło to także projektów tzw. superbroni (takich jak rakiety V-2 i odrzutowe myśliwce) oraz licznych podziemnych kompleksów w Niemczech i gdzie indziej, a także związanych z nimi obozów pracy przymusowej. Ideologii nazistowskiej nie ograniczały ustalone i konwencjonalne nauki, jakich nauczano w amerykańskich szkołach. Jest oczywiste, że nazistowskie programy technologiczne także cieszyły się dużą swobodą. Programy owe stanowiły fuzję nazistowskiego szaleństwa z mobilizacją pozornie niewyczerpanych zasobów produkcyjnych Niemiec i radykalnymi koncepcjami. Jeden taki program, nadzorowany przez inżyniera zajmującego się implozją, Viktora Schaubergera, przyniósł w rezultacie latające talerze i lewitujące dyski. Schauberger (1885-1958) był pionierem nowego pojmowania Nauk Przyrodniczych, odkrywając pierwotne prawa i reguły, których nie uznawała ówczesna nauka. Tego, co odkrył można się dowiedzieć w jednej z najnowszych książek wydanych przez Adventures Unlimited Press (AUP), Hidden Nature: The Startling Insights of Viktor Schauberger („Ukryta natura: zadziwiające spostrzeżenia Viktora Schaubergera”) [nie przetłumaczona na polski – przyp. tłumacza]. Alianci już po wojnie natknęli się na dowody potwierdzające prace badawcze nad latającymi talerzami. W fabryce i wyrzutni rakiet w Peenemünde, zarządzanej przez przyszłego szefa NASA, Wernhera von Brauna, alianci odkryli kilka fotografii talerzy. Oglądali zdjęcia napędzanego rtęcią Flugkriesel oraz świecących tajemniczych sfer, na które napotykali się alianccy piloci, nazywając je „foo-fighters”. Opublikowany w maju 1980 roku w Neue Presse artykuł zawiera wspomnienia inżyniera z Peenemünde, który pracował przy projekcie, mającym na celu opracowanie przypominającego latający talerz uzbrojonego pojazdu, zdolnego do załogowych lotów z prędkością 3000 km/h. Zbiegłszy po wojnie do Stanów Zjednoczonych, inżynier zgłosił patent na latający talerz według swego własnego projektu. W ciągu ostatnich kilku lat AUP opublikowało kilka książek na ten temat, w tym [żadna z nich nie została przetłumaczona na polski – przyp. tłumacza] Man-Made UFOs 1944-1994: Fifty Years of Supression („NOLe wyprodukowane przez ludzi 1944-1994: pięćdziesiąt lat milczenia”) Renato Vesco i Davida Hatchera Childressa oraz Hitler’s Flying Saucers: A Guide to German Flying Discs of the Second World War („Latające talerze Hitlera: przewodnik po niemieckich latających dyskach z Drugiej Wojny Światowej”) Henry’ego Stevensa.
Obrazek
Domniemana, wykonana przez aliantów, fotografia częściowo wybudowanego pojazdu w kształcie dysku
znalezionego w fabryce w Pradze, w Czechach.

Pomiędzy rokiem 1947 a 17 grudnia roku 1969 Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych prowadziły intensywne dochodzenie w sprawie doniesień i obserwacji niezidentyfikowanych
obiektów latających (NOLi). Program ten objęto kryptonimem Blue Book (Błękitna Księga). Centralą programu była baza Sił Powietrznych Wright-Patterson. Po zamknięciu Projektu Błękitna Księga Siły Powietrzne USA nie wyraziły oficjalnie żadnego dalszego zainteresowania obserwacjami NOLi. Odpowiedzialny za Projekt Błękitna Księga kapitan Edward Ruppert [w istocie jego nazwisko brzmiało Ruppelt – przyp. tłumacza], powiedział w roku 1956: „Gdy zakończyła się II Wojna Światowa, Niemcy byli na etapie rozwoju kilku rewolucyjnych pojazdów latających oraz rakiet samonaprowadzających. Większość z tych projektów znajdowała się w początkowych fazach, niemniej były to jedyne znane rodzaje pojazdów, które mogły choćby tylko zbliżyć się do możliwości technicznych obserwowanych obiektów UFO”. Po przeanalizowaniu dowodów istnienia niemieckich programów badawczych nad bronią eksperymentalną alianci poczuli, że mieli wiele szczęścia, pokonując w porę Niemców. Sir Roy Feddon, któremu Brytyjczycy powierzyli śledztwo w sprawie produkcji nazistowskich maszyn latających, powiedział: „Widziałem wystarczająco wiele z ich projektów i planów produkcyjnych, by zdać sobie sprawę z tego, że gdyby udało im się przedłużyć wojnę o kilka miesięcy, to zostalibyśmy skonfrontowani z zupełnie nowymi i śmiertelnymi rodzajami broni powietrznej”. Wczesny model latającego talerza, długodystansowy pojazd zwiadowczy, zwany Vril-ya RFZ-2, został sfotografowany, jak towarzyszy statkowi Atlantis na Oceanie Atlantyckim. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, iż niektóre z tych długodystansowych dysków wykorzystano jako osłonę w późniejszych misjach U-bootów. Przed wyprodukowaniem Elektroboota – łodzi podwodnej napędzanej silnikiem elektrycznym – U-booty musiały wynurzać się na tankowanie. Porty przyjazne niemieckim łodziom podwodnym w drodze na Biegun Południowy znajdowały się na Ziemi Ognistej oraz niedaleko Przylądka Dobrej Nadziei w Południowej Afryce. Od samego początku rozwoju Nowej Szwabii, wokół tych portów widziano bardzo dużo UFO, a w Ameryce Południowej obserwacje takie trwały jeszcze przez dziesięciolecia.

Obrazek
Artystyczna wizja nazistowskich spodków, eskortujących U-booty na Antarktydzie.

Po nieudanej misji pokojowej Hessa w Anglii, w wyniku której resztę życia spędził za kratkami, admirał Doenitz mógł przejąć rolę Hessa jako szef projektu antarktycznego. Wygłaszając inauguracyjne przemówienie dla kończących szkołę morską kadetów w roku 1944 admirał czynił złowieszcze przechwałki: „Niemiecka marynarka wojenna ma wciąż do odegrania wielką rolę w przyszłości. Niemiecka flota zna wszystkie miejsca ukrycia, do których można by ewakuować Führera, gdyby zaszła taka potrzeba. Może tam w całkowitym spokoju dokończyć swą życiową pracę”. Czy miejscem był Neuberlin na Antarktydzie? W naszych badaniach tego epizodu w trwającej dwa tysiąclecia zawiłej drodze Włóczni poprzez chrześcijańską świadomość natknęliśmy się szaloną, nieuniknioną mieszaninę otrzeźwiającej prawdy historycznej z zabawną Miejską Legendą rodem z brukowców.
Obrazek
Zdjęcie latającego pojazdu Vril.

Neuberlin

Jeśli latem 1942 roku byłeś żołnierzem Wehrmachtu na zbombardowanej stacji kolejowej w Połtawie, mieście na Ukrainie, mogłeś zaobserwować niezwykle dziwacznie wyglądającą maszerującą jednostkę wojskową, zmierzającą ku oczekującemu pociągowi pasażerskiemu. Jednostka ta składała się z kobiet, z których wszystkie były błękitnookimi blondynkami w wieku pomiędzy 17 a 24 lata, wysokimi i smukłymi, a ich zachwycające figury przykrywały dziwaczne mundury w kolorze błękitnego nieba. Każda z kobiet miała na sobie czapkę wojskową we włoskim stylu, bluzkę o kształcie litery A, sięgającą poniżej kolana oraz podobną z kształtu i pasującą do bluzki kurtkę z insygniami SS. Zdawać by się mogło, że SS zwerbowało właśnie pluton luksusowych panienek do wynajęcia, lecz prawda była o wiele dziwaczniejsza. Patrzyłeś właśnie na najnowszy wymysł Reichsführera-SS Heinricha Himmlera – Antarctisches Seidlungensfrauen [Antarktyczne Osadniczki albo ASF].

Tymi słowami pisał rosyjski ufolog Konstantin Iwanienko na łamach magazynu UFO Roundup, wol. 9, numer 3, z 21 stycznia 2004 roku. Iwanienko twierdził, iż należące do SS Rasse und Seidlungshauptamt (Biuro ds. rasy i osadnictwa, inaczej RuSHA) było agencją, odpowiedzialną za dobór kobiet do Antarktisches Seidlungensfrauen. Mniej więcej połowa z tych „rekrutek” stanowiły Volksdeutschki – etniczne Niemki, których przodkowie osiedli na Ukrainie w XVII i XVIII wieku. Inne zaś były rdzennymi Ukrainkami, które RuSHA „awansowała” do statusu rasy aryjskiej w procesie zwanym Eindeutschung (zniemczaniem). Pisał, że nawet do 10.000 Ukrainek o dopuszczalnej czystości rasowej (spośród ponad pół miliona deportowanych podczas wojny) zostało przetransportowanych nie do przymusowej pracy w niemieckich fabrykach amunicji, lecz na niemiecką część Antarktydy!
Obrazek
Fotografia wolnych od lodu gór na Antarktydzie, wykonana podczas jednej z sesji aerofotogrametrycznej.
Czy enigmatyczna Stacja 211, czyli Neuberlin, znajdowała się w takim właśnie miejscu, jak twierdzą to
uporczywe pogłoski?

Iwanienko twierdził dalej, że kobiety z ASF wysyłane były w takiej ilości, że „cztery Ukrainki przypadały na jednego Niemca”. Jeśli to prawda, oznaczałoby to, że do Neuschwabenland, jak nazywano terytorium Antarktydy, do którego prawa rościły sobie Niemcy, udało się około 2500 mężczyzn. Niektórzy z nich mogli być naukowcami i inżynierami, wysłanymi do pracy nad zaawansowanymi systemami broni, wielu z nich jednak musiało być dość niezwykłymi żołnierzami – tak zwanym „Ostatnim Batalionem”. Być może byli członkami himmlerowskiego Waffen-SS? Żołnierzami, którzy sprawdzili się w walce, na przykład na Froncie Wschodnim? Rety! Cztery dziewczęta na jednego mężczyznę to lepsze, niż Surf City Beach Boysów! Niektórzy wierzą, iż kolonia Neuschwabenland przetrwała nie tylko koniec II Wojny Światowej, ale także wielką bitwę z 3500 Marines oraz samolotami podczas „Operacji Highjump”, jak wkrótce opowiemy. Jakby wszystko to nie było wystarczająco niewiarygodne, Iwanienko napisał dalej: „Całkowita liczba nazistów na Antarktydzie przekracza obecnie dwa miliony, a […] wielu z nich poddało się operacji plastycznej, aby z większą łatwością móc przemieszczać się po Ameryce Południowej i przeprowadzać wszelkiego rodzaju transakcje biznesowe”. Nazwał on Rzeszę Antarktyczną „jednym z najpotężniejszych militarnie państw świata, ponieważ jest w stanie kilkakrotnie unicestwić USA, wykorzystując wystrzeliwane z łodzi podwodnych pociski nuklearne, jednocześnie pozostając zabezpieczonym przed nuklearnym kontratakiem amerykańskim ze względu na grubą na ponad trzy kilometry pokrywę lodową”. Twierdził dalej, iż miasto zwane Neuberlin (Nowy Berlin), stolica kolonii, rozciąga się wzdłuż „wąskich, wydrążonych pod lodem tuneli”, znajdujących się pod nie wymienionym z nazwy łańcuchem górskim, a ogrzewane jest poprzez „wulkanicznego pochodzenia otwory wentylacyjne”. Całkowicie już dając upust wyobraźni, dodaje też, że Neuberlin przylega do „prehistorycznych ruin miasta Kadath, które mogło być zbudowane przez osadników z zagubionego kontynentu, Atlantydy, grubo ponad 100.000 lat temu”. Przeszukanie Internetu pokazuje, iż wielu innych badaczy spoza oficjalnego kręgu także twierdzi, iż pod lodami Antarktydy odnaleziono – a być może nawet ponownie zasiedlono – ruiny Atlantydy. Niektórzy mówią, że Atlantyda znajduje się przy jednym z ok. 70 ciepłych jezior, które odkryto na głębokości wielu kilometrów pod powierzchnią polarnej czapy lodowej, jak na przykład Jezioro Wostok (Wschód) przy rosyjskiej bazie niedaleko Bieguna Niedostępności. Innym z często czynionych twierdzeń odnośnie Neuberlina jest to, wedle którego w mieście znajduje się Dzielnica Obcych, w której mieszkają Plejadanie, Zeta Reticulanie, Reptoidzi, Aldebaranowie, Ludzie w Czerni i inni gwiezdni przybysze. Jak już wspomnieliśmy, naziści pracowali nad niezwykle zaawansowanymi maszynami latającymi, z których część mogła opuszczać ziemską atmosferę. Niektórzy badacze są przekonani, że nazistom istotnie udało się polecieć na księżyc, a nawet na Marsa. Czy po opuszczeniu ziemi nawiązali kontakt z przybyszami z kosmosu? Czy też może ich rakiety, pojazdy „foo-fighter” i latające dyski sprowokowały obcych do odwiedzin na ziemi?

Naszym ulubionym przypadkiem daleko posuniętej kuriozalności rodem z brukowców jest dziwna sekta religijna, zwana Redempcjonistami. Wierzą oni, iż w roku 1954 Hitler odbył podróż na księżyc na pokładzie zbudowanego przez nazistów latającego talerza, gdzie spotkał się z obcymi z Aldebarana, najjaśniejszej gwiazdy w konstelacji Byka. Owi obcy, na istnienie których brak naturalnie jakichkolwiek dowodów, zabrali potem Adolfa do swego świata. Lecz, mówią wyznawcy kultu, wkrótce powróci na mostku flagowego okrętu olbrzymiej kosmicznej armady z Aldebarana i „odkupi” Ziemię!

We współczesnej ustnej tradycji ufologicznej krąży opowieść, jakoby latem 1936 roku w Szwarcwaldzie rozbił się pozaziemski statek kosmiczny o napędzie antygrawitacyjnym, odnaleziony przez nazistów i dokładnie przez ich zbadany, co wyjaśniałoby ich program rozwoju latających talerzy. Przypomina to bardzo opowieści o podobnie wydobytym wraku rozbitego „spodka” niedaleko Roswell w stanie Nowy Meksyk w roku 1947, prace badawcze nad którym doprowadziły w efekcie do odkrycia tranzystora (opatentowanego przez Bell Laboratories w kolejnym roku), światłowodów i innych egzotycznych technologii. Wedle Iwanienki w ostatnich latach „idea Germańsko-Słowiańskiej Antarktycznej Rzeszy zyskuje coraz większą popularność”. Twierdzi on, że o Rzeszy Antarktycznej „mówi się coraz częściej” w Rosji, Polsce, na Ukrainie, Białorusi i w innych krajach Europy Wschodniej. W numerze gazety Frankfurter Allgemeine z 10 maja 2003 roku polski dziennikarz A. Stagjuk [przypuszczalnie zniekształcone nazwisko – przyp. tłumacza] krytykuje decyzję Polski o wysłaniu oddziałów do Iraku w ramach pomocy Amerykanom w ich okupacji tego kraju. Pod koniec artykułu stwierdza on: „następny rząd Polski podpisze traktat z Antarktydą i wypowie wojnę USA”. W tym samym tygodniu słowa Stagjuka nadała operująca na falach krótkich stacja Deutsche Welle. Czy rzeczywiście pod lodem znajduje się miasto, zamieszkane przez wnuki i prawnuki pierwotnych osadników-esesmanów; czy też jest to jedynie Miejska Legenda, a Ziemię królowej Maud zamieszkują jedynie ptaki i naukowcy o trzeźwych umysłach? Czy też może prawda leży gdzieś pośrodku? Na co – jeśli w ogóle – natknął się admirał Byrd w roku 1947?

Autorzy:

Jerry Smith i George Piccard

Tłumaczenie:

Własność Fundacji NAUTILUS
(artykuł pochodzi z czasopisma „World Explorer” wydawanego przez The World Explorers Club)



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 30 lis 2010, 21:30 
Offline
Grand Elect Mason * 14th Degree
Grand Elect Mason * 14th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 gru 2009, 21:34
Posty: 1401
Lokalizacja: Wrocław....
Płeć: mężczyzna
Bitwa o Neuschwabenland cz.2

Jak to już wcześniej odnotowano, w latach 1946-47 admirał Byrd mógł poszukiwać Stacji 211.
Podczas działań oficjalnie określonych jako „szkoleniowe”, w ciągu ponad miesięcznego okresu
tuzin okrętów z prowadzonej przez Byrda w trakcie „Operacji Highjump” („Skok z wysoka”)
flotylli przybył do trzech różnych punktów zbornych na oceanie południowym wewnątrz kręgu
polarnego, a pierwszy z nich zarzucił kotwicę w dniu 30 grudnia 1946 roku. Uporczywe pogłoski
twierdzą niezmiennie, iż prawdziwym celem operacji było odnalezienie Stacji 211 i – jeśli była
zamieszkana – nawiązanie walki z nazistami w ich fortecy.
Wedle planu większa część ludzi i sprzętu, tzw. Grupa Centralna, miała udać się do
antarktycznego „domu” Byrda, Małej Ameryki na Lodowcu Szelfowym Rossa, gdzie planowano
założyć główną bazę. Były jeszcze dwie grupy okrętów, z których każda składała się z
pomocniczego statku przewożącego hydroplany, niszczyciela i tankowca. Jedna z grup miała
rozpocząć operację na wschód od Grupy Centralnej, a druga – na zachód od niej.
Grupa Wschodnia, pod dowództwem kapitana George’a J. Dufeka, miała rozpocząć
przemieszczanie się po przeciwnej stronie kontynentu, niż obóz bazowy w Małej Ameryce. Grupa
Wschodnia rozpoczęła swą misję od rekonesansu na Ziemi Królowej Maud (zwanej przez Niemców
Neuschwabenland), a następnie przemieściła się na zachód i wykonała w tym czasie w dużej ilości
dokładne zdjęcia Niemieckiej Antarktydy. Z kolei Grupa Zachodnia, dowodzona przez kapitana
Charlesa A. Bonda, rozpoczęła od środka i zakończyła swą trasę w połowie drogi wokół
kontynentu, na Ziemi Królowej Maud, tym samym zamykając koło.
Tyły osłaniał całkiem nowy lotniskowiec, The Philippine Sea („Morze filipińskie”) z admirałem
Byrdem na pokładzie. Statek właśnie kończył próbny rejs niedaleko Zatoki Guantanamo na Kubie,
kiedy nadeszły rozkazy, że ma on uczestniczyć w „Operacji Highjump”. Pospieszna podróż na
północ przywiodła go do portu Bazy Marynarki Wojennej w Norfolk w stanie Wirginia.
Zakończenie przygotowań do liczącej 10.000 mil morskich trasy zajęło miesiąc.
Obrazek
Naszywka naramienna uczestnika Operacji Highjump.

Ponieważ statek miał przepływać Kanałem Panamskim, należało dokonać zmian w strukturze
kadłuba oraz pokładu głównego. Kanał został skonstruowany na początku XX wieku i może
zmieścić tylko jednostki niewielkich, względnie średnich rozmiarów. Współczesne giganty mórz –
supertankowce, kontenerowce i pływające miasta, jakimi są nowoczesne transportowce – zmuszone
są, jak ich żaglowi poprzednicy przed wiekami – do opływania Przylądka Horn.
Wkrótce doki wokół Philippine Sea zapełniły się skrzyniami, pełnymi ważącego ponad sto ton
wszelakiego rodzaju sprzętu i zapasów, czekających na załadunek. Na głównym pokładzie
wylądowało kilka śmigłowców, które zabezpieczono i przymocowano na czas podróży.
Potem zaś pojawił się największy problem, czyli sześć transportowców R4D. Były to wojskowe
wersje słynnych DC3. Były zdecydowanie za duże, by móc samodzielnie wylądować na pokładzie
lotniskowca z czasów II Wojny Światowej, a ich start z takiego lotniskowca możliwy był jedynie
przy wykorzystaniu przymocowanych do boków silników rakietowych. Lądowisko dla tych
samolotów znajdowało się o ponad milę od doku, tak więc przez sam środek bazy morskiej trzeba
było przebić pas, biegnący od lądowiska do nabrzeża. Piloci musieli przejechać każdym z
samolotów przez tę wąską ścieżkę; na końcach skrzydeł siedzieli marynarze, co niwelowało
ewentualność poderwania samolotu do góry przy silnych podmuchach wiatru i rzucenia nim o
ściany budynków, płoty czy maszyny. Niejednokrotnie czubki skrzydeł znajdowały się o cale od
katastrofy. Na sam koniec na pokładzie Philippine Sea zjawił się admirał Byrd, który przybył na zaledwie
kilka godzin przed odpłynięciem. Tuż po południu 2 stycznia 1947 roku, z admirałem Byrdem
stojącym na mostku, Philippine Sea powoli zaczął oddalać się od mola przy dźwiękach grającej
orkiestry i salutującym dowództwie lokalnej bazy.
Obrazek
USS Philippine Sea, załadowany po brzegi zapasami żywności, helikopterami oraz gigantycznymi
samolotami transportowymi R4D, które wymagały napędu rakietowego, by wystartować z pokładu i
musiały być pozostawione na Antarktydzie, gdyż były zbyt duże, by wylądować z powrotem na
lotniskowcu.

Grupa Centralna dotarła do umówionego punktu zbornego na Antarktydzie trzy dni przed
opuszczeniem portu przez Philippine Sea, przybywając na Wyspę Scotta 30 grudnia 1946 roku. A
właściwie cała Grupa z wyjątkiem lodołamacza Burton Island. On także odbywał swój dziewiczy
rejs próbny, kiedy załoga otrzymała rozkaz uczestnictwa w misji. Burton Island odpłynął ze swej
bazy na zachodnim wybrzeżu późno i na ocean południowy przybył jako ostatni – w istocie
dopłynął tam właśnie w chwili, kiedy ogłoszono pospieszny odwrót, jak za chwilę zobaczymy.
Pierwszą „ofiarą” Wojny Byrda była łódź podwodna USS Sennet. Okręty Grupy Centralnej
podążały za lodołamaczem Northwind poprzez lodowy pak ku otwartym wodom Morza Rossa.
Wedle oficjalnej historii lód okazał się zbyt niebezpieczny dla łodzi podwodnej, którą odholowano
z powrotem na Wyspę Scotta. Niektórzy badacze spekulowali, że w istocie natknęła się ona na
niemieckie linie obrony przeciw łodziom podwodnym. Z Morza Rossa łódź odpłynęła na Nową
Zelandię w celu dokonania remontu, a potem udała się do swej bazy w strefie Kanału. Pozostała
część grupy dotarła do Zatoki Wielorybów 15 stycznia.
W ciągu następnych dwóch dni grupy żołnierzy zeszły na stały ląd i wybrały lokalizację obozu
bazowego. Gdy już dokonano wyboru budowa Małej Ameryki IV rozpoczęła się natychmiast.
Wkrótce rozładowano szereg różnych pojazdów, które wykorzystano przy budowie trzech pasów
startowych ze ubitego śniegu i jednego krótkiego pasa ze stalowych mat, a także przy
przygotowaniu powierzchni lodu na budowę miasteczka namiotowego (które również mogło się
pochwalić jedną wykonaną z blachy falistej chatą typu Quonset). Ciężka maszyneria, użyta przy
wykonywaniu tych zadań to m.in. traktory, jeepy, pojazdy typu „łasica”, buldożery inny sprzęt
gąsienicowy.
Drugi wypadek, przy tym pierwszy fatalny (oficjalnie), miał miejsce 21 stycznia. Ofiarą był
młody marynarz, Vance Woodall, ze statku zaopatrzeniowego Yancey. Wedle jednego z opisów
zajścia: „Traktory D6 okazały się zbyt ciężkie, by jechać po śniegu, pokrywającym powierzchnię
lodu w zatoce. Aby uzyskać wystarczającą moc ciągnienia, kierowcy musieli rozjeżdżać śnieg
poruszającymi się stalowymi gąsienicami, aż osiągnęły one poziom twardego lodu. Często
zdarzało się wówczas, że jedna gąsienica „chwytała” lód wcześniej, niż druga, sprawiając, że
traktorem gwałtownie miotało na boki, dopóki obie gąsienice nie sięgnęły lodu. Oficjalny raport
z wypadku stwierdza, że Woodall uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, gdy jego prawe ramię i
głowa dostały się pomiędzy gąsienicę a jedno z kół kiedy traktorem nagle targnęło w przód.
Kręgosłup Woodalla był połamany „wysoko w części szyjnej” i marynarz, który służył w
wojsku od zaledwie siedmiu miesięcy, zmarł na miejscu”.
Cztery dni później przybył wielce niezadowolony admirał Byrd. Philippine Sea spotkał się z
Grupą Centralną 25 stycznia niedaleko Wyspy Scotta. Cztery dni potem, 29 stycznia, szczęśliwie
wystartowały dwa pierwsze R4D, odbywając niebezpieczny lot do Małej Ameryki – na pokładzie
pierwszego z nich, lecącego wyżej, znajdował się admirał Byrd. Do 30 stycznia przybyło
bezpiecznie wszystkich sześć samolotów R4D. Tym samym skończyło się zadanie lotniskowca.
Zbyt duże, by powrócić na pokład statku, R4D miały być po prostu pozostawione na Antarktydzie
po zakończeniu misji. Philippine Sea natychmiast zawrócił i czym prędzej udał się w stronę domu,
przybywając do Quonset Point na Rhode Island 28 lutego.
Ze swej bazy w Małej Ameryce sześć samolotów R4D odbyło dziesiątki lotów fotogrametrycznych
mających na celu wykonanie zdjęć zamarzniętego wnętrza kontynentu, w tym także
samego Bieguna Południowego. W tym czasie koledzy pilotów w „latających łodziach” PBM, które
wystartowały ze statku pomocniczego w Grupie Wschodniej i Zachodniej, latali z podobnymi
misjami wzdłuż całego wybrzeża Antarktydy.
W sumie wykonano ponad 73.000 fotografii. Lecz to, co mogło być marzeniem kartografa
okazało się kartograficznym koszmarem. Ze względu na brak odpowiednich punktów odniesienia
na lądzie wartość miało tylko kilka tysięcy zdjęć. Bez znajomości lokalizacji, do których odnosiły
się zdjęcia nie było możliwe złożenie z nich mozaiki i stanowiły one tylko pozbawione znaczenia
obrazy lodu. A przynajmniej tak twierdzono.
W kolejnym roku zorganizowano znacznie mniejszą ekspedycję, nazwaną „Operacja Windmill”
(„Wiatrak”), utrzymując, że jej celem miało być właśnie zebranie tych punktów odniesienia.
Niektórzy badacze utrzymują, że prawdziwym celem „Operacji Windmill” było stwierdzenie, czy
Stacja 211 jest wciąż zamieszkana.
Nie znaczy to wcale, iż projekt mapowania Antarktydy podczas „Operacji Highjump” przebiegał
bezproblemowo. Wszystkie trzy grupy nękała zła pogoda: mgły, niski pułap chmur, gęste chmury w
wyższych warstwach atmosfery, silne wiatry itp.; jednakże najgorsze warunki miała Grupa
Zachodnia, spędzając całe tygodnie bez startu choćby jednego samolotu.
Najbardziej zdumiewającym wydarzeniem dla Grupy Zachodniej było odkrycie „Oazy Bungera”.
Jak zapisał jeden z kronikarzy wyprawy: „30 stycznia lub 1 lutego (zapisy nie są jasne)
pilot PBM porucznik David E. Bunger wzniósł się nad zatoką i poleciał na południe w kierunku
oddalonego o jakieś sto mil kontynentu. W tym samym czasie USS Currituck znajdował się niedaleko
Szelfu Lodowego Shackletona na Wybrzeżu Królowej Marii, części Ziemi Wilkesa.
Docierając do brzegu Bunger przeleciał w kierunku zachodnim, a jego kamery wciąż pracowały.
Nagle ludzie w kokpicie zauważyli, jak znad nagiego, białego horyzontu pojawia się ciemny punkt,
a gdy się doń zbliżyli, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Byrd opisał to później
jako „ziemię pełną błękitnych i zielonych jezior oraz brązowych wzgórz pośród nieskończonych przestrzeni lodu”.
Bunger i jego ludzie uważnie przyjrzeli się temu obszarowi, a potem pospieszyli w stronę statku, by opowiedzieć
innym o swym odkryciu. Kilka dni później Bunger wraz z załogą powrócili, by jeszcze raz rzucić
okiem na swe odkrycie i stwierdzili, że jedno z jezior jest wystarczająco duże, by na nim
lądować. Bunger wylądował ostrożnie swą „latającą łodzią” i powoli się zatrzymał. Jak na
Antarktydę woda była dość ciepła, miała bowiem około 30º wedle ocen ludzi, którzy zanurzali w
niej ręce po łokieć. Jezioro wypełniały czerwone, błękitne i zielone algi, które nadawały
jeziorom charakterystyczną barwę. Zdawało się, że chłopcy „przenieśli się z dwudziestego wieku
w krajobraz sprzed tysiąca lat, kiedy to ziemia dopiero zaczynała się wyłaniać spod jednego z
największych zlodowaceń”, jak później pisał Byrd. Byrd nazwał to odkrycie „jak dotąd
najważniejszym, w każdym razie na tyle, na ile opinia publiczna interesowała się ekspedycją”.”
Dr Paul Siple, najbliższy przyjaciel admirała Byrda, który towarzyszył mu we wszystkich jego
polarnych ekspedycjach, także i w tej, skomentował później to odkrycie mówiąc, że ledwie wśród
naukowców biorących udział w ekspedycji zaczęły się dyskusje na temat natury „Oazy Bungera”,
„a już jedenastu przedstawicieli prasy na pokładzie USS Mount Olympus wysłało w świat depesze,
opisujące oazę jako „Szangri-la” i sugerujące, że ogrzewane jest ono tajemniczym źródłem ciepła i
zdolne do podtrzymywania życia roślinnego”. Czy terminy „Szangri-la” oraz „tajemnicze źródło
ciepła” brzmią znajomo? Oficjalnie, ze względu na słony posmak wody z próbki pobranej przez
Bungera, „Oazę Bungera” uznano po prostu za niewielką zatokę morską.
Grupa Wschodnia, przelatująca nad Neuschwabenland, była tą, która jako następna poniosła
(zanotowane oficjalnie jako ostatnie) straty. Oficjalna wersja głosiła, iż jedna z ich „latających
łodzi” PBM, zwana George One, uderzyła w wierzchołek góry i spadła, schodząc niżej i zabijając
trzy osoby. Tamte wydarzenia zapisał jeden z rozbitków, radiooperator Jim Robbins:
„Mój radar nie wyłapywał nic, prócz wierzchołków górskich szczytów, posiadających
szorstką powierzchnię o dobrych właściwościach odbijających. Wedle wskazań radaru
znajdowały się one 25 kilometrów ode mnie. Zgadzało się to z naszymi obdarzonymi wielkim
błędem mapami, a byliśmy wciąż spowici mgłą i lataliśmy na wysokości 240 metrów (prawie
zawsze poniżej pułapu złej pogody); mieliśmy właśnie zawracać, gdyż nie mieliśmy
nieograniczonego pułapu i widoczności nad wybrzeżem, jak zanotowała załoga podczas
wcześniejszego lotu George One. Zanim zdążyliśmy zawrócić, uderzyliśmy o wzniesienie, co
spowodowało eksplozję. W kadłubie i znajdującym się w nim zbiorniku paliwa mieliśmy
wyrwaną dziurę, co sprawiło, że 145-oktanowe paliwo zaczęło wylewać się na zewnątrz.
Płomienie z dyszy silnika natychmiast spowodowały jego zapłon. Była to zapewne największa
eksplozja lotnicza w dziejach, już wówczas w roku 1946! Cały kadłub po prostu uległ całkowitej
dezintegracji! Większość z nas została zmieciona z pokładu w tym samym kierunku. Dwóch
dostało się pomiędzy łopatki śmigła i natychmiast zginęło”.
Wychodząca w miejscowości Duluth w stanie Minnesota gazeta News-Tribune z dnia 2 stycznia
2005 roku zamieściła na stronie 7A artykuł, zatytułowany „Marynarka wojenna próbuje odnaleźć
samolot pozostawiony na Antarktydzie 58 lat temu”, w którym czytamy m.in.:
„27 listopada 2004 roku marynarka odbyła wstępny lot […], którego celem było odnalezienie
wraku George’a 1, samolotu, który rozbił się w roku 1946. Ekipa poszukiwawcza, lecąca na
pokładzie samolotu Orion P-3, należącego do Chilijskiej Marynarki Wojennej, składała się z
chilijskiej załogi wojskowej oraz naukowców z NASA, współpracujących ze sobą w tej misji.
[…]
Podczas trwającego 11 godzin lotu w obie strony – z i do Puenta Arenas, najbardziej na
południe wysuniętego miejsca w Chile – samolot poszukiwawczy obniżył się aż do pułapu 500
stóp (150 metrów) nad Wyspą Thurstona, aby umożliwić naukowcom wykorzystanie radaru oraz
promieni lasera w celu zlokalizowania pozostałości należącego do Marynarki Stanów
Zjednoczonych hydroplanu PBM (Martin) Marines. […]
Choć nieznani szerokiemu ogółowi, trzej mężczyźni, którzy zginęli w wypadku (w 1946
roku) – Wendell K. Hendersin, Maxwell Lopez oraz Frederick Williams – wciąż uważani są na
Antarktydzie za bohaterów”.
W amerykańskiej stacji badawczej McMurdo, znajdującej się na krawędzi Szelfu Lodowego
Rossa, znajduje się tablica, upamiętniająca czterech mężczyzn, którzy zginęli podczas „Operacji
Highjump” i którzy byli pierwszymi Amerykanami, jacy kiedykolwiek zginęli podczas wielu
ekspedycji, organizowanych przez Byrda.
Przyznać należy, iż oficjalne sprawozdania z operacji nie brzmią jak raporty z działań
wojennych. Istnieją jednak uporczywe pogłoski o zażartych bojach, wielkiej ilości ofiar,
zestrzelonych samolotach itp. Czy wszystko to są tylko zmyślone opowieści? Jeśli tak, czemu Byrd
stał na czele istnej armady i 3.500 Marines? I dlaczego kapitan Richard H. Cruzen, dowódca
operacyjny ekspedycji, nakazał nagłe zakończenie misji po zaledwie ośmiu tygodniach, choć ich
zaopatrzenie wyliczone było na trwający 6 do 8 miesięcy pobyt w regionach polarnych? Czemu
ludzie, którzy zginęli w „wypadkach” zostali zapamiętani jako bohaterowie wojenni?
Czy Byrd, a być może także załoga George One, natknęli się na nazistowski latający talerz?
Niektórzy uważają za dowód, że tak się właśnie stało wypowiedź admirała dla chilijskiej gazety
Brisant, jaki poczynił na pokładzie statku Mount Olympus w drodze do domu:
„USA musiały podjąć działania defensywne przeciw wrogim myśliwcom, nadlatującym z
regionów polarnych. […] Myśliwcom, które zdolne są przelecieć z jednego bieguna na drugi z
niewiarygodną prędkością”.
Wedle słów badacza spraw paranormalnych, Alana DeWaltona:
„Jedną z rzeczy, którą stwierdził admirał Byrd podczas konferencji prasowej po porażce na
Antarktydzie, było to, że cały kontynent antarktyczny należy otoczyć „murem instalacji
obronnych, ponieważ stanowi on ostatnią linię obrony dla Ameryki”. Choć podczas wojny USA
i Rosja byli sprzymierzeńcami, nagle powstała „Żelazna Kurtyna”, a wówczas Rosjanie i my
staliśmy się wrogami.
Zarówno Sowieci, jak i Stany Zjednoczone otoczyli bieguny bazami obronnymi i wczesnego
wykrywania, a pomiędzy nimi znajdował się nagi pas ziemi niczyjej, na której nie mieszkał
absolutnie nikt, ale czy rzeczywiście? Czy to możliwe, że udawaliśmy, że bronimy się przed
Rosjanami, a Rosjanie udawali, że bronią się przed nami, a w istocie zarówno my, jak i oni
obwialiśmy się tego, co było pomiędzy nami – Ostatniego Batalionu nazistów?”
Inną rzeczą, którą twierdzili niektórzy badacze, choć pierwotne źródło tej pogłoski trudno
odnaleźć, był fakt, że po powrocie do Stanów admirał Byrd wpadł w szał przed Prezydentem i
Połączonym Dowództwem Sztabu (według niektórych wersji tej historii zeznawał on przed
Kongresem) i nie znoszącym sprzeciwu tonem, silnie „zasugerował”, by z Antarktydy uczynić pole
testowe broni termonuklearnej. Miejskie Legendy dodają, że wkrótce po żądaniach Byrda, by
zbombardować nazistów na Antarktydzie bombami nuklearnymi, nad Kapitolem pojawiły się
NOLe. Snuto przypuszczenia, że niektóre z owych NOLi były nazistowskimi pojazdami z
Antarktydy, ostrzegającymi USA przed możliwością działań odwetowych, gdyby posłuchano
rekomendacji Byrda.
Proszę nam wierzyć, usilnie próbowaliśmy udowodnić powyższe! Nie znaleźliśmy żadnego
śladu domniemanego zeznania Byrda przed Kongresem, ale udało nam się ustalić, że został
wysłuchany przez Prezydenta, a zapiski z tego spotkania są wciąż do tej pory utajnione. W istocie
dwukrotnie nad Kapitolem widziano UFO, raz za dnia, a nieco później także nocą. Były
obserwowane przez tysiące ludzi, a krajowej prasie pojawiły się odpowiednie reportaże. Niestety do
obserwacji tych doszło w roku 1951, na długo po powrocie Byrda do USA, i prawie dwa lata po
zakończeniu „Operacji Windmill”. Nie wydaje się nam prawdopodobne, aby pomiędzy tymi
dwoma wydarzeniami istniał jakiś związek.
Obrazek
W drodze powrotnej do domu z operacji Highjump Admirał Byrd powiedział: „Niezbędne było podjęcie
działań defensywnych przeciwko wrogim myśliwcom, które nadlatywały z regionów polarnych. […]
Myśliwcom, zdolnym przelecieć z jednego bieguna na drugi z niewiarygodną prędkością”. Cóż miałoby
to oznaczać, jeśli nie fakt, że natknięto się na nazistowskie UFO?

Po operacjach Highjump i Windmill na Antarktydę udały się dosłownie dziesiątki ekspedycji.
Choć przez następną dekadę Amerykanie trzymali się z daleka od tego kontynentu, w ciągu
następnych kilku lat ekspedycje zorganizował ponad tuzin różnych narodowości. Wspólna opinia
autorów niniejszego opracowania jest taka, że jeśli istniała Stacja 211, to z całą pewnością została
porzucona na długo przed ogłoszeniem Międzynarodowego Roku Geofizycznego (1958-59), kiedy
to Antarktydę odwiedziła rekordowa liczba zwiedzających i badaczy spoza Niemiec.

Ekspedycja Hartmanna

Nasza opowieść o legendzie Włóczni Przeznaczenia, opisanej w książce Secrets of the Holy
Lance („Zagadki Świętej Włóczni”) rozpoczęła się i zakończyła w roku 1979, wraz z odzyskaniem
Świętej Włóczni z lodów Antarktydy przez „Ekspedycję Hartmanna”. Nasza próba odtworzenia tej
historii była, jak przyznajemy, fikcją i łączyła materiał z książek pułkownika Buechnera i kapitana
Bernharta z rezultatami naszych własnych badań odnośnie Stacji 211. Rozpoczęliśmy i
zakończyliśmy historię włóczni w roku 1979 ponieważ, o ile przekazy są choć po części
prawdziwe, Włócznia Przeznaczenia nie jest eksponatem, wystawionym w jakimś muzeum albo
schowanym głęboko w skarbcach jakiegoś kościoła, lecz w istocie odgrywa aktywną rolę na arenie
światowej. „Przeznaczenie świata na dobre lub na złe” znów może znajdować się w rękach jednego
człowieka!
W książce Adolph Hitler and the Secrets of the Holy Lance („Adolf Hitler i zagadki Świętej
Włóczni”) pułkownik Buechner i kapitan Bernhart opowiadają ze szczegółami, jak doszło do
ekspedycji Hartmanna. Wszystko zaczęło się, jak piszą, w roku 1969, kiedy to Rudolfa Hessa
zabrano do brytyjskiego szpitala, by tam leczyć jego wrzody. Kilka dni później były członek załogi
U-boota 530, jednej z łodzi podwodnych, które poddały się w Mar del Plata po zakończeniu wojny,
otrzymał klucz do skrytki bankowej w Szwajcarii. W skrytce znajdowały się wskazówki do innej
skrytki, w której znaleziono pewną ilość zapieczętowanych kopert oraz znaczną ilość ukrytych
płynnych aktywów.
Zapieczętowane koperty w szwajcarskim banku otworzył były członek załogi łodzi U-530.
Poinstruowano go, by skontaktować się i przekazać zawartość skrytki człowiekowi, któremu Hitler
osobiście powierzył przetransportowanie swego najbardziej cennego dobytku, w tym Świętej
Włóczni, na Antarktydę. W książkach Buechnera i Bernharta identyfikowany jest on jedynie jako
„pułkownik Maximilian Hartmann” i sami przyznają, że nie jest to nazwisko prawdziwe. Hartmann
nie opuścił Niemiec pod koniec wojny, lecz dopilnował, by w ostatnich dniach wojny wysocy rangą
urzędnicy, tacy jak Martin Bormann, osobisty sekretarz Hitlera, a także skarb Rzeszy, który
powierzył mu Hitler wydostali się z kraju dwiema lub większą ilością łodzi podwodnych. Ta grupa
łodzi podwodnych, licząca sobie pomiędzy 3 a 12 jednostek, nazywana była często „Konwojem
Führera”. Była to część północnego tzw. projektu „Rat Line” („Linia Szczura”), która umożliwiła
nazistom ucieczkę – a być może nawet samemu Führerowi!
Marynarz zrobił tak, jak mu nakazano, przekazując koperty pułkownikowi Hartmannowi. W
pierwszej z nich Hartmann odnalazł zakodowaną wiadomość od profesora Karla Haushofera.
Haushofer był tym dla Trzeciej Rzeszy, czym dla ostatnich kilku prezydentów USA był Wielebny
Billy Graham. Był nie tylko powiernikiem i spowiednikiem, lecz także aktywnie kształtował sposób
myślenia najwyższego dowództwa nazistowskiego. Jego wierzenia zmotywowały po części
nazistów do poszukiwania Arki Przymierza i Agarthy, mistycznego królestwa oświeconych istot,
mieszkających wewnątrz pustej w środku ziemi! Odszyfrowana wiadomość przekazywała dokładne
położenie skrzyń z brązu, które tyle lat temu Hartmann wysłał na Antarktydę na pokładzie łodzi
podwodnej.
Druga koperta zawierała instrukcje dla Hartmanna, by odtworzył Wielką Radę Rycerską
Himmlera, lecz tym razem rycerze mieli poświęcić siebie, a także wykorzystywać moc Świętej
Włóczni, w celu zaprowadzenia pokoju na świecie. Organizacja miała być także znana pod nową
nazwą, Rycerze Świętej Włóczni.
Trzecia koperta zawierała bardzo znaczną sumę pieniędzy. Dzięki nim Hartmann rozpoczął
tworzenie zakonu Rycerzy Świętej Włóczni oraz przygotowania do odzyskania ich mistycznego
talizmanu, Włóczni Przeznaczenia. Jak napisali Buechner i „Bernhart”:
„W roku 1974 Zakon Rycerzy został zreorganizowany przez byłego oficera armii niemieckiej,
niejakiego pułkownika Maximiliana Hartmanna, teraz jednak cele grupy były zasadniczo inne.
Tym razem nie było żadnego starego zamczyska, w którym by się spotykano. Wojskowe
mundury zostały zastąpione przez służbowe garnitury, a broń ustąpiła miejsca neseserom.
Zniknęła przemoc, a miast niej używano mądrych negocjacji”.
Pamiętnik Hartmanna w szczegółach opisuje długą i nieco nieprawdopodobną serię przesiadek z
jednego samolotu do kolejnego, potem podróż łodziami i wreszcie helikopter na Antarktydę. Choć
wydaje się, że Buechner akceptuje prawdziwość pamiętnika, autorzy niniejszego artykułu mają
wielkie trudności z jego przyswojeniem. Szczerze powiedziawszy, czyta się go jak kiepską,
amatorską powieść. Z drugiej strony, czegóż chcieć od starzejącego się biznesmena, piszącego po
niemiecku tekst przetłumaczony następnie na angielski przez równie wiekowego niemieckiego
marynarza, dla którego angielski nie był językiem ojczystym? Jak już wcześniej wspomniano,
przypuszczamy, że narracja poprzetykana jest fałszywymi wskazówkami i półprawdami aby
zapobiec rozpoznaniu przez kogokolwiek osób zaangażowanych w całe przedsięwzięcie – o ile,
rzecz jasna, rzeczywiście coś takiego istotnie miało miejsce.
Ostatecznie pułkownik Hartmann przybył na Antarktydę śmigłowcem wraz z trzema innymi
Rycerzami Świętej Włóczni. Zlokalizowali oni i usunęli stalowe płyty umieszczone nad wejściem
do komnaty, w której znajdowała się Włócznia i znaleźli wykładany stalowymi arkuszami tunel,
wiodący w głąb góry. Jak czytamy w dzienniku wyprawy:
„Nasze latarki oświetlają stalowy tunel, który ciągnie się na około dziesięć metrów. Kiedy
docieramy do końca tunelu, znajdujemy się w wielkim pomieszczeniu, przypominającym
jaskinię. Wydaje się być ciepłe. Rozświetlamy latarkami ową salę i zauważamy zamarznięte
słupy lodu o dziwacznych i groteskowych kształtach. Idziemy w głąb jaskini przez jakieś 300
metrów. To właśnie wówczas doszliśmy do mniejszej jaskini, która skręcała w prawo i kończyła
się komnatą szeroką na około 80 metrów i na dziesięć metrów wysoką. To tu właśnie ukryte są
skarby Rzeszy!
W tym miejscu ustawiono niewielki obelisk o mniej więcej metrowej wysokości, który
oznacza miejsce ukrycia skarbów. Znajduje się na nim inskrypcja: „Zaiste jest więcej rzeczy na
niebie i „w” ziemi, niż to się może przyśnić (Za tym punktem mieści się AGHARTA)
Haushofer, 1943”.
Nasze światła natychmiast padają na skarb, składający się z ośmiu dużych skrzyń z brązu.
Oznacza to, że na każdego mężczyznę przypadają dwie skrzynie i że trzeba będzie dwukrotnie tu
wracać. Czy to się nam uda? To się okaże. Każdy z nas chwyta mocno w dłonie brązową
skrzynię”.
Hartmann wkrótce ulega rozczarowaniu, zdając sobie sprawę, że całkowity ciężar skrzyń jest
zbyt wielki, by zespół mógł je wszystkie przenieść do czekającego nieopodal helikoptera. Trzeba
zostawić cztery skrzynie. Hartmann pisze dalej:
„Powrotny marsz jest wyczerpujący i trudny. W drodze powrotnej kilkakrotnie zatrzymujemy
się na odpoczynek. Z każdym krokiem skrzynie stają się coraz cięższe. Coraz częściej musimy
zatrzymywać się, by odpocząć. W końcu docieramy [do helikoptera] w chwili, gdy jesteśmy już
całkowicie wyczerpani. Po kolejnym krótkim odpoczynku rozpoczynamy załadunek brązowych
skrzyń na pokład. Lothar i Heinz odrzucają zapasowy bak z paliwem, przepompowując
wcześniej jego zawartość do głównego zbiornika… Wyrzucamy różne fragmenty zbędnego
sprzętu. Zmniejszamy tym samym ciężar śmigłowca, co wyrówna ciężar dodatkowego ładunku.
Ośmiu skrzyń nie dałoby się po prostu załadować.
Tuż przed odlotem otwieramy skrzynię, zawierającą Świętą Włócznię. Obserwujemy z
największą fascynacją, jak Klauss wyjmuje brązowy sworzeń z zatrzasku. W środku skrzyni
znajduje się spłowiały skórzany futerał oraz pełno innych przedmiotów. Ostrożnie otwieramy
futerał. Jest! Święta Włócznia! Włócznia, która przebiła bok Naszego Pana, Jezusa Chrystusa!
Lampka oliwna, którą zapaliliśmy […] sprawia, że to wszystko wygląda jak jakaś ceremonia.
Chwytam Świętą Włócznię w rękę i podnoszę ją w górę. Niewiele myśląc, wypowiadam słowa:
„Święta Włócznia zawsze zwraca się ku naszym odwiecznym Niemcom”.”
Buechner i Bernhart piszą, iż z Antarktydy pułkownik Hartmann i jego zespół udali się z
powrotem do punktu wyjścia w Brazylii, gdzie otrzymano odpowiednie dokumenty przewozowe,
umożliwiające wywóz Świętej Włóczni jako obiektu sztuki. Umożliwiło im to przejście przez
procedury celne bez większych trudności. Większość z grupy Hartmanna powróciła do Niemiec,
gdzie wiodą życie odnoszących sukcesy, ale pozostających w cieniu biznesmenów.
Jednakże pułkownik Hartmann wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam spotkał się z byłym
członkiem załogi jednej z łodzi podwodnych, której być może admirał Doenitz użył do przewozu
materiałów i ludzi do Stacji 211. Buechner i Bernhart twierdzą, że pułkownik Hartmann pozostawił
owemu marynarzowi pewne przedmioty, w tym także kopię dziennika wyprawy oraz napisany
odręcznie i podpisany list, potwierdzający autentyczność przedmiotów. Hartmann wyjechał,
zabierając ze sobą Włócznię.
Gdzie obecnie znajduje się Święta Włócznia?
Buechner zapewnia nas, że nad Włócznią sprawują teraz opiekę i ochronę owi Rycerze Świętej
Włóczni. Wydaje się, iż ich plan się powiódł, albowiem w rzeczy samej Niemcy znów są
zjednoczone jako jeden, potężny naród. Buechner zmarł wierząc, iż owi współcześni rycerze
chronią Włócznię, nie dopuszczając, by kiedykolwiek dostała się w niepowołane ręce. Czy tak jest
istotnie? Zapewne dopiero przyszłość pokaże.
Obrazek
Czy istnieje obecnie nowy zakon, „Rycerzy Świętej Włóczni”, którzy kierują niewiarygodne moce
Świętej Włóczni ku osiągnięciu światowego pokoju – co jest kompletnie innym celem, niż ten, do którego
dążyli wodzowie Trzeciej Rzeszy, wykorzystujący ją w sekretnych rytuałach na Zamku Wewelsburg?

Jerry E. Smith od ponad 30 lat jest autorem, wydawcą i aktywistą. Pojawił się już ponad 300
razy w różnych programach radiowych i telewizyjnych. Jeździ także z wykładami. Jest autorem
książki HAARP: The Ultimate Weapon of the Conspiracy („HAARP: Ostateczna broń konspiracji”)
(1998) oraz współautorem książki Secrets of the Holy Lance: The Spear of Destany In History &
Legend („Sekrety Świętej Włóczni. Włócznia Przeznaczenia w historii i legendzie”) (2005).
Drugim autorem tej ostatniej pozycji jest George Piccard, który także napisał książkę Liquid
Conspiracy: JFK, LSD, the CIA, Area 51 and UFOs („Płynna konspiracja: JFK, LSD, CIA, Strefa
51 i NOLe”) (AUP, 1999). Piccard jest prawdziwym człowiekiem Renesansu. Nocami jest
gitarzystą prowadzącym i wokalistą w „pre-apokaliptycznym” zespole rockowym The Atomiks, za
dnia zaś nosi garnitur, pracując jako jeden z dyrektorów zarządzających w dziale informatycznym
jednej z czołowych medycznych firm diagnostycznych.

Nol - Niezidentyfikowany obiekt latający

Autorzy:

Jerry Smith i George Piccard

Tłumaczenie:

Własność Fundacji NAUTILUS
(artykuł pochodzi z czasopisma „World Explorer” wydawanego przez The World Explorers Club)



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 26 sty 2011, 22:00 
Offline
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Knight of the East or Sword * 15th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 lut 2010, 23:29
Posty: 1780
Płeć: mężczyzna
Onet o nazistowskich latających spodkach

Cytuj:
Niemieckie talerze latające - niebezpieczny mit

Na początku lat pięćdziesiątych w krajach Europy rosła napływająca ze Stanów Zjednoczonych fala sensacyjnych doniesień na temat UFO. Giuseppe Belluzzo, włoski ekspert od turbin, a zarazem przedwojenny poseł do faszystowskiego parlamentu oraz minister gospodarki doszedł do wniosku, że zna przyczynę owych zagadkowych zjawisk. W wywiadzie udzielonym jednej z gazet stwierdził, że raporty na temat UFO mogą dotyczyć zaawansowanych technicznie wojskowych prototypów dysków, opartych być może na jego własnych pomysłach, pochodzących jeszcze z 1942 roku. Od tego czasu doniesienia na temat niemieckiego UFO zaczęły żyć własnym życiem i zyskały niezasłużony status faktów.


Temat niemieckich badań nad kolistymi aparatami latającymi, zwanymi popularnie V-7, spotyka się w publikacjach z najróżniejszą oceną, począwszy od jego zupełnego ignorowania, poprzez ostrożne uwagi, że być może jest w tym jakiś element prawdy, aż po uznawanie praktycznie wszystkich aspektów tego zagadnienia za autentyczne. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami wnioski te nie są w przekonujący sposób udokumentowane i stanowią raczej domniemania lub przypuszczenia ich autorów niż szczegółową i precyzyjną analizę zakończoną obiektywną weryfikacją.

Celowość zweryfikowania informacji o niemieckich dyskach potwierdzają zaś różne fakty, z których najdobitniejszym wydaje się sama liczba promujących je publikacji. Obecnie sięga ona kilkuset opracowań, w tym wiele książek, wydanych na całym świecie. Dodając do tego imponujący „wkład” autorów różnych internetowych witryn, publikacje poświęcone niemieckim dyskom można śmiało liczyć w tysiącach. Ignorowanie takiej obfitości materiałów i udawanie, że problemu V-7 nie ma dawno przestało być zatem uzasadnione i rozsądne. Sięgając wstecz stwierdzamy, że w coraz starszych opracowaniach o niemieckich dyskach sygnalizowany w nich stopień technicznego zaawansowania owych konstrukcji zaczyna niespodziewanie maleć, zupełnie tak, jak gdyby ktoś wypuszczał powietrze z nadmuchiwanego przez lata balonu. Powyższa cecha jest zarazem pierwszą istotną wskazówką, że w przypadku rewelacji o niemieckich dyskach mamy do czynienia z rozwijającym się od dziesięcioleci mitem. O tym zaś, że wskazówka ta jest prawidłowa, można się przekonać, docierając do najwcześniejszych artykułów poruszających ten problem, a przypadających na lata 1950–1953. To właśnie w tych publikacjach formowały się podstawy mitu o niemieckich dyskach.

Narodziny i rozwój mitu o niemieckich dyskach

Aby udowodnić, że cała historia o V-7 jest niczym więcej, jak tylko mitem, należy dać precyzyjną odpowiedź na cztery podstawowe pytania – gdzie, kiedy i dzięki komu ów mit powstał oraz w jaki sposób „przywędrował” on do czasów współczesnych, rozrastając się po drodze do tak niebotycznych rozmiarów? Nieoczekiwanie rozwiązanie powyższej łamigłówki wyjaśnia równocześnie zagadkowość przewodniego wątku większości publikacji o V-7, jaki stanowi informacja dotycząca czterech postaci – Giuseppe Belluzzo, Rudolfa Schrievera, Richarda Miethego oraz Habermohla – uznawanych powszechnie za głównych budowniczych niemieckich dysków.

Kiedy zatem i gdzie zrodził się ten najbardziej zagmatwany mit o niemieckiej Wunderwaffe?

Był rok 1950. We Włoszech, podobnie jak w wielu innych europejskich krajach, w prasie rosła napływająca ze Stanów Zjednoczonych fala sensacyjnych doniesień na temat UFO. Giuseppe Belluzzo, włoski ekspert od turbin, a zarazem przedwojenny poseł do faszystowskiego parlamentu oraz minister gospodarki z lat 1925–1928, doszedł do wniosku, że zna przyczynę owych zagadkowych zjawisk. W wywiadzie udzielonym dla sobotnio-niedzielnego wydania gazety „Il Giornale d’Italia” (z 25 marca 1950 roku) Belluzzo stwierdził, że raporty na temat UFO mogą dotyczyć zaawansowanych technicznie wojskowych prototypów dysków, opartych być może na jego własnych pomysłach, pochodzących jeszcze z 1942 roku. Aby hipotezę tę uwiarygodnić, Belluzzo przedstawił ogólną charakterystykę zasady działania swojego projektu, który – jak podkreślił – nie wyszedł nigdy poza etap szkiców i wstępnych obliczeń[1]. W twierdzeniach Belluzzo nie było więc mowy o żadnym opracowanym i oblatanym w trakcie II wojny światowej prototypie. W swoim wywiadzie Belluzzo nie wspominał również o tak popularnych obecnie i kojarzonych z V-7 konstruktorach, jak Richard Miethe, Rudolf Schriever czy Habermohl. W odniesieniu do swojego projektu ani razu nie użył też nazwy V-7. Czymkolwiek zatem było oświadczenie Giuseppe Belluzzo, nie było ono nigdy świadectwem udziału w budowie jakiegokolwiek prototypu dysku, a tym samym dowodem powstania V-7.

W ciągu kilku kolejnych dni opowiedziana przez Belluzzo historia powtórzona została przez szereg czołowych włoskich dzienników. Dotarła ona również do Niemiec. 30 marca 1950 roku, czyli zaledwie 6 dni po ukazaniu się w „Il Giornale d’Italia” pierwszego wywiadu z włoskim inżynierem, niemieckie czasopismo „Der Spiegel” opublikowało artykuł, którego trzon stanowił wywiad z drugim, po Giuseppe Belluzzo, rzekomym twórcą V-7 – Rudolfem Schrieverem. Analogicznie jak w przypadku informacji podanych przez Belluzzo, również w twierdzeniach Schrievera trudno doszukać się jakiegokolwiek potwierdzenia współczesnej wersji mitu o V-7.

Rewelacje Schrievera sprowadzały się do przedstawienia niczym nie udokumentowanej historii, jak to pracując w 1942 roku w miejscowości Eger[2], wpadł na pomysł budowy wirnikopłatu o kolistym kształcie. Pomysł ten, jak twierdził Schriever, narodził się podczas oglądania grupki dzieci, rzucających do siebie kółkiem do gry we frisbee! Jest to zatem wersja cokolwiek inna niż choćby ta przedstawiona w książce Gary’ego Hylanda Zaginione tajemnice technologii III Rzeszy, w której można przeczytać, że Schriever doszedł do swoich idei: studiując pionierskie osiągnięcia niemieckich konstruktorów śmigłowców, takich jak profesor Focke[3]. Najciekawsza i zarazem najważniejsza jest jednak inna informacja, podana przez Schrievera. Otóż nad swoim szkicami latającego dysku miał on pracował aż do 15 kwietnia 1945 roku. Wtedy to z gotowymi już rysunkami dysku postanowił zapoznać RLM (Reichsluftministerium – Ministerstwo Lotnictwa Rzeszy). Jak podkreśla Schriever, do prezentacji jednak nie doszło ze względu na koniec wojny. W kontekście powyższej informacji, autoryzowanej przez samego Schrievera, dość zabawnie brzmią roszczenia współczesnych autorów, podających jakoby 14 lutego 1945 roku, a więc na dwa miesiące przed zakończeniem szkiców swojego dysku, Schriever wraz z Habermohlem odbyli lot testowy gotowym prototypem, osiągając w dodatku prędkość około 2000 km/h!

Powracając do informacji podanych przez samego Schrievera, analogicznie jak w przypadku Belluzzo, można w nich zauważyć brak wzmianek o kilku dodatkowych szczegółach, tak charakterystycznych dla późniejszych publikacji o V-7. Przede wszystkim Schriever ani słowem nie wspomina o swoich rzekomych współpracownikach – Miethem i Habermohlu. Nie twierdzi on także, jakoby miał coś wspólnego z Włochem Giuseppe Belluzzo. Z ust Schrievera nie pada również żadna wzmianka o samym V-7! Jedyne, co potwierdza Schriever, to fakt, że już po wojnie w domku letniskowym swojego teścia zorganizował sobie warsztat konstrukcyjny, do którego rzekomo włamano się 4 sierpnia 1948 roku; miały wtedy zginąć plany oraz jedyny model jego dysku[4].

Zamieszczony 30 marca 1950 roku w „Der Spiegel” wywiad ze Schrieverem jednoznacznie dowodzi więc, że nie było żadnych tajnych dysków opracowanych przy jego udziale ani – tym bardziej – przez niego oblatanych.

Trzeci etap tworzenia fundamentu pod przyszły mit o V-7 rozpoczął się we Francji nieco ponad dwa lata po publikacjach w „Il Giornale d’Italia” oraz „Der Spiegel”. Tym razem w głównej roli wystąpił francuski dziennik „France Soir”, na którego łamach 7 czerwca 1952 roku pojawił się wywiad z Richardem Miethe – trzecim domniemanym budowniczym niemieckich dysków. Miethe został w nim przedstawiony jako „były pułkownik” i zarazem doktoryzowany, niemiecki inżynier lotniczy[5]. Podobnie jak w przypadku twierdzeń Belluzzo i Schrievera, także to, o czym opowiedział Miethe, pozostaje poza wszelkim zasięgiem weryfikacji. Jest to o tyle istotne, że jego roszczenia były już znacznie bardziej rozbudowane.

Przede wszystkim Miethe nie tylko twierdził, jakoby brał udział w budowie prototypu jakiegoś latającego dysku, ale w dodatku przypisywał sobie nadzorowanie związanych z nim prac. Dla rewizji całego mitu o V-7 wywiad z Richardem Miethe jest ważny z jeszcze kilku innych względów. Stanowi on z pewnością pierwsze (znane autorowi) źródło, w którym pojawia się nagminnie stosowana w literaturze nazwa – V-7. Drugim ważnym szczegółem podanym przez Miethego jest „sprecyzowanie” lokalizacji całego programu m.in. na Wrocław. Bezwzględnie najważniejszym faktem, o jakim wspomina, jest stwierdzenie, że V-7 został zbudowany. Niemniej jednak Miethe nie napomyka ani słowem, że prototyp odbył jakiś lot testowy. W jego świadectwie nie pojawia się również kilka innych informacji, jakże charakterystycznych dla dzisiejszych opowieści o V-7. Wspomniani współpracownicy, wespół z którymi Miethe budował rzekomo swoją konstrukcję, pozostają w jego relacji anonimowi. Miethe jest zatem trzecim po Belluzzo i Schrieverze źródłem informacji nie potwierdzającym istnienia tzw. kolektywu: Miethe–Schriever–Habermohl–Belluzzo oraz przeprowadzenia z V-7 próbnych lotów.

Wszystkie powyższe świadectwa zamykają pierwszy etap kształtowania się mitu o niemieckich dyskach, stanowiący zarazem podwaliny pod jego przyszły, główny nurt. Z informacji, które w trzech niezależnych wywiadach podali Giuseppe Belluzzo, Rudolf Schriever oraz Richard Miethe, jeden fakt wynika jasno – żaden z nich nie twierdził, jakoby prototypy dysków były w trakcie II wojny światowej oblatane, a sugestie, że prototyp taki w ogóle był budowany, wyraził jedynie Miethe, nie przedstawiając na to jednak żadnych dowodów! Istotną, wspólną cechą wszystkich tych trzech wywiadów jest kontekst, w jakim były one pisane, a który każdorazowo stanowiła próba logicznego wyjaśnienia coraz liczniejszych i bardziej sensacyjnych prasowych doniesień o UFO. Poczynając od Belluzzo, poprzez wywiad ze Schrieverem, a kończąc na Miethem, każdy z nich wspominał o planach niemieckich dysków w jednym konkretnym celu, jakim było uprawdopodobnienie hipotez o wojskowym pochodzeniu raportów o tzw. latających talerzach i przypisanie ich opracowanym po wojnie konstrukcjom, opartym na ich własnych pomysłach z czasów II wojny światowej.

Pierwszym sygnałem, dowodzącym, w jak błyskawicznym tempie powyższe świadectwa zaczęły ulegać wypaczeniom, są dalsze losy informacji o rzekomym projekcie V-7, podanych przez Miethego na łamach „France Soir”. Po krótkiej izolacji w prasie francuskiej, w której„świadectwo” Miethego powielone zostało przez kilka innych gazet, dotarło ono ostatecznie tam, gdzie cała legenda o niemieckich dyskach się rozpętała, czyli z powrotem do Włoch. Do owej drugiej już włoskiej odsłony rewelacji o V-7 doszło 6 września 1952 roku na łamach gazety „Tempo”. Zamieszczony w niej artykuł, napisany przez włoskiego dziennikarza Luigiego Romersę, przedstawiał historię opracowanego przez Miethego V-7 w zgoła nowym świetle. W przeciwieństwie do informacji podanych przez samego Miethego, Luigi Romersa dochodził bowiem do zaskakujących wniosków, jakoby17 kwietnia 1944 roku V-7odbył pierwszy lot testowy nad brzegami Bałtyku. Co mniej wybredny czytelnik gazety „Tempo” mógł dodatkowo znaleźć w niej swoisty tego „dowód” w postaci zdjęć jakichś ciemnych plam na równie niewyraźnym tle[6].

Choć publikacja Luigiego Romersy znakomicie uzmysławia beztroskę, z jaką kolejni siewcy rewelacji o V-7 zaczęli upiększać wcześniejsze informacje, nie odpowiada ona jednak na kilka zasadniczych pytań, jakie należałoby postawić podczas analizy późniejszych materiałów o niemieckich dyskach. Skąd np. wzięły się w nich tak „precyzyjne” informacje o technicznych osiągach V-7? Dlaczego większość współczesnych opracowań z takim uporem potwierdza fakt testowania owych konstrukcji w okolicach czeskiej Pragi? Na jakiej podstawie podawana jest data pierwszego praskiego lotu testowego budowanego tam ponoć dysku – 14 lutego 1945 roku? I wreszcie w jaki sposób w całą opowieść włączona została osoba Habermohla – czwartego z rzekomych budowniczych V-7?

Bezpośredniej odpowiedzi na wszystkie te pytania dostarcza wywiad dra Wernera Kellera z naczelnym inżynierem Georgem Kleinem, który ukazał się 26 kwietnia 1953 roku w niemieckim czasopiśmie „Welt am Sonntag”. Głównym zamierzeniem owego wywiadu była próba skomentowania informacji, jakie dopiero co napłynęły z Kanady o tamtejszych pracach nad wojskowym samolotem myśliwskim o kształcie dysku, prowadzonych przez firmę AVRO. Georg Klein, zapytany przez Wernera Kellera: „czy niedawne ogłoszenie budowy latających spodków zapoczątkuje nowy etap w rozwoju techniki lotniczej?” stwierdził, że trudno tu mówić o całkowicie nowym rozwoju, gdyż konstrukcje tego typu zostały rozwinięte w Niemczech jeszcze podczas II wojny światowej[7]. Następnie zaś Klein przedstawił niezwykłą opowieść o niemieckim programie budowy dysków, z jednej strony ponad wszelką wątpliwość bazującą na informacjach podanych przez Schrievera i Miethego, z drugiej zaś ewidentnie je wypaczającą. Zdaniem Kleina on sam był świadkiem pierwszego startu niemieckiego załogowego dysku, który odbył się 14 lutego 1945 roku w Pradze. W jego trakcie: „maszyna osiągnęła w locie wznoszącym pułap 12 400 metrów w ciągu 3 minut i rozwinęła w locie poziomym prędkość maksymalną 2200 km/h”.

Jak twierdził Klein: „Start w Pradze był wynikiem programu naukowo-badawczego, który rozpoczął się w 1941 roku i pochłonął milionowe kwoty. Około końca 1944 roku wykończone były trzy różne konstrukcje. Wykorzystano dwie odmienne koncepcje. Pierwszy typ, zwany też V-Waffen (Bronią-V), konstrukcji Miethego, składał się z podobnego do dysku, nierotującego talerza o średnicy 42 metrów. W przeciwieństwie do niego konstrukcja Habermohla i Schrievera była rotującym pierścieniem o szerokiej powierzchni, obracającym się wokół nieruchomej kabiny pilota. Owa obręcz składała się z kilkunastu łopat i wirując, umożliwiała pionowy start i lądowanie”. W taki oto sposób, wzmiankowane przez Schrievera w 1950 roku informacje o istniejących jedynie na papierze szkicach dyskoidalnego wirnikopłatu przeobraziły się w historię o prototypie dysku, testowanym 14 lutego w Pradze i zdolnym do osiągania w locie prędkości około 2 Ma.


Cała opowieść Kleina to także znakomite studium metodyki, wykorzystywanej przez różnych autorów, próbujących w taki sposób zaprezentować swoje sensacyjne relacje o V-7, aby były one możliwie przekonujące, a przy tym z góry zniechęcały do prób ich zweryfikowania. Bardzo dobrym tego przykładem może być poniższy fragment wywiadu z Kleinem, w którym stwierdza on: W Pradze, na krótko przed wkroczeniem Rosjan, zniszczyliśmy zarówno ten już wypróbowany dysk, jak i (drugi) znajdujący się w budowie, wraz ze wszystkimi konstrukcyjnymi planami. Jednak we Wrocławiu jeden z prototypów Miethego oraz najbliżsi współpracownicy konstruktora wpadli w ręce Rosjan. Po zajęciu Pragi o Habermohlu zaginął wszelki ślad, tak jak i po jego obu współpracownikach. Klein buduje więc swoją relację na trzech, typowych dla wszelkich rewelacji o niemieckiej Wunderwaffe, konspiracyjnych szablonach: opracowania takowych konstrukcji w ramach ściśle tajnych niemieckich programów zbrojeniowych, zniszczenia sprawnych prototypów przez samych Niemców pod koniec wojny oraz/lub przejęcia ich przez Rosjan i wywiezienia do swoich tajnych ośrodków doświadczalnych. Hipotetycznie – żadna z tych informacji nie może być z góry wykluczona. Żadnej z nich nie sposób też zweryfikować.

O ile dzięki artykułom Luigiego Romersyz włoskiego „Tempo” i wywiadowi George Kleina dla „Welt am Sonntag”opowieść o niemieckich dyskach zaczęła dotyczyć opracowanych jakoby i testowanych w locie prototypów, to jej popularność wciąż była znacząco ograniczona, co wynikało głównie z bariery językowej. Wszystkie omówione dotychczas publikacje ukazały się bowiem w językach włoskim, niemieckim i francuskim, dodatkowo – jako skromne artykuły prasy codziennej. Aby rodzący się mit o V-7 mógł zyskać popularność w skali światowej, po pierwsze – musiał trafić na łamy jakiejś książki, po drugie – książka ta musiała być anglojęzyczna. Oba te warunki spełnione zostały za sprawą książki Rudolfa Lusara, zatytułowanej Die deutschen Waffen und Geheimwaffen des 2. Weltkrieges und ihre Weiterentwicklung (Niemieckie bronie i tajne bronie II wojny światowej oraz ich dalszy rozwój).

Wydana w 1956 roku w Niemczech, a następnie, dzięki swojej popularności, przetłumaczona w 1959 roku na język angielski i opublikowana w Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii, książka Lusara zawierała jedynie kilka stron poświęconych niemieckim dyskom. Jednak to właśnie one zagwarantowały problematyce V-7 dwa jakże istotne czynniki – ogólnoświatowy rozgłos oraz separację od wcześniejszych materiałów na ten temat. Lusar powtarzał niemal w całości to, o czym kilka lat wcześniej pisał Georg Klein, dodając też kilka nowych szczegółów, jak choćby ten, że to Schriever i Habermohl pilotowali prototyp dysku, testowanego rzekomo 14 lutego w Pradze[8]. Ponieważ dotyczący V-7 materiał zaprezentowany przez Lusara nie był poparty ani jednym przypisem określającym jego źródło, książka ta uznana została w wielu późniejszych opracowaniach za pierwszą publikację na temat niemieckiego programu budowy dysków. W efekcie odseparowania zawartych w niej rewelacji o V-7 od informacji podanych przez Belluzzo, Schrievera i Miethego ewentualna weryfikacja historii opisanej przez Lusara stała się niezwykle trudna, a wśród czytelników anglojęzycznych wręcz niemożliwa.

Dalszy rozwój mitu o niemieckich dyskach wymagał już tylko systematycznego powielania Lusarowskich rewelacji w kolejnych publikacjach. Ponieważ towarzyszyły temu standardowe wypaczenia oraz dodawane przez autorów soczyste zmyślenia, historia o V-7 bez większych problemów rozrosła się w ciągu następnych dekad do formy największego powojennego „technologicznego mitu”. Jego uwieńczeniem są zaś najnowsze wątki, mówiące o hitlerowskich prototypach dysków wykorzystujących napęd antygrawitacyjny.

Lekceważenie i wypaczanie historii lotnictwa

Poczynając od lat 60-tych na światło dzienne zaczęły wychodzić coraz to bardziej sensacyjne materiały, dowodzące rzekomej prawdziwości pogłosek o niemieckich dyskach. Z żalem trzeba jednak stwierdzić, że po gruntownej ich weryfikacji jedynym faktem, który publikacje te bezsprzecznie potwierdzały, była zadziwiająco beztroska postawa ich autorów. Znakomitym tego przykładem może być fotografia, jaka ukazał się 14 października 1993 roku w czeskiej gazecie „Expres” w artykule Michala Poláka zatytułowanym Německé UFO pod Medníkem(Niemieckie UFO pod Medníkiem). Ukazywała ona aparat latający w kształcie dysku, stojący w bliżej nieokreślonej hali montażowej. Napis pod fotografią głosił: Zdjęcie tajnej niemieckiej broni, latającego dysku, które było umieszczone na mikrofilmie, a następnie w tajemnicy skopiowane. Kopię tego zdjęcia udało się wykonać również Ekspresowi[9]. Choć opublikowane przez czeski „Expres” zdjęcie nie było fotomontażem i rzeczywiście przedstawiało realny projekt ziemskiego samolotu w kształcie dysku, to daleko mu było do konstrukcji niemieckiej, a tym bardziej opracowanej w okresie II wojny światowej. Widniejący na zdjęciu obiekt można bowiem zidentyfikować jako makietę samolotu o oznaczeniu RC 360, zaprojektowanego przez francuskiego konstruktora René Couzineta we Francji w 1955 roku, czyli ponad dziesięć lat po wojnie.

Podobnych przykładów lekceważenia i wypaczania historii lotnictwa jest niestety w micie o V-7 znacznie więcej. Na zakończenie warto wspomnieć jeszcze jeden taki epizod, związany z dynamicznie rozwijającym się modelarstwem. W 1989 roku na łamach lutowego wydania niemieckiego magazynu „Flugzeug” opublikowany został „raport” przedstawiciela niemieckiego lotnictwa, który w 1943 roku był rzekomo świadkiem próbnych lotów niemieckiego latającego spodka na aerodromie Praga-Kbely. Obserwowany przez niego obiekt miał ponoć średnicę około 5–6 metrów, wysokość niecałych dwóch metrów i składał się z kolistego kadłuba otoczonego również kolistym wirnikiem zakończonym okrągłą piastą. Zgodnie z relacją świadka obiekt ten wykonał kilka niepewnych lotów na dystansie 300 metrów oraz kilkumetrowym pułapie, zakończonych twardym lądowaniem.

Choć informacja podana przez magazyn „Flugzeug” nie została poparta żadnym (możliwym do zweryfikowania) materiałem, hiszpańskiemu historykowi lotnictwa Justo Mirandzie posłużyła ona jako baza do stworzenia „technicznego” opisu całej generacji prototypów niemieckich dysków, opracowywanych ponoć w trakcie II wojny światowej i testowanych na lotnisku Praga-Kbely. Dla uwiarygodnienia historii owych projektów Miranda przyjął bardzo interesującą metodologię. Po pierwsze, całość swoich hipotez osadził w udokumentowanej historii samolotów o płacie talerzowym, jakie narodziły się przed i w trakcie II wojny światowej. Po drugie, nadał tymże konstrukcjom oznaczenia odpowiadające swoimi normami tym, jakie Niemcy nadawali kolejnym generacjom samolotów wywodzących się z jednej linii projektowej.

Swoje dyski Miranda nazywa więc odpowiednio: BMW „Flügelrad I V1”, BMW „Flügelrad I V2”, BMW „Flügelrad II V1”, BMW „Flügelrad II V2”, BMW „Flügelrad II V3”, BMW „Flügelrad III”[10]. Pomijając szczegółową analizę techniczno-historycznego opisu owych konstrukcji, który wspierając się na informacji z magazynu „Flugzeug” kultywuje następnie mit o budowniczych niemieckich spodków w postaci kolektywu: Belluzzo–Schriever–Habermohl–Miethe, na szczególną uwagę w opracowaniu Mirandy zasługuje jego część „graficzna”. Całość omówionych przez hiszpańskiego „eksperta” projektów z rzekomej serii BMW Flügelrad „udokumentowana” jest bowiem bardzo precyzyjnymi szkicami wykonanymi dodatkowo w skali 1:72, co stanowi swego rodzaju ewenement w literaturze dotyczącej V-7. Teoretycznie mogłoby to sugerować wykorzystanie przez Mirandę jakichś oryginalnych dokumentów dotyczących projektów BMW Flügelrad, czemu jednak sam zaprzecza, pisząc, iż zostały one zniszczone w 1945 roku. W jakim celu szkice niemieckich dysków opracowano zatem z użyciem skali i dlaczego akurat 1:72? Otóż jest to jedna z najpopularniejszych skal stosowanych w branży plastikowych modeli samolotów! Efekt jej wykorzystania przez Mirandę podczas opracowywania szkiców serii BMW Flügelrad sprowadził się do tego, że mit o V-7, będący wcześniej tematem różnych książek i artykułów, uzyskał pełnoprawną przepustkę do świata modelarstwa.


Obecnie na rynku modelarskim dostępne są m.in. takie modele, jak: BMW Flügelrad I V-1 oraz BMW Flügelrad I V-2 (w skali 1:71, czeskiej firmy Planet Models), a także BMW Flugelrad III (w skali 1:144, firmy Unicraft). Wszystkie one w najdrobniejszych szczegółach wykonane są na podstawie opracowania Justo Mirandy, co zresztą jest zaznaczone przez wykonawców! Niektóre w swoich instrukcjach montażu posiadają nawet te same zestawy szkiców, co w publikacji Mirandy. Powyższe fakty jasno wskazują, że faktycznym celem Mirandy nie było docelowe potwierdzenie autentyczności całej legendy o V-7 (poprzez stworzenie jej „egzotycznej gałęzi” o nazwie: BMW Flügelrad), a jedynie poddanie pomysłu dla wykonania nowej serii plastikowych konstrukcji. Pomysł, sam w sobie nie nowy, bo wiele firm modelarskich tworzy modele konstrukcji, które nigdy nie powstały bądź mało przypominały oryginały. Można więc tylko wyrazić smutek, że we wspomnianych już instrukcjach montażowych modeli wzorowanych na pracy Mirandy brak stosownego sprostowania, iż konstrukcje te nie mają nic wspólnego z udokumentowaną historią lotnictwa. W zamian przy modelu BMW Flügelrad I V-1(firmy Planet Models) informacja głosi m.in.: Jednoosobowy prototyp z pierwszej serii Flügelrad, o oznaczeniu V-1, był zbudowany w 1943 roku, a swój pierwszy lot wykonał pomiędzy sierpniem i wrześniem na czeskim lotnisku Praga-Kbely.

W efekcie, przeglądając obecnie różne witryny modelarskie, a nawet strony poświęcone historii niemieckich projektów samolotów z okresu II wojny światowej obok opisów takich konstrukcji, jak Me 262 Schwalbe, Me 163 Komet czy Ar 234 Blitz znaleźć można również informacje o całej serii BMW Flügelrad.

Mit o niemieckich V-7, który przy praktycznie biernej postawie większości historyków lotnictwa rozrósł się na przestrzeni minionych 10 lat do rozmiarów zupełnie niebotycznych, wypacza jeden z najciekawszych fragmentów historii lotnictwa. Okres, w którym – co ciekawe – nie trzeba bynajmniej na siłę i za pomocą fałszywych przesłanek doszukiwać się informacji niezwykłych i zadziwiających, a jednocześnie w pełni wiarygodnych. Pozwalając na niekontrolowane rozprzestrzenianie się wyimaginowanych i bezpodstawnych rewelacji o V-7 oraz innych supertajnych broniach Hitlera, umniejsza się też faktyczne dokonania niemieckiej techniki lotniczej, z których część swoją pomysłowością i wizjonerstwem rzeczywiście wyprzedziła epokę, w jakiej powstała.

Wszystkich zainteresowanych dokładną i wieloaspektową analizą mitu o niemieckich dyskach autor odsyła do swojej książki Syndrom V-7, która w całości poświęcona została temu zagadnieniu.


http://portalwiedzy.onet.pl/4869,68489,1636306,1,czasopisma.html

_________________
Obrazek

http://www.prisonplanet.pl/



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 21 kwie 2011, 10:10 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
oto historia opowiedziana przez oficera Sas z czasu 2 wojny światowej:

„Kiedy w Europie ogłoszono zwycięstwo, moja jednostka odpoczywała w jaskini położonej w byłej Jugosławii. Dziękowałem Bogu, że wojna wreszcie się skończyła, aczkolwiek trwała jeszcze na Pacyfiku, zaś w Palestynie narastały napięcia i ostrzeżono nas, że nasza wojna może się jeszcze przeciągnąć.
Na szczęście oszczędzono mi udziału w wojnie przeciwko Japonii. Zostałem jednak wysłany do Palestyny, gdzie napływ Żydów przysparzał w połączeniu z syjonistycznym terroryzmem cierpień nie tylko mieszkańcom Palestyny, ale również siłom brytyjskim, które wysłano tam aby ograniczyć napływ Żydów i stłumić działania zbrojne. Ostrzeżono mnie, że moje oddelegowanie do Palestyny może trwać w nieskończoność. Na moich oczach zginęło wielu moich kolegów. Na początku października 1945r. otrzymałem, na szczęście, rozkaz zgłoszenia się do dowódcy, ponieważ wybrano mnie do tak tajnej misji, że żaden z moich zwierzchników nie miał pojęcia dlaczego mam się udać na Gibraltar. Nie powiedziano mi, po co mam się tam zameldować, niemniej pojechałem w nadziei, że wkrótce zostanę zwolniony do cywila. Niestety myliłem się, ponieważ następne Boże Narodzenie miałem spędzić biorąc udział w działaniach wojennych.
Kiedy dotarłem na Gibraltar, zostałem odseparowany przez majora i poinformowany, że zostanę wysłany na Falklandy, gdzie otrzymam kolejne instrukcje i, że razem ze mną uda się tam również kilku innych żołnierzy z brytyjskich jednostek elitarnych. Tajemnica pogłębiła się jeszcze bardziej, kiedy lecieliśmy na Falklandy w kompletnym milczeniu. Zabroniono nam nawet snucia przypuszczeń, dlaczego nas brano i dokąd się udajemy. Po dotarciu do opustoszałych i złowrogich Falklandów przedstawiono nas dowódcy ekspedycji oraz pewnemu Norwegowi, który był członkiem norweskiego ruchu oporu i specjalistą od prowadzenia i specjalistą od prowadzenia działań wojennych w warunkach zimowych. Miał nas wyszkolić do zadania, o którym wciąż nie mieliśmy pojęcia.
Falklandy są obecnie uważane za najlepiej chronioną tajemnicę brytyjskiej armii i w normalnych wysłanie tam oznacza kilka łatwych lat, jednak w latach czterdziestych było zupełnie inaczej, zwłaszcza dla mnie i tych, którzy zostali wysłani razem ze mną.
Zmuszono nas do intensywnego, wyczerpującego treningu, w ramach którego przygotowano nas do prowadzenia wojny w warunkach zimowych. Trening był bardzo uciążliwy, od wrzucenia do lodowatego Atlantyku, po stawianie czoła żywiołom w namiocie na południowej Georgii, i wyglądało na to, że w całym tym szaleństwie, do którego nas zmuszano, jest niewiele sensu. Jednak po miesiącu treningu po uzyskaniu instrukcji od majora i pewnego naukowca, a także w miarę stopniowego przekazywania nam szczegółów misji, zdaliśmy sobie sprawę, że mamy niewielkie szansę na powrót, jeśli nasze podejrzenia okażą się prawdziwe.
Poinformowano nas, że z brytyjskiej bazy w Maudheim mamy zbadać „nietypową” aktywność wokół góry Muhlinga-Hoffmana. Oświadczono nam, że „Wielka Brytania toczy tajna wojnę” na Antarktydzie. Potem poinformowano nas o brytyjskich działaniach na biegunie południowym w czasie wojny.

Siedzieliśmy zdumieni tym co nam wyjawiano.. Żaden z nas nigdy nie słyszał czegoś równie fascynującego i zarazem przerażającego. Mało kto wiedział, że naziści byli na Antarktydzie w latach 1938-39, a jeszcze mniej wiedziało, że Wielka Brytania w reakcji na zakusy nazistów zaczęła zakładać bazy wojskowe wokół Antarktydy. Ta którą mieliśmy odwiedzić, w Maudheim, była największa i najważniejsza a także najtajniejsza ze wszystkich. Ważność tej bazy wynikała z faktu, że była położona w odległości 320 kilometrów od miejsca, w którym naziści najprawdopodobniej zbudowali swoją antarktyczną bazę.
Siedzieliśmy i w osłupieniu słuchaliśmy tych rewelacji. Powiedziano nam o niemieckiej aktywności na Południowym Pacyfiku wokół Antarktydy. Powiedziano nam również, że brak jest rtudnej do ustalenia liczby niemieckich łodzi podwodnych, których los jest nieznany. Co gorsze, niektóre z tych, które poddały miesiąc po kapitulacji, wzbudziły jeszcze więcej podejrzeń. Brytyjskie siły pojmały trzech najważniejszych ludzi w partii nazistowskiej – Hessa, Himmlera i Donitza – i wraz z ich pojmaniem Brytania uzyskała informacje, którymi nie miała zamiaru dzielić się z Rosją i Stanami Zjednoczonymi. Te informacje zmusiły Brytanie do samodzielnych działań i my mieliśmy stanowić ich szpicę.
Nie powiedziano nam, czego konkretnie dowództwo od nas oczekuje i co Brytania spodziewa się znaleźć na Antarktydzie. Brytania miała poważne podejrzenia, że Niemcy zbudowali tajną bazę, do której przetransportowali niepostrzeżenie w trakcie wojennego zamieszania w Europie, wielu uważanych za zaginionych nazistów.

Wciąż docierały do nas nowe rewelacje. Powiedziano nam, że ubiegłego lata naukowcy i komandosi znaleźli „starożytny tunel”. Żołnierzom rozkazano wejść do niego, ale z tej wyprawy wróciło przed nastaniem antarktycznej zimy tylko dwóch. W czasie zimowych miesięcy ci dwaj ocaleni przekazali przez radio absurdalną wiadomość o „polarnych ludziach, starożytnych tunelach i nazistach”. Kontakt radiowy z nimi urwał się ostatecznie w lipcu 1945 roku, zaś wykrzyczane podczas ostatniej transmisji pełne przerażenia słowa „polarni ludzie znaleźli nas!” – źle wróżyły naszej udającej się w nieznane misji. Po przesłuchaniu nagrania tego przekazu radiowego wysłuchaliśmy gorącego przemówienia majora dowódcy naszej ekspedycji, która miała za zadanie ustalenie co tam się stało.

- Mamy udać się do bazy Maudheim, znaleźć tunel,, zbadać zagadkę polarnych ludzi i nazistów i zrobić co będzie w naszej mocy, aby zażegnać nazistowskie zagrożenie – oświadczył major. Kiedy zapytano nas, czy mamy jakieś pytania, zadaliśmy ich wiele, zaś odpowiedzi były szczere i bezpośrednie. Powiedziano nam, że podejmuje się działania wymijające, ponieważ Brytania doskonale zdaje sobie sprawę z zamiarów USA i ZSSR, które montują swoje własne ekspedycje. Zapewne szpiedzy z tych państw nieco później dowiedzieli się o tym co Anglicy. Brytania nie chce ryzykować tego, że USA i ZSSR odkryją bazę i przejmą kolejne osiągnięcia technologiczne nazistów. Oba te kraje miały przewagę techniczną nad Brytanią z powodu naukowców, sprzętu i badań, które przejęły. Brytania chciała być krajem, który zniszczy zagrożenie, uważając przy tym, że Antarktyda powinna pozostawać pod jurysdykcją Imperium Brytyjskiego, i jeśli sa tam naziści, to jej obowiązkiem i pragnieniem jest usunięcie ich stamtąd i pozbawienie w ten sposób USA i ZSSR propagandowego argumentu, że to oni stoczyli ostatnią bitwę II wojny światowej.
Przewieziono nas samolotem do punktu zrzutu, który znajdował się 32 km. od bazy w Maudheim. Wcześniej wysłano śnieżne traktory, które czekały na nasze przybycie. Nieco przestraszeni wyskoczyliśmy nad śnieżnym pustkowiem. Po wylądowaniu odszukaliśmy traktory i od tego momentu wkroczyliśmy na wojenną ścieżkę. Mieliśmy zachować absolutną ciszę radiową. Byliśmy sami bez żadnego wsparcia i bez szansy na wycofanie się, gdyby nasze najgorsze przeczucia sprawdziły się. Podążaliśmy do bazy pełni obaw, nie wiedzieliśmy co nas tam czeka. Kiedy do niej dotarliśmy, wyglądała jakby była opuszczona. Przypominała miasto duchów. Mieliśmy złe przeczucia, ale i zadanie do wykonania, które wymagało przezwyciężenia strachu, aby nie zakłócał naszych ocen.
Kiedy rozdzieliliśmy się, aby przeszukać bazę, ktoś zawadził o drut-pułapkę. Nastąpił wybuch i zawyła syrena przeszywając ciszę z całą mocą. Usłyszeliśmy okrzyk żądający podania, kim jesteśmy, ale nie można było zlokalizować skąd pochodzi głos. Z podniesioną bronią major przedstawił nas głosowi i, dzięki Bogu głos się ucieleśnił. Należał do jedynego który ocalał. To, co nam opowiedział, jeszcze bardziej nas zaniepokoiło i każdy z nas żałował, że nie jest nas więcej. Ocalony twierdził, że w Bunkrze Jeden jest drugi ocalony z „tunelu” razem z jednym z tajemniczych polarnych ludzi, o których słyszeli radiowym. Mimo protestów ocalonego, dowódca kazał otworzyć Bunkier Jeden. Ocalonego trzeba było trzymać siłą, zaś jego strach udzielił się również nam, tak że nikt z nas nie chciał wejść do bunkra pierwszy. Na szczęście podczas losowania, kto ma wejść pierwszy, nie padło na mnie. Ten wątpliwy zaszczyt przypadł w udziale najmłodszemu członkowi oddziału. Wszedł do środka wahając się trochę i szarpiąc z drzwiami. Kiedy już wszedł do środka w bazie zapadła cisza, po czym rozległy się dwa strzały. Drzwi otworzyły się i na zewnątrz wybiegł polarny człowiek. Nikt z nas nie spodziewał się tego co zobaczyliśmy. Polarny człowiek zbiegł na otaczający bazę teren tak szybko, że zdołaliśmy tylko kilka pojedynczych strzałów. Kiedy ochłonęliśmy ze strachu i zaskoczenia tym, co zobaczyliśmy, postanowiliśmy wejść do bunkra. Wewnątrz znaleźliśmy dwa ciała. Żołnierz, który wyciągnął krótką zapałkę, leżał z rozerwanym gardłem, a ocalały został, o zgrozo odarty z ciała do kości. To czego byliśmy świadkami wymagało wyjaśnienia i winą za śmierć jednego z nas w zaledwie kilka godzin po wylądowaniu obarczyliśmy ocalałego człowieka, który ostrzegał nas przed otwieraniem Bunkra Jeden. Cały oddział przysłuchiwał się pytaniom majora i intrygującym odpowiedziom ocalonego. Pierwsze skierowane do niego pytanie dotyczyło tego, co się stało z drugim ocalonym i w jaki sposób znalazł się w bunkrze z polarnym człowiekiem, jednak on wolał opowiedzieć wszystko od początku, od momentu odkrycia „tunelu”. Całą jego wypowiedź szczegółowo notował towarzyszący nam naukowiec.
Okazało się, że teren w pobliżu tunelu buł jedną z unikalnych na Antarktydzie suchych dolin i dlatego łatwo znaleźć ten tunel. Wszystkim członkom trzydziestoosobowej załogi bazy w Maudheim polecono go zbadać i jeśli to możliwe, ustalić dokąd prowadzi. Szli tunelem kilometrami, aż w końcu dotarli do olbrzymiej jaskini, w której było nienaturalnie ciepło. Naukowcy przypuszczali, że jest ogrzewana geotermicznie. W jaskini były podziemne jeziora, zaś jej tajemnica jeszcze bardziej się spotęgowała, kiedy okazało się, kiedy okazało się, że jest sztucznie oświetlona. Okazała się tak rozległa, że aby ja zbadać musieli się rozdzielić.
Okazało się, że naziści zbudowali w jaskiniach ogromną bazę z dokami dla łodzi podwodnych, z których jedną podobno odnaleziono. Im dalej się posuwali, tym dziwniejsze widoki roztaczały się przed ich oczami. Ocalały człowiek podał, że odkryto „hangary dla dziwnych samolotów i mnóstwo wykopów”.
Ich obecność nie przeszła jednak nie zauważona. Dwaj ocalali widzieli, jak pojmano ich towarzyszy i po kolei stracono. Po szóstej egzekucji uciekli do tunelu, żeby nie dać się złapać i zablokować tunel , jednak „było już za późno, ponieważ nadeszli polarni ludzie”. Ścigani przez depczącego im po piętach nieprzyjaciela nie mieli wyboru, musieli dostać się do bazy, aby poinformować swoich przełożonych o tym co odkryli.. kiedy wrócili do niej, uznali, że z powodu nadchodzącej zimy mają niewielką szansę na ratunek. Aby powiadomić o tej nazistowskiej bazie, rozdzielili się. Każdy z nich wziął radio i zamknął się w osobnym bunkrze. Jeden z nich zwabił polarnego człowieka do bunkra, licząc, że w ten sposób przekona pozostałych, że tylko on ocalał. Plan powiódł się, jednak kosztem utraty radia i jego życia. Niestety tylko ten odważny z Bunkra Jeden posiadał w pełni sprawne radio, które w trakcie walki zostało zniszczone. Drugi z nich nie miał innej alternatywy, jak siedzieć i czekać, starając się nie zwariować. Tajemnica czym lub kim są polarni ludzie, została wyjaśniona aczkolwiek nie zadowalająco, jako wytwór nazistowskiej nauki (ówczesna genetyka?). Podobnie zostało wyjaśnione, skąd naziści czerpali energię. Energia którą wykorzystywali, pochodziła podobno z wulkanu, który umożliwiał im uzyskiwanie pary do wytwarzania elektryczności. Co więcej, opanowali również jakieś inne źródło energii, co wynikało ze słów ocalałego który powiedział „ ……na podstawie tego, co widziałem, sądzę, że ilość elektryczności, jaka wykorzystywali była większa od tej, jaką można by uzyskać z pary”. Naukowiec, który był członkiem naszej grupy, odrzucił większość z tego, co zostało powiedziane, i zganił opowiadającego za brak naukowego wykształcenia, sugerując, że jego rewelacje „ w żadnym wypadku nie mogą być prawdziwe”.
Chciał dowiedzieć się czegoś więcej na temat nieprzyjaciela, któremu mamy stawić czoło, i co zrobi teraz polarny człowiek. Odpowiedź ocalonego nie zadowoliła nas i sprowokowała naukowca di określenia go jako „umysłowo chorego”. Zakłopotanie to zbyt słabe słowo, aby określić to, jak się czuliśmy, kiedy ten człowiek odpowiedział na pytanie majora dotyczące intencji zbiegłego polarnego człowieka „Będzie czekał, obserwował i zastanawiał się, na ile różnimy się w smaku”. Słysząc to major wydał bojowy okrzyk i wystawiono warty. Potem major i naukowiec dyskutowali ze sobą, co mamy dalej robić, mimo, że dla całej reszty było to oczywiste. Nazajutrz rano polecono nam „zbadać tunel” i przez 48 godzin maszerowaliśmy do suchej doliny i rzekomo „starożytnego tunelu”. Po przybyciu na miejsce byliśmy bardzo zdziwieni, ponieważ poinformowano nas, że Antarktyda jest całkowicie skuta lodem, tymczasem to co zobaczyliśmy w tamtym miejscu, przypominało mi północno-afrykańską Saharę. Zabroniono nam zbliżać się do tunelu, dopóki nie zostanie zbudowany prowizoryczny obóz-baza. W czasie gdy ludzie go budowali, major z naukowcem badali tunel. Po kilku godzinach wrócili do gotowego już obozu, aby zrelacjonować, to co zobaczyli. Naukowiec stwierdził, że tunel wcale nie był starożytnym przejściem, aczkolwiek major dodał, że ściany były wykonane z gładkiego granitu. Poinformowano nas, że decyzję podejmiemy po nocnym odpoczynku.
Tuż przed podaniem nam czasu zmian warty, poinformowano nas, że pójdziemy tunelem „….aż do Hitlera jeśli trzeba będzie”. Nasze obawy potwierdziły się tej nocy i polarny człowiek powrócił. Tym razem jednak obeszło się bez ofiar, znęcony obozem polarny człowiek został zabity. Naukowiec zdecydował, że polarny człowiek jest człowiekiem, ale wyglądało na to, że jest on zdolny do wytwarzania większej liczby włosów i znacznie odporniejszy na zimno. Po dokonaniu pospiesznej sekcji ciało włożono do worka, tak aby w chłodzie można je było przechować. Nazajutrz rano zadecydowano, że dwie osoby pozostaną przy wejściu do tunelu z ciałem, traktorami,, sprzętem i radiem. Dowodzący ekspedycją major zabrał Norwega, ze względu na jego doświadczenie, oraz naukowca i ocalałego z tunelu, którego wiedza była najważniejsza dla powodzenia misji. Pozostali chcieli się do nich przyłączyć. Ja i czterej inni ochotnicy zostaliśmy wytypowani do udziału w tej jednej z najbardziej ekscytujących ekspedycji w historii ludzkości. Dwaj, którzy mieli zostać, byli rozczarowani, ale ich rola była również ważna dla powodzenia naszej wyprawy. Do tunelu zabraliśmy dużo amunicji i materiałów wybuchowych. Wkroczyliśmy w ciemność i po czterech godzinach marszu zaczęliśmy dostrzegać w oddali światło. Okazało się jednak, że dzieli nas od niego jeszcze godzina drogi. W końcu dotarliśmy do ogromnej, sztucznie oświetlonej groty. Ocalały z poprzedniej wyprawy zaprowadził nas w miejsce z którego obserwował egzekucję swoich kompanów. Kiedy obserwowaliśmy całą sieć pomieszczeń pieczary, zaskoczyła nas liczba obecnego tam personelu. Jednak największe na nas wrażenie zrobiła wielka konstrukcja, którą tam wznoszono. Z tego co widzieliśmy, wynikało, że naziści są na Antarktydzie od dłuższego czasu. Naukowiec notował wszystko, co się tylko dało – robi szkice, pobierał próbki skał i robił zdjęcia. Z kolei major zastanawiał się jak zniszczyć bazę i jednocześnie nie dać się złapać. Po dwóch dniach czujnego rekonesansu naukowiec i major podjęli decyzję, gdzie podłożyć ładunki wybuchowe. Miały być umieszczone wokół sklepienia groty i dodatkowo w kluczowych miejscach, takich jak generator i zbiorniki paliwa, oraz, jeśli się uda w składach amunicji. W ciągu dnia rozmieszczono ładunki i wykonano dalsze zdjęcia, uważając aby nie zostać zdemaskowanym, wzięto zakładnika oraz dowody na istnienie nazistowskiej bazy w postaci „polarnego człowieka” i zdjęć nowej, bardzo zaawansowanej techniki nazistów. Kiedy zakończono rozmieszczanie ładunków, skierowaliśmy się do tunelu i właśnie wtedy zostaliśmy odkryci. W pościg za nami razem z nazistami ruszyli polarni ludzie. Po dotarciu do tunelu postanowiliśmy ustawić przeszkodę, która miała opóźnić pościg na tyle, aby ładunki zdążyły wybuchnąć. Kilka ładunków umieszczono przy wejściu do tunelu i kiedy usłyszeliśmy eksplozję, wyraziliśmy nadzieję, że nie tylko baza została zupełnie zniszczona, ale również siły nieprzyjaciela. Okazało się jednak, że się myliliśmy. Ładunki rzeczywiście zamknęły tunel, ale naziści i polarni ludzie, którzy byli za nami nadal nas ścigali. W wyniku walki jaka się wywiązała, z naszego oddziału ocalało tylko trzech ludzi. Norweg naukowiec i ja. Po dotarciu do suchej doliny założyliśmy tyle ładunków, aby zamknąć ten tunel na zawsze. Po ich zdetonowaniu nie zostało po nim żadnego śladu. Co wydaje się podejrzane, ocalało bardzo mało dowodów na istnienie bazy. To czy zostały zgubione przypadkowo, czy też celowo, nie grało większej roli, ponieważ naukowiec już wcześniej ustalił, co i jak. Obóz został rozformowany i wróciliśmy do bazy w Maudheim, skąd zostaliśmy ewakuowani i zabrani droga powietrzną na Falklandy. Po dotarciu na Południowa Georgię otrzymaliśmy rozkaz, który zabraniał nam ujawniać cokolwiek z tego co widzieliśmy lub słyszeliśmy .”

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 22 kwie 2011, 6:05 
Odnosząc się do postu powyżej...

Fajna powieść ale Lovecraft dopracowałby jej szczegóły lepiej.
Kiedy dajesz takie cytaty musisz podać jej źródło i bibliografię.

Ale jak to często z powieściami bywa wykłada się na szczegółach.

W jednym miejscu pisze, że ocalały nadał komunikat a w drugim,
że jego radio zostało zniszczone i mógł jedynie czekać.

Podejście za pomocą traktorów śnieżnych zostało uznane za bardziej
efektywną metodę niż desant ze sprzętem w pobliżu? 32 kilometry
w jedną czy drugą stronę to jest nic dla samolotu transportowego.

Dalej, od kiedy to komandosi a już zwłaszcza brytyjscy ciągną zapałki
ponieważ boją się "wyczyścić" jakieś pomieszczenie? Jeśli wchodzą
do jakiegoś pomieszczenia wiedząc, że w środku jest przeciwnik
najpierw wysadzają drzwi i używają granatów błyskowych, hukowych
[mieli je już wtedy] i dopiero wchodzą ale nigdy nie robią tego pojedynczo
i w żadnej armii nie powierza się tego żółtodziobowi.
Na taką misję nawet by go nie wysłano.
I dlaczego dwa strzały kiedy do pomieszczeń używa się broni maszynowej,
ich ulubionymi maszynami były szybkostrzelne Steny.
Mam rozumieć, że ludzie z ubezpieczenia tak zgłupieli, że polarny małpolud
zdążył sobie pokicać aż do samego szczytu ściany doliny i zniknąć?
I dlaczeo polarny człowiek nie wrócił do swoich z bunkra który był
zamykany o środka, drugi ocalały nie zabarykadował go bo miał
w tym czasie kulić się w swoim bunkrze ze strachu.

Nic nie mówię ale brytyjski komandos wypatroszyłby "polarnego człowieka"
jeszcze w tym pomieszczeniu lub zrobił z niego sito a najpewniej jedno i drugie.
Jeśli nie on to ludzie z ubezpieczenia, w tej powieści nie było jakoś o nim mowy...

I taki kwiatek, wiedząc, że ich żołnierz jest martwy wysadziliby drzwi,
wrzucili do środka granaty i po sprawie. Gdyby chcieli go pojmać
żywcem to fakt czy będzie w jednym kawałku też byłby szczegółem.

I ostatnia rzecz, w jaki sposób umieścili ładunki wybuchowe na sklepieniu
oraz w najważniejszych i najbardziej strategicznych miejscach w bazie
w której według opisu roiło się od żołnierzy i personelu technicznego
wroga? Zwykle w takich miejscach ruch jest największy a wartownicy
stoją zawsze bez względu na to czy ktoś spodziewa się zagrożenia
czy nie. A mogli się spodziewać ataku po tym jak rok wcześniej
zlikwidowali całą grupę brytyjczyków. A najciekawsze jest to, że
zostali rozstrzelani z miejsca bo nikt nie wpadł na pomysł by ich
przesłuchiwać lub torturować w wypadku odmowy współpracy.

I mieli polegać na słowie czy też raczej warknięciu "polarnych ludzi",
że wszyscy zostali zlikwidowani, pojmani bo nie chciało im się
sprawdzić osobiście czy np. nie stanowili jedynie części większego
oddziału? Kiedy ktoś wysyła oddział w ważnej misji i traci z nim kontakt
to zwykle wysyła znacznie większy by dowiedzieć się co się stało.
I na koniec, przejścia do ważnych strategicznie miejsc są zwykle silnie ufortyfikowane
i zamknięte dla takiego ruchu turystycznego. Poprzednia próba infiltracji
powinna była Niemcom powiedzieć, że będą następne. Tego samego
dnia przeczasaliby cały ten teren na zewnątrz i wylegitymowali
każdego futrzaka gdyby się jakiś znalazł w promieniu stu kilometrów.


Przegrali wojnę militarnie ale nie z powodu głupoty, która w tej powieści ma ko[s]miczne wymiary.



Na górę
   
 
 
Post: 22 kwie 2011, 6:48 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Redimix pisze:
Odnosząc się do postu powyżej...

Fajna powieść ale Lovecraft dopracowałby jej szczegóły lepiej.
Kiedy dajesz takie cytaty musisz podać jej źródło i bibliografię.


dać żródełka w tym przypadku niemogę jest to wycinek postu na pewnym forum który pasuję tu jak ulał.
Co do prawdziwości tej opowieści wiadomo można tylko się czepiać ale przyznaj że czyta się wspaniale :)

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 22 kwie 2011, 7:46 
Fakt, fajnie się czyta chociaż do poziomu Lovecrafta i spółki trochę autorowi daleko.
Jednak jest to tylko powieść [ale chciałbym przeczytać całą mimo wszystko].
Błędy wskazujące dlaczego ta opowieść jest nieprawdziwa wyliczyłem powyżej.



Na górę
   
 
 
Post: 18 lis 2011, 10:38 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Ciekawie o nazistach http://wszechocean.blogspot.com/2011/11 ... zeszy.html polecam :)

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 19 mar 2012, 9:28 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 sie 2009, 9:19
Posty: 297
Lokalizacja: Wawa
Płeć: mężczyzna
Gdzie szukać nazistowskich baz na Szóstym Kontynencie?

Obrazek
Obrazek
Nazistowskie plany podboju Antarktyki z lat 30. XX wieku

Aleksander Smirnow


W roku 2010 ONZ przyjęła rezolucję potępiającą pochwalanie faszyzmu. Za nią nie głosowały jedynie USA, których delegaci twierdzili, że narusza ona ich konstytucję – a konkretnie prawo o wolności słowa…


W sierpniu 1938 roku, na terytorium Antarktydy, w rejonie Ziemi Królowej Maud zaczęła pracować pierwsza i historii Niemiec polarna baza nazwana Horst Wessel, którą przemianowano na Nową Szwabię.


Prawda zza zasłony dymnej?


Mówiąc o rozwiązywaniu tajemnic Szóstego Kontynentu nie można nie wspomnieć o tematyce istnienia sekretnych baz hitlerowskiej Kriegsmarine, które jakoby założono w latach II Wojny Światowej na terytorium Antarktydy. Do dziś dnia kursują legendy o tym, że w jednej z nich schował się sam Hitler, który uciekł z Europy w oceanicznym okręcie podwodnym, i że te bazy istnieją do dzisiaj… Jednym słowem, lodowy pancerz Antarktydy przekształcił się w urodzajną glebę dla hipotez, które publikują pisarze-fantaści.


Niemiecki badacz i pisarz Hans Ulrich von Krantz napisał dokumentalną książkę pt. „Swastyka w lodach. Tajna baza hitlerowców na Antarktydzie”.


Jednakże podobnie jak szukanie baz hitlerowców na Antarktydzie przypomina szukanie czarnego kota w ciemnym pokoju. Z tytm, ze tego kota dawno już tam nie ma…


Nasuwa się tutaj pytanie: czyż te wszystkie „sensacyjne” publikacje, „dokumentalne” filmy na ten temat nie są „zasłoną dymną”, za którą ukrywa się istota sprawy? W ten sposób odwraca się uwagę publiczności od autentycznych sekretów przeszłości, a być może i teraźniejszości.


Nieźle byłoby poznać obiektywne i bezstronne zdanie specjalisty-polarnika.[1]


Weteran Arktyki


Kapitan marynarki Michaił Władimirowicz Aleksandrow-Kołczak to weteran Arktycznego i Antarktycznego Instytutu Naukowo-Badawczego, oficer rezerwy Floty Północnej FR, uczestnik szeregu arktycznych i antarktycznych ekspedycji naukowych. Poza tym jest on wujecznym wnukiem znanego, „białego” czyli carskiego admirała A. W. Kołczaka – wysokiego urzędnika w rosyjskiej administracji i badacza Arktyki. Dziadek Aleksandrowa to kontradmirał Imperatorskiej Floty i rodzony wuj A. W. Kołczaka. Ale historia rodziny Michaiła Władimirowicza, to osobna historia. Spotkałem się z nim właśnie po to, by porozmawiać o tajnych hitlerowskich bazach pod Biegunem Południowym.


Aleksandrow poświęcił Antarktydzie wiele lat swego życia. Brał on udział w zestawianiu i redagowaniu pierwszego w ZSRR atlasu Antarktydy, który został wydany w Moskwie w 1969 roku. I nie tylko po prostu uczestniczył, ale także „zimował” i „latował” na Szóstym Kontynencie w latach 1966-68, rysując mapę polarnych krain, które przewędrował, za co został odznaczony orderem. Z tego właśnie tytułu, że zna on kartografię wybrzeży Antarktydy lepiej, niż swoich pięć palców, a w przeszłości był kadrowym oficerem Radzieckiej Floty, więc zadałem mu pytanie: czy możliwe było zorganizowanie długoterminowych baz nazistowskich na terytorium Antarktydy w latach 40. ubiegłego stulecia? Do tego takich, żeby tam w dniu dzisiejszym istniało ukryte przed Ludzkością tajne miasto potomków Hitlera i hitlerowców – Nowa Szwabia?


Nie ma hitlerowskich baz w Antarktyce…


- To bujna fantazja dziennikarzy – twardo ocenił to oficer-polarnik. – Nie ma żadnych „podlodowych miast nazistów” na terytorium Antarktydy, i być nie mogło choćby dlatego, że w czasie dokładnych badań Szóstego Kontynentu, bazy te z cała pewnością zostałyby ujawnione. Od końca lat 50. ubiegłego wieku, terytorium i akweny Południowego Kontynentu przeczesały setki morskich i lądowych oraz lotniczych ekspedycji. Ja sam byłem uczestnikiem 12. i 16. radzieckiej ekspedycji antarktycznej, a równolegle z nami pracowali tam polarnicy z Norwegii i Australii. Trudno sobie wyobrazić, by uczeni z różnych krajów byli tak solidarnie ślepi i milczący, i niczego by nie zauważyli i nie puścili pary z ust w czasie 50 lat, jest to po prostu niemożliwe.


Dam panu przykład. W rejonie mojej stacji antarktycznej Mołodiożnaja - 67°40’ S - 045°50’ E, z nieopisanym trudem zbudowaliśmy skład żywności – taką naturalną lodownię. Wybiliśmy niewielki „grób” w 20-metrowej litej skale, przy czym używaliśmy współczesnej techniki, której być nie mogło w czasie istnienia III Rzeszy. Oczywiście, hitlerowcy też mieli swoje możliwości – i tak np. pełne bezludzie w okresie wojny w latach 1938-48. Hitlerowcy posługując się materiałami wybuchowymi i używając lodu i skał do budowy, mogliby wybudować niewielką i tajną stację polarną w okolicy Ziemi Królowej Maud, którą oni nazwali Neuschwabenland – Nową Szwabią. Dzisiaj jest tam argentyńska stacja polarna San Martin - 68°06’ S - 067°06’ W. I nic ponadto. A na dodatek, to ta baza nie mogłaby funkcjonować po latach 40.


A skąd zatem narodziła się legenda o „tajnych bazach hitlerowców”? takie pogłoski pojawiły się w związku z tym, że U-bootwaffe der Kriegsmarine posiadały oceaniczne okręty podwodne, których zasięg był wystarczający do dopłynięcia do brzegów Lodowego Kontynentu. A jeżeli nawet inne U-booty dopłynęły do Antarktydy dzięki bazom pośrednim, to co one tam miały do roboty?


…ale mogłyby być na Ziemi Ognistej


- Być może bajkami o „bazach antarktycznych” obecni neonaziści usiłują odwlec uwagę publiczności od realnie istniejących tajnych baz – tzw. Vinet – znajdujących się na bardziej ciepłych wodach[2] - mówi dalej Michaił Władimirowicz. – Spróbuję hipotetycznie ustalić miejsca, gdzie one mogłyby być.


I tak np. zupełnie bezludna jest południowa część Ziemi Ognistej a także Georgii Południowej. W czasie II Wojny Światowej mogły tam dobijać duże niemieckie statki i U-booty, na rozładunek i dłuższy pobyt, remonty, uzupełnienie zapasów, itp. Z punktu widzenia hitlerowskiego kapitana Nemo, te duże wyspy są idealnymi miejscami do stworzenia właśnie takiej bazy. Proszę spojrzeć na mapę: Ziemia Ognista i Georgia Południowa mało kogo dziś obchodzi. Być może to tam właśnie powinno się szukać tajnych baz IV Rzeszy. A bajki o Antarktydzie rozpuszcza się w celu odwiedzenia ludzkiej uwagi od tych miejsc.


Poglądy Michaiła Aleksandrowa są całkowicie realistyczne. Dzisiaj dużo się pisze o powietrznych i morskich walkach, które miały miejsce w 1948 roku na antarktycznych wodach pomiędzy eskadrą US Navy a nierozpoznanymi okrętami, samolotami i latającymi dyskami – „spodkami”. Fakt istnienia nazistowskich eksperymentalnych i działających egzemplarzy takich latających maszyn – dyskoplanów – został oficjalnie przyznany. Ale kto udowodni, że na przechwycenie Amerykanów niemieckie okręty wyszły nie z baz na Antarktydzie, ale na Ziemi Ognistej i innych miejsc? Czy dyskoplany ze swastyką nie mogły poderwać się nie z Antarktydy, tylko z Ziemi Ognistej czy Georgii?


Wydaje się, że wersję polarnika Aleksandrowa można bardzo łatwo sprawdzić. Wystarczy ukierunkować poszukiwania amatorów na tereny przezeń wskazanych rejonów świata. Oczywiście nie obejdzie się to wszystko bez specjalnych trudności.


Mój komentarz


No niby wszystko jest OK., polarnik, oficer marynarki – słowem człowiek kompetentny i wie, co mówi. A jednak jest w tym wszystkim jakieś niedopowiedzenie. No bo owszem, niby na Antarktydzie baz nie ma i być nie może, ale już w Antarktyce jest to możliwe. Poza tym pozostaje otwarta kwestia niemieckiej emigracji do Ameryki Południowej, gdzie hitlerowcy żyli spokojnie i dostatnio, i właściwie NIKT – poza MOSSAD-em i KGB – ich nie niepokoił, ba! – pracowali na wysokich urzędach w administracji Juana Perona, Augusto Pinocheta, Alfredo Stroessnera i innych latynoamerykańskich zbrodniarzy. Poza tym w okresie Zimnej Wojny roztaczała nad nimi dyskretną opiekę amerykańska CIA. Powód oczywisty – ich wiedza na temat hitlerowskich siatek wywiadowczych we Wschodnim Bloku. Nie za darmo szefem BND został gen. Reinhard Gehlen – którego organizacja stanowiła przykrywkę dla ODESSA – organizacji byłych SS-manów, która dzięki Kościołowi katolickiemu przerzuciła kilkadziesiąt tysięcy gestapowców i SS-manów do Ameryki Południowej.


Zbrodniarze hitlerowscy przez odpowiednich agentów najpierw trafiali do miasteczek w południowych Niemczech, takich jak Oberstdorf, czy Garmisch-Partenkirchen oraz w Austrii, np.: Innsbruck, czy Klagenfurt, a także do okolicznych wsi położonych blisko granic z Włochami i Szwajcarią. Następnie odpowiedni agenci-przewodnicy przeprowadzali esesmanów przez Alpy. Po drugiej stronie granicy inni agenci ułatwiali zbrodniarzom dostęp do Watykanu, gdzie wystawiano im nowe dokumenty paszportowe. Ze względu na udział kleru katolickiego, a szczególnie franciszkanów trasę tę nazwano „Drogą klasztorów”. Kierowali się oni do domu przy Via Sicilia w Rzymie, będącym konspiracyjną stacją tranzytową, gdzie otrzymywali paszporty krajów niezależnych od aliantów, takich jak Argentyna czy Chile, a następnie drogą morską dostawali się do kraju, którego paszport posiadali. Proces ten koordynował Biskup Grazu Alois Hudal. Proceder ten opisał Szymon Wiesenthal.


Jeżeli chodzi o Hitlera, to ten mógł uciec z płonącego Berlina do Hamburga, a potem do Norwegii, skąd U-bootem przerzucono go albo do Ameryki Południowej, albo na Grenlandię – a dokładnie do Ziemi Peary’ego. Ciekawe, że nikt nie sprawdził właśnie tego kierunku. KGB do połowy lat 70., a zatem do możliwego fizycznego kresu Hitlera, który w roku 1975 musiałby mieć 85 lat, prowadził poszukiwania w Ameryce. Po prostu dlatego, że Rosjanie nie wierzyli do końca w wyniki śledztw i ekspertyz dotyczących losu Hitlera, stąd aktywność ich służb specjalnych w Ameryce Łacińskiej. Być może, i tego nie wykluczam, że celem KGB i GRU buło coś innego, a poszukiwania Hittlera były wygodną „przykrywką”? Tego też nie można wykluczyć.


Ciekawy jestem, czy poszukiwano go także na Grenlandii? Tego niestety nie wiem. Moje wątpliwości w tej materii wyłożyłem wraz z dr Milošem Jesenským w naszej pracy „Wunderland – Pozaziemskie technologie III Rzeszy”, Warszawa 2001. Sugerujemy w niej, że Hitler zdołał zbiec do Hamburga i stamtąd na Grenlandię, do kompleksu tajnych bunkrów zwanego Biberdamm gdzieś na Ziemi Peary’ego – w północno-wschodnim rogu tej wyspy. Wszystko zaczęło się od krótkiej notatki prasowej z 1938 roku:


Niemiecka marynarka wojenna może być dumna. Wybudowała ona dla naszego Wodza i kanclerza Rzeszy Adolfa Hitlera absolutnie niedostępny schron, który będzie bezpieczny przed wszelkimi wrogami.


Admirał Karl von Dönitz dla “Der Stürmer”, 17 VI 1938 r


Z tych dwóch zdań admirała wynika, że niemiecka Kriegsmarine przygotowała Hitlerowi absolutnie pewny schron.
W kilka dni później naczelny redaktor dziennika Wermachtu został zdjęty ze stanowiska i aresztowany przez Gestapo, po czym zaginął po nim ślad. Notabene przemówienie admirała Donitza do absolwentów szkoły oficerskiej cytowały wszystkie gazety, ale te przytoczone 2 zdania znalazły się tylko w „Der Stürmer”.


W czasie oblężenia Królewca (Kaliningradu) w ręce Rosjan wpadła plakietka kamienna z wyrytym napisem po łacinie i staroangielsku o następującej treści:


Relikwia owa jest tajemniczym i podziwu godnym dziełem, które przodkowie moi przywieźli tutaj z Armoryki do Małej Brytanii, a pewien święty kapłan poradził ojcu memu ją zniszczyć, jako że pochodzi od samego Szatana, który stworzył ją czarami i sposobem diabelskim, przeto mój ojciec rozbił ją na dwie części. Ale ja – Jan de Vincey – zachowałem obie te części nienaruszone i spoiłem je z powrotem w jedność. Było to w poniedziałek po święcie Marii panny A.D. 1445.


Ta tabliczka znajdowała się w zapieczętowanej kopercie z napisem GANZ GAIHEM – GEHEIME REICHSACHE. Poza plakietką i jej fotokopiami w kopercie znajdował się osobisty rozkaz Grossadmirała Donitza nakazujący wywóz tego dokumentu do ekstratajnej skrytki o kryptonimie Der Biberdamm.


Kluczowe pytanie brzmi: czym jest i gdzie się znajduje ekstratajna skrytka o nazwie Der Biberdamm (Bobrowa Tama), o której jest mowa w osobistym rozkazie dowódcy Kriegsmarine. Jej tropy wiodą w kierunku Arktyki.


Odpowiedzi na nie szukał czeski tropiciel zagadek lekarz i pisarz w jednej osobie – dr Ludvik Souček. Podążając tropem Bobrowej Tamy dotarł aż na Grenlandię – gdzie jak przypuszczał miała się znajdować Reichkanclei Zwei i kolejna Wolfschanze – niemal identyczna z tą, której ruiny możemy podziwiać w Gierłoży, koło Kętrzyna.


Z książki dr Součka wynikałoby, że Bobrowa tama istniała co najmniej od początku 1938 roku. Wybudowano ją na skalistym i niegościnnym (jak w wizjach jasnowidzów i odczytach radiestetów) wybrzeżu Grenlandii, a konkretnie na Ziemi Peary’ego, która jest wolna od lodów i znajduje się tuż przy płoni Great North East Water – jednym z niewielu wolnym od lodów akwenie Arktyki![3] Istnienie tych płoni (połyni) było zresztą jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic Zimnej Wojny, a informacje na ten temat zostały odtajnione dopiero po 1990 r.!


I w świetle tego, co on napisał, staje się jasne, jak był prawdziwy cel rejsu U-209 komandora Broddy. Nie chodziło tu bynajmniej o poszukiwanie Preariów i wejście do mitycznej Agarty! Marszruta U-209 była jednym z rutynowych rejsów Bobrowej Tamy na wybrzeżu Ziemi Peary’ego!


Hitlerowskie U-booty pływały tam i z powrotem, a łączność z nimi utrzymywał specjalnie zbudowany ośrodek radiołączności na Rugii, który udawał stację radiolokacyjną mającą na celu udowodnienie tego… że Ziemia nie jest kulista, czy nawet płaska, ale wklęsła! Niektórzy dali się na to nabrać i pisali nawet o szaleństwie Führera. Hitler nie był jednak głupcem ani szaleńcem, on po prostu szykował sobie drogę ucieczki.


Przecież zwłok Hitlera nigdy nie znaleziono w ruinach Berlina mimo ich gorączkowych poszukiwań przez NKWD/NKGB i GRU. Istnieje hipoteza, że U-boot z Hitlerem na pokładzie wyszedł z Hamburga pod koniec kwietnia 1945 roku i po zmyleniu straży Royal Navy, Home Fleet i US Navy przedostał się na północny Atlantyk. Następnie zanurzył się na granicy zimowych lodów, przepłynął pod nimi i wynurzył się nad wolnych od lodów wodach płoni Great North East Water. I tam zaszył się do swojej śmierci.


* * *


Dodajmy, że nie nagabywany przez nikogo… Tak czy inaczej, uważam, że sprawa ta jest nadal otwarta i nie zamkniemy jej, póki nie będzie stuprocentowego potwierdzenia, że bazy Hitlera w Antarktyce i Arktyce są albo mirażem, albo realną rzeczywistością. Trzeciego wyjścia nie ma…

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 46/2011, ss. 6-7.

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


--------------------------------------------------------------------------------

[1] Autor jest członkiem rzeczywistym Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
[2] Zob. L. Płatow – „Tajemniczy okręt podwodny”, Warszawa 1979.
[3] Tak było do końca lat 90., potem płonia ta przestała istnieć w związku z cofaniem się arktycznych lodów pod wpływem globalneg ocieplenia.

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 13 maja 2012, 10:53 
Offline
Globalny moderator
Globalny moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 maja 2009, 23:59
Posty: 1070
Lokalizacja: Poznań
Płeć: mężczyzna
phpBB [video]

_________________
Obrazek



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Post: 28 lut 2019, 20:45 
Offline
Provost and Judge * 7th Degree
Provost and Judge * 7th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 sty 2016, 23:40
Posty: 189
Płeć: kobieta
Odświeżam temat .Ciekawe informacje z kanału Tajemity

phpBB [video]


phpBB [video]



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 19 ] 

Strefa czasowa UTC [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Nowości Nowości Mapa Strony Mapa Strony Index Mapy strony Index Mapy strony RSS RSS Lista kanałów Lista kanałów | Powered by phpBB © 2007 phpBB3 Group