Zaloguj się
Nazwa użytkownika:   Hasło:   Loguj mnie automatycznie  
Dzisiaj jest 24 sie 2019, 14:59

Strefa czasowa UTC [letni]





Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: GANGAJI
Post: 24 lut 2015, 20:23 
Offline
Intimate Secretary * 6th Degree
Intimate Secretary * 6th Degree
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 kwie 2014, 21:43
Posty: 57
Płeć: mężczyzna
Polecam film z niezwykłą osobą jaką jest Gangaji czyli Merle Antoinette Roberson, która przekazuje prostą prawdę o naszym dostępie, natychmiastowym, do oświecenia i przebudzenia wewnętrznej istoty i obecności prawdy w nas. W każdym człowieku drzemie potencjał, który możemy wykorzystać wystarczy po niego sięgnąć. Spokój jaki bije od tej kobiety jest urzekający już podczas oglądania materiału, sami zobaczcie.
Strona Gangaji:
https://gangaji.org/

phpBB [video]


Krótka historia Gangaji:
Kres wszelkich wymówek
Tytuł oryginału: "The End of All Excuses"
Polskie tłumaczenie artykułu opublikowanego na stronie http://www.gangaji.org

Trudno powiedzieć, że jakiekolwiek wydarzenie z przeszłości przygotowało mnie na spotkanie z prawdą.
Nie otrzymałam duchowego wychowania, nie wpojono mi też żadnego szczególnego systemu praktyk religijnych. Pamiętam jedynie dwa znaczące zdarzenia, które – jak teraz widzę – miały naturę duchową. Obydwa wydarzyły się około szóstego roku życia. Wcześniejsze z nich związane jest z traceniem poczucia ciała. W niektórych momentach moje ciało stawało się wąskie niczym igła, by za chwilę nagle zniknąć. Innym razem rozszerzało się na cały pokój,
by w końcu również zniknąć. Doświadczenia te wspominam jako nieprzyjemne. Byłam nimi równie przerażona, co moja rodzina, która, uznając je za anormalne, zaprowadziła mnie do lokalnego psychiatry, który zapisał mi leki.

Innym razem zdarzało mi się doświadczać ciała jako pozbawionego rzeczywistej masy. To, co większość ludzi odczuwa jako stałe, ja postrzegałam jako coś płynnego i bezkształtnego. Gdy tylko pojawiały się te doznania, przyjmowałam przepisane mi lekarstwo, co przywracało moją “normalną” percepcję.

Z powodu problemów zdrowotnych, jedynie przez krótki czas uczęszczałam do znajdującej się niedaleko domu szkoły katolickiej. W tym czasie niespodziewanie zapałałam wielką miłością do religii katolickiej – do świętych, Chrystusa i Matki Boskiej. Chcąc oddać im cześć, dając ujście przepełniającej moje serce miłości, zaczęłam budować w swoim pokoju ołtarze. Dla moich rodziców ten sposób wyrażania pobożności był nie do zaakceptowania. Myślę, że nawet sama nie do końca rozumiałam własne postępowanie.

Ostatecznie wszystkie moje ołtarze zostały zniszczone, a ja otrzymałam jasny przekaz, że ten ekstatyczny sposób wyrażania miłości do Boga nie jest tolerowany – po prostu nie robiło się podobnych rzeczy w naszej klasie społecznej. W późniejszym czasie, mniej więcej w wieku lat jedenastu lub dwunastu, zdałam sobie sprawę, że jeśli oddam się tej pobożności, całkowicie poświęcając się Chrystusowi, mogę zadedykować moje życie służbie Bogu. To odkrycie przerażało mnie, gdyż, jak sądziłam, pragnęłam dla siebie zupełnie zwyczajnego i łatwego życia, bez wychylania się. Podjęłam więc wszelkie starania, by stłumić i zagłuszyć w sobie te uczucia miłości i rozmodlenia.

W południowej części miasta, gdzie mieszkałam, rozmaite grupy ewangeliczne od czasu do czasu przeżywały duchowe odrodzenie, ustawiając swoje namioty i kontynuując nauczanie. Gdy tylko dopuszczałam do siebie myśl o poddaniu się, którego domagało się moje serce, czułam obawę, że skończę w taki właśnie sposób: podróżując po całym kraju wraz z jedną z takich grup. Moja rodzina tego nie aprobowała. Tak żyli ubodzy, południowi Baptyści, a nie dumni anglikanie.

Obawiając się odrzucenia, odwróciłam się od tych potężnych uczuć miłości i uniesienia. Teraz widzę, że to zaprzeczenie stało się źródłem cierpienia, którego doświadczałam będąc dzieckiem. Wciąż próbowałam utrzymać w ryzach naturalną ekspresję boskiej miłości. Mogłabym obwiniać moją rodzinę za cierpienie, którego doświadczyłam, ale prawdą jest, że dość wcześnie dostrzegłam możliwość całkowitego wyzwolenia mojego życia i ofiarowania go czemuś znacznie większemu; już bez lęku poddawałam się tym wczesnym wołaniom serca.


Początek poszukiwań

W 1960 roku ukończyłam szkołę średnią i rozpoczęłam naukę na Uniwersytecie Mississippi. W tym czasie spotkałam mojego pierwszego męża – młodego mężczyzną z dobrego domu, studiującego medycynę. W 1967 roku wzięliśmy ślub i przeprowadziliśmy się do Memphis; w tym też roku przyszła na świat nasza córka. Osiągnęłam wówczas wszystko, co jest uważane za pełnię szczęścia i spełnienia: miałam cudownego męża, który był wspaniałym przyjacielem i ojcem oraz hojnym żywicielem, a także dobrze rozwijające się, pogodne dziecko. Wciąż jednak odczuwałam jakąś tęsknotę. Pomimo wszelkich zewnętrznych dowodów spełnienia, gdzieś w głębi wciąż czułam się nieszczęśliwa.

W kolejnych latach zaczęłam zauważać, że cała energia, którą włożyłam w kreowanie tak zwanego „normalnego życia”, była nieopłacalna i nie przynosiła mi tego, czego oczekiwałam. Zdałam sobie wówczas sprawę, że muszę całkowicie zwrócić się ku temu, czego prawdziwie pragnę. Nie wiedziałam jeszcze dokładnie, co to jest, ale miałam pewność, że musi nastąpić jakaś zmiana.

Pod koniec lat 60tych wraz z mężem włączyliśmy się w działalność związaną z prawem cywilnym oraz ruchem antywojennym tamtych czasów. Zaczęłam dostrzegać możliwość przeżywania życia, które wypełniało coś niewysłowionego, wypływającego z mojego wnętrza. Mój mąż skłaniał się ku sztuce, więc przekonywałam go, by poświęcał jej więcej czasu, niż praktyce lekarskiej. Na początku lat 70-tych przeprowadziliśmy się do San Francisco, gdzie rozpoczął naukę w Instytucie Sztuki.

Gdy przybyliśmy do San Francisco, uderzyła mnie naturalność bycia w tym mieście. Wysiadając z samolotu, czułam pewność, że znalazłam się we właściwym miejscu. Bardzo szybko wszystko zaczęło się zmieniać. Relacja z moim mężem naturalnie się zakończyła i wzięliśmy rozwód. W tym czasie stało się jasne, że to, czego szukałam, było duchowym rozpoznaniem i zaczęłam identyfikować siebie jako osobą prowadzącą duchowe poszukiwania. Wiedziałam, że musi istnieć więcej do „życia”, niż idealny mąż, właściwa praca, piękne dziecko czy szanowana pozycja społeczna.

Początek lat 70-tych był bardzo ciekawym czasem w Kalifornii. Wielu ludzi kwestionowało swoje pierwotne założenia dotyczące prawdziwej pełni
oraz tego, jak powinno wyglądać życie. Wydaje się, że nastąpiło pewne przesunięcie, w którym ludzi zaczęło przyciągać wewnętrzne pytanie o sens. Spędzanie czasu wśród osób podobnie myślących było cudowne i wspierające. Jestem niezmiernie wdzięczna łasce i tajemnicy, które przyczyniły się do zaistnienia w moim życiu tej zmiany.

W końcu znalazłam się w małym, nadbrzeżnym miasteczku, w północnej części San Francisco, gdzie zakochałam się w moim obecnym mężu, Elim. Mocno poruszyło mnie jego postanowienie odnalezienia wolności. Miał za sobą wiele duchowych doświadczeń i był szczerze oddany duchowym poszukiwaniom. Nasze spotkanie było bardzo mocne; rozpoznaliśmy w sobie prawdziwych duchowych towarzyszy, sprzymierzeńców na ścieżce.

Zaczęliśmy się interesować filozofią Wschodu, podejmując dosyć egzotyczną i fascynującą drogę. Do naszego miasta przybył tybetański mistrz, Kalu Rinpoche, który mianował Eli dyrektorem małego buddyjskiego centrum. Prowadziliśmy intensywne życie, wstając wcześnie rano i odbywając różne praktyki według tradycji tybetańskiej. Mimo przelotnych olśnień ku większej świadomości, wciąż coś nie zostało „przecięte”. Wszystko to było zbyt zwyczajne i ponownie zwracające moją uwagę w stronę cierpienia, zawracające mnie na stare ścieżki odnoszące się do moich doświadczeń.

W tym czasie, powodowana pragnieniem ostatecznego odcięcie się od wszystkiego, co przesłaniało mi widzenie prawdy, zaczęłam poznawać różne systemy psychologiczne. Psychologiczne rozważania zaprowadziły mnie do ważnych wglądów w moje doświadczenia oraz przyczyniły się do pogłębienia procesu samo-odkrywania, ale to właśnie chińska filozofia życia najbardziej przyciągnęła moją uwagę. Zaangażowałam się w Jogę Tao
oraz Tai Chi, aż w końcu rozpoczęłam studia nad medycyną chińską i zostałam akupunkturzystką.

Studiowanie medycyny chińskiej było bardzo ważne, ponieważ pomagało „przesunąć” mój zachodni, logiczny, linearny światopogląd w stronę czegoś bardziej związanego z energią i cyklicznością, czegoś bardziej niezależnego. Stałam się świadoma iluzoryczności oddzielenia i zaczęłam widzieć energetyczne połączenia pomiędzy ludźmi a rzeczami, transcendujące kulturowo uwarunkowaną rzeczywistość, którą byłam przesiąknięta. Miałam cudownego nauczyciela, który udzielił mi ważnej lekcji w związku z praktykowaniem akupunktury. Nauczył mnie schodzenia z utartych ścieżek. Zachęcił do nauczenia się określonych technik, poznania zasady pięciu elementów oraz przyswojenia punktów akupunktury, a później w końcu do „zejścia z drogi”. Dziś dostrzegam, jak znaczące było to nauczanie oraz jak bardzo służyło przygotowaniu mnie na wydarzenia, które miały nastąpić.

W tym czasie wspólnie z mężem przeprowadziliśmy się do Mill Valley, gdzie prowadziliśmy intensywne życie odnosząc zawodowy sukces. Zajmowałam się wówczas medycyna chińską, a Eli przyjmował klientów na konsultacje metodą Neurolingwistycznego Programowania. Mieliśmy małą klinikę w San Francisco i w naszym pojęciu zarabialiśmy dużo pieniędzy. Po jakichś pięciu latach, około roku 1988, oboje poczuliśmy się wyczerpani. Wiedzieliśmy, że coś było nie tak, coś się zagubiło. Zdaliśmy sobie sprawę, że rozczarowani duchowymi i politycznymi grupami, zwróciliśmy się ku bardziej materialistycznemu stylowi życia, którego przyjemność cieszyła nas jednak tylko do pewnego momentu. Szybko dostrzegliśmy, że nie zapewniało nam ono tego, czego ostatecznie poszukiwaliśmy.

Moja praca zaczęła mnie rozczarowywać i też dostrzegłam, jak bardzo utożsamiłam się z byciem uzdrowicielką. Mimo, że kochałam praktykowanie akupunktury, w owym identyfikowaniu się jako „uzdrowiciel”, wciąż wpadałam w pułapkę subtelnego przekonania o swojej nieomylności. Zobaczyłam również, że cały czas od czegoś uciekam. Chociaż udawało mi się pomagać ludziom, których spotykałam, moje działanie przestało mi się wydawać słuszne, wręcz stało się dla mnie ciężarem.

Zdecydowaliśmy się na sprzedaż domu, porzucenie karier zawodowych oraz przeprowadzkę na Maui. Już wcześniej byliśmy na Hawajach i bardzo odpowiadała nam prostota tamtejszego życia.

Mniej więcej w tym samym czasie wprowadzono nas w nauki enneagramu. Uznałam ten system za równocześnie potężny i prosty w jego odkryciach. Pomógł mi dostrzec, że różne sposoby, w jakie próbowałam definiować siebie – od tych najbardziej negatywnych do skrajnie pozytywnych, nie wyrażały tego, kim naprawdę jestem. Były one raczej schematami podkreślającymi strategie unikania pewnego rodzaju pustki i niewiedzy oraz śmierci egoistycznej identyfikacji. Gdy to dostrzegłam, pojawiło się esencjonalne rozczarowanie, które odsłoniło ograniczoność zdolności mojego umysłu do odkrycia i zdefiniowania prawdy o tym, kim jestem.

Poza enneagramem, który był częścią mojego życia, i którego Eli używał podczas swych warsztatów, zaprzestaliśmy zarówno wszelkich duchowych
i psychologicznych praktyk, jak również identyfikowania się z jakimikolwiek grupami politycznymi, duchowymi, terapeutycznymi czy innymi. Stało się dla mnie jasne, że utknęłam w martwym punkcie i zupełnie nie wiedziałam, w którą stronę się zwrócić.


Modlitwa o prawdziwego nauczyciela

Przez długie lata mojego życia poszukiwałam szczęścia – zarówno w typowym znaczeniu, jak również w „nie-typowym” znaczeniu duchowym. Będąc kobietą zachodu, czułam determinację, by odnaleźć drogę przekraczającą normalne uwarunkowania, jakimi stawiają czoło kobiety, szczególnie na południu. Przełamanie ograniczeń, których doświadczałam wewnątrz siebie i które dostrzegałam również dookoła, było dla mnie bardzo ważne. Pragnęłam wolności.

Powodowana tym pragnieniem, zaczęłam definiować siebie na sposoby, które, jak miałam nadzieję, mogły mnie doprowadzić do jakiejś mocy zdolnej ujawnić mi najgłębszą prawdę. Po ponad dwudziestu latach tej aktywności zdałam sobie sprawę, że niewątpliwie popełniłam jakiś znaczący błąd. Przeczuwałam istnienie jakiegoś kłamstwa, którego nie widziałam jeszcze wyraźnie i którego nie potrafiłam dokładnie zdefiniować. Rozpoznałam, że stale kontynuuję określony typ „myślowego kołowrotka”, w którym zastąpiłam jedynie starą definicję siebie, jako nieśmiałej dziewczyny z południa, nową definicją wyzwolonej kobiety z Kalifornii – wolnej, by robić to, na co ma ochotę, ale na najgłębszym poziomie wciąż nieszczęśliwej.

Byłam przekonana, iż odczuwam głębokie i szczere wewnętrzne wezwanie oraz że gdziekolwiek bym się nie zwróciła, mogłam odkrywać pokój
i rozluźnienie. W jakiś sposób, z rozpędu siły moich mentalnych uwarunkowań, odwracałam się od prostoty tego pokoju, rozpoczynając poszukiwania wciąż na nowo. W kosmologii Wschodu ten cykl nazywany jest reinkarnacją, na zachodzie można go określić jako depresję lub neurozę.

Przez wszystkie lata poszukiwań miałam wiele duchowych doświadczeń, jak również możliwość obcowania z wieloma wybitnymi nauczycielami
i systemami nauczania. Chociaż zdarzały mi się przebłyski oraz chwile błogości i pokoju, mocniej identyfikowałam się z moimi podstawowymi neurozami, niż z przebłyskami czystego, doskonałego istnienia. Wyraźnie potrzebowałam spotkać coś albo kogoś, kto byłby zdolny całkowicie usunąć błędną identyfikację oraz pomieszanie, których doświadczałam. Byłam sfrustrowana. Przebłyski pokoju i prawdy wydawały się krótkotrwałe, odkrywając wciąż kolejne warstwy poszukiwań i cierpienia. Zrozumiałam, że dotarłam tak daleko, jak tylko mogłam dojść sama. Wiedziałam, że muszę znaleźć prawdziwego nauczyciela, nauczyciela, który przeniknie głębię moich uwarunkowań i raz na zawsze wyprowadzi mnie poza ignorancję.

Udałam się na odosobnienie, gdzie gorąco i szczerze modliłam się o łaskę poznania prawdy. Modliłam się o jakiegoś nauczyciela, człowieka lub jakąkolwiek istotę, która byłaby zdolna przekazać mi tę prawdę. Nawet, jeśli wszystko, na co miałam nadzieję i w co wierzyłam, miałoby okazać się wielkim kłamstwem, nawet, jeśli pojęcie wolności i pokoju było jedynie mitem karmiącym ludzką nadzieję do czasu śmierci, chciałam się o tym przekonać. Nie podejrzewałam, co może wyniknąć z tej modlitwy.

Nigdy wcześniej nie pragnęłam wyruszyć do Indii i bez wątpienia nie czułam przyciągania do hinduistycznych ścieżek. Uważałam siebie za kogoś dalekiego od tego rodzaju skomplikowanej i bałaganiarskiej pobożnej miłości. Nasłuchałam się wielu historii wyznawców tej religii oraz ich nauczycieli
i rozwinęłam negatywny widok całej tej sceny. Uznawałam też za niedorzeczne, gdy ludzie powracali z innego kraju z egzotycznym, nowym imieniem. Jednak przemiana, jaka dokonała się w Elim po czasie spędzonym w obecności mężczyzny, którego czule nazywał „Papaji” oraz cisza, którą emanował Eli po powrocie od niego, wymazały wszystkie moje wcześniejsze wyobrażenia na temat tego, czego lub kogo potrzebowałam jako nauczyciela.

Kiedy spotkałam Papajiego po raz pierwszy, powitał mnie w drzwiach z otwartymi ramionami i błyskiem oczu emanujących prawdą, siłą i miłością. Od razu dojrzałam w jego oczach niezwykłą głębię realizacji i pewności, której nigdy wcześniej nie widziałam. Zakochałam się! Radość była widoczna wewnątrz mnie i wszędzie dookoła. Kiedy zobaczył moją reakcję, powiedział: „Wspaniale, bardzo dobrze. Jesteś we właściwym miejscu.” Przez jego pewność oraz siłę jego osobowości, rozpoznałam, że ma rację: znalazłam się we właściwym miejscu. To było bardzo szybkie rozpoznanie. Wydawało mi się, że od zawsze wołał mnie poprzez to wcielenie cierpienia i oto teraz pojawił się jako manifestacja głębokiej, wypływającej prosto z serca tęsknoty, ewolucyjnie prowadząc do rozwiązania mojego indywidualnego życia.

Nie chcąc tracić ani chwili dłużej, natychmiast zapytałam: „Papaji, powiedz mi, co mam zrobić? Jestem na to gotowa. Słysząc powagę mojego głosu, roześmiał się, mówiąc: „Wspaniale. Czy jesteś gotowa by nie robić nic?”

Na początku nie zrozumiałam znaczenia tych słów. Odparłam: „Dobrze, jestem gotowa, by nic nie robić, ale co powinnam teraz zrobić?” Odpowiedział: „Nie, chodzi mi o to, by nie robić nic.”

Wciąż prosiłam go: „Dobrze, rozumiem to, że nie mam niczego robić, ale…co mam zrobić?” Znowu się roześmiał, poklepując mnie czule po policzku
i powiedział: „Mówię ci, by zatrzymać wszystko. Zaprzestań wszelkich swoich technik zdobycia czegokolwiek. Rozpoznaj wszystkie swoje strategie osiągania czegoś i zatrzymaj je.”

Oczywiście, kiedy usłyszałam te słowa po raz pierwszy, rozumiałam je dosyć powierzchownie. Myślałam, iż chodziło mu o to, że jeśli mam ochotę coś zjeść, nie powinnam tego jeść; jeśli chcę się do kogoś uśmiechnąć, mam się nie uśmiechać. Kiedy raz jeszcze szybko przejrzał ograniczoność mojego rozumienia, w końcu pojęłam, że to, o czym mówi, nie ma żadnego związku z jedzeniem, uśmiechaniem się, spaniem, chodzeniem czy rozmawianiem. Chodziło o coś znacznie głębszego.


Lgnienie umysłu zostaje odcięte

Szybko zaczęłam zdawać sobie sprawę, że wiele moich życiowych aktywności wypływało ze starania się, by odkryć prawdę o tym, kim jestem. Nicią przewodnią ich wszystkich było kontynuowanie poszukiwań tej odpowiedzi na zewnątrz mnie. Jeśli utrzymywałam z kimś dobre stosunki, oznaczało to, że byłam kimś „dobrym”. Jeśli moje stosunki z innymi nie układały się dobrze, oznaczało to, że byłam kimś „złym”, kimś kto odnosił niepowodzenie w sferze związków. Jeśli moje duchowe praktyki układały się dobrze, był to„duchowy sukces”; jeśli miały się źle, wówczas raz jeszcze uważałam to za porażkę.

Podczas tych pierwszych kilku dni spędzonych z Papajim zostało mi pokazane, jak wielka część mojej umysłowej aktywności w ciągu dnia, nawet w ciągu godziny, koncentrowała się wokół poszukiwania jakiegoś punktu odniesienia w stosunku do tego, kim byłam i w jaki sposób. Jak na ironię, nawet wówczas, gdy otrzymywałam pozytywną informację zwrotną, że jestem kimś dobrym, prawdziwym czy rozwiniętym duchowo, wciąż byłam nieusatysfakcjonowana. W odpowiedzi na to, poszukiwałam nawet żarliwiej, rozwijając jeszcze doskonalsze i bardziej wyszukane strategie.

Papaji kazał mi zaprzestać wszystkiego, przekazując to w taki sposób, bym mogła go naprawdę usłyszeć. Doświadczałam prawdy emanującej z jego istnienia na głębszym poziomie, poziomie poprzedzającym słuszność używanych przeze mnie strategii oraz nieustannego podążania za myślami. Dzięki jego niezmierzonej łasce i poprzez tajemnicę łaski samą w sobie, w końcu byłam zdolna się zrelaksować i po prostu trwać nieruchomo. Gdy mentalna aktywność zaczęła zanikać, to, co pozostało, było głębokim spokojem. Kiedykolwiek doświadczałam tego spokoju w przeszłości, zawsze sądziłam, że wynikał on z działania jakiejś strategii. W chwili, gdy zaniechałam wszelkich strategii, zobaczyłam absurdalność samego myślenia, że cokolwiek, co kiedykolwiek zrobiłam, mogło doprowadzić mnie do tego głębokiego spokoju. Zrozumiałam, że przebłyski pokoju, których doświadczałam w przeszłości, pojawiały się tylko dlatego, iż nieustanne poszukiwanie oraz nawyk zdobywania, na chwile ustawały. W takich momentach wymykająca się wszelkim definicjom niewyrażalna błogość istnienia, mogła się uzewnętrznić.

Wcześniej, podczas naszego spotkania, Papaji powiedział: „Już jesteś wolna. Musiałaś jedynie przyjść do mnie po potwierdzenie.” Wówczas nie miałam pojęcia, co to oznacza. Odczuwałam, że zwyczajnie może to nie być prawdą. Widząc moją niepewność, powiedział: „Zatrzymaj się. Zobacz, kim jesteś. Czy to kiedykolwiek było uśpione? Jeśli nie, nie potrzebujesz się martwić o przebudzenie.”

Spędziłam tak wielką część mojego życia udając się do miejsc, gdzie miałam coś zdobyć, otrzymać więcej wiedzy, więcej zrozumienia lub czegokolwiek, co, jak sądziłam, mogło ukoić rozdarcie, jakie odczuwałam w głębi duszy. W końcu dowiedziałam się, że powinnam zatrzymać wszystkie starania dostania czegokolwiek. Jedynie poprzez spotkanie z Papajim byłam zdolna ostatecznie zrozumieć, że wszystko to, co próbowałam osiągnąć, znajdowało się we mnie od zawsze.

Przez następnych kilka tygodni po prostu przychodziłam na spotkania z nim. Czasami spacerowaliśmy razem po mieście i mogłam rozkoszować się błogością istnienia. Z każdą kolejną chwilą odczuwałam coraz większą miłość do tego niezwykłego Hindusa. Pewnego razu, gdy siedziałam na brzegu Gangesu, nagle pojawił się przy mnie. Nie zauważyłam jak do mnie podchodził i byłam zaskoczona oraz przejęta jego widokiem. W jakiś sposób odczytał w moich oczach, że zaczęłam odczuwać sentymentalne przywiązanie do niego. Nigdy nie miał problemu z przyjmowaniem jakichkolwiek wyrazów miłości, ponieważ wiedział, że miłość płynie od jaźni do jaźni. Jednak sentymentalne przywiązanie, które malowało się na mojej twarzy, było czymś całkowicie innym. Możliwe, że był to początek kolejnej strategii by spróbować coś utrzymać lub zatrzymać. Uśmiechnął się do mnie
i powiedział: „Spójrz wewnątrz i powiedz mi, kim jesteś?” Jak grom z jasnego nieba zostałam porażona rozpoznaniem: jestem tym, co kocham, tym co jest kochane, i równocześnie jestem poza tym wszystkim. Co za niezwykła chwila!


Wypalanie się starych definicji

Wkrótce po tym zapadłam prawdopodobnie na malarię, objawiającą się bardzo wysoką gorączką. Papaji przyszedł mnie odwiedzić i poradził: „Nie lecz jeszcze gorączki przy pomocy lekarstw. Pozwól jej płonąć. Jest coś, co musi się wypalić.” W tym 24-godzinnym czasie pojawiło się wiele iluzorycznych wizji, w których doświadczałam, jak się wydaje, wielu wcieleń. Doświadczałam siebie, jako owada. Doświadczałam siebie, jako wielkiego, silnego medytującego jogina. Doświadczałam siebie, jako samej istoty wielkiego kosmicznego wybuchu.

Następnego dnia Papaji powrócił do mnie i powiedział: „Dobrze. Teraz weź lekarstwo na malarię, pozbądź się gorączki i powiedz mi, co pozostanie.”
To było dla mnie potężne nauczanie, gdyż podczas wszystkich moich poszukiwań skupiałam się na szukaniu czegoś niezwykłego. Kiedykolwiek doświadczałam chwil „rozprzestrzeniania się”, chwil prawdy, desperacko próbowałam je zatrzymać. Podczas gorączki miałam wiele niezwykłych doświadczeń. Gdy gorączka się skończyła, wszystkie te doświadczenia zniknęły. Były one po prostu echem pamięci. Mogłam je przywołać, ale w swej istocie odeszły. Zostałam zmuszona by spojrzeć głębiej, niż kiedykolwiek wcześniej, na to, co pozostaje niezmienione przez wszelkie doświadczenia. Zaczęłam widzieć, że zarówno przez wszystkie lata mojego identyfikowania się z cierpieniem, jak też we wszystkich drogocennych momentach błogości, OBECNOŚĆ trwała nieprzerwanie, nie tknięta przez wszystkie te wrażenia. Ta esencja istnienia zawsze była/jest nienarodzona
i nieśmiertelna, pełna i kompletna, zawsze była tym, kim jestem. Niezależnie od wszelkich doświadczeń, które mogą się pojawić, istnieje podstawa egzystencji całkowicie nienaruszalna i nie poddająca się żadnym wpływom. Na to własnie mój nauczyciel zwrócił mi uwagę.


Ganga płynie na Zachód

Gdy upewnił się, że to rozpoznałam, był bardzo zadowolony. Następnego dnia powiedział: Śniłaś mi się dzisiaj w nocy i zobaczyłem, że Twoje imię to „Ganga”. Oczywiście byłam bardzo szczęśliwa, słysząc te słowa, ponieważ tak wiele ważnych darów przebudzenia pojawiło się na brzegach Gangesu. Powiedział: „Teraz już rozumiesz, co symbolizuje Ganga – oczyszczającą prawdę, która wypełnia krainę samo-rozpoznaniem i która jest twoją własną świadomością. Kilka dni później powiedział: „Chciałbym, żebyś wróciła na Zachód i dzieliła się Twoim doświadczeniem.”

Czułam się zaniepokojona myślą wyjścia do świata i przemawiania do ludzi. Powiedziałam mu: „Jak mam to zrobić? Nie sądzę, że jestem gotowa. Jeszcze nie przyszedł właściwy czas.”

„Nie potrzebujesz niczego wiedzieć” – odpowiedział. „Po prostu mów z poziomu Twojej realizacji.”

Gdy teraz myślę o tej rozmowie, jestem głęboko wdzięczna za jego kategoryczność w tym, by nie pozwolić moim myślom na pomniejszenie siły realizacji. Zrozumiałam, że to prawda: realizacja mówi sama za siebie. Prawdziwa realizacja jest czymś o wiele potężniejszym, niż ja czy cokolwiek,
co mogę czuć, myśleć lub w co wierzyć.

Wkrótce po tej rozmowie przyszedł czas aby opuścić Indie. Rano, w dniu, na który miałam zaplanowany wyjazd, pobiegłam do jego domu i weszłam
do środka, łamiąc wszelkie reguły .

„Papaji, nie mogę odjechać!” – powiedziałam. „Nie mogę cię opuścić. Wreszcie odnalazłam kogoś, kto zaprowadził mnie bezpośrednio, bezwzględnie
i niezaprzeczalnie do istoty prawdy. Nie mogę odjechać.”

Patrzył na mnie przez chwilę, a następnie powiedział: „To prawda. Masz rację. Nie możesz odjechać”. A później pokazał mi rozkład jazdy pociągów.
„…więc weźmiesz taki a taki pociąg, później wsiądziesz do samolotu i w ten sposób dotrzesz na Hawaje. Stamtąd dasz mi znać czy naprawdę jesteś w stanie gdziekolwiek odjechać”.

Na poziomie umysłu rozumiałam, o co mu chodziło: nigdy nie możemy być oddzieleni. Ale moje serce powiedziało: „Nie, nie mogę jechać. To nie możliwe, by odjechać, bez względu na to, jakie wzniosłe myśli podsuwa mój umysł”. A on wciąż powtarzał: „Jedź i powiedz mi: gdzie naprawdę jesteś? Gdzie naprawdę jesteś?”

W końcu odjechałam. Dotarłam na Maui, do raju, który teraz wydał mi się zupełną „dziurą”. Jedynie wspomnienie Indii przywracało mi poczucie raju. Tęskniłam, by znowu znaleźć się w łasce jego niezwykłej obecności, w strumieniu piękna, zgłębiając to, co się tam pojawiło. Pewnego razu, w środku nocy, poczułam się, jakbym była rzucana między ścianami pokoju, strapiona i zagubiona. Co mam uczynić? Czy wsiąść w pierwszy samolot i polecieć z powrotem do Indii? Czy może nie powinnam była kiedykolwiek wyruszać do Indii? Mój umysł wirował w szalonym kołowrotku myśli.

Wszystko to trwało aż do pewnej nocy, gdy bardziej za sprawą jakiejś tajemniczej łaski niż celowego działania, opuściłam go. (…)Czy gdzieś zniknęłam? Czy ta obecność nazywana „Papaji” gdzieś zniknęła? Odpowiadając zgodnie z prawdą, mogłam zobaczyć, że nie. Jestem tutaj. Wszystko jest tutaj. Gdy poddałam się tej niezwykłej obecności, nieporuszony spokój oraz bezkresna pełnia zostały mi szczęśliwie objawione.


Grom samorealizacji

Najmocniejsze wydarzenie po powrocie z Indii miało miejsce jakiś czas później. Pewnej nocy, w Kaliforni, rozmawiałam z Elim, gdy nagle, nie wiadomo skąd, zostałam porażona tym co można nazwać realizacją. Pamiętam to dosyć wyraźnie. Było to wydarzenie potężne niczym rażenie piorunem, jakby nagle cała planeta zderzyła się z meteorem, dokonując niezaprzeczalnego przesunięcia całej rzeczywistości. Trwało to krócej, niż sekundę, ale zupełnie zniszczyło świat, jaki był mi dotąd znany. W tamtym momencie wszystko objawiło się jako będące na swoim idealnym miejscu. Zrozumiałam, bez cienia wątpliwości, że prawda o tym, kim jestem, o tym, kim każdy z nas jest to pełnia istnienia. Ja, ty, to, oni, istnienie samo w sobie – istota wszystkiego jest ta sama. Indywidualny strumień umysłu, który nazywałam „mną”, okazał się być po prostu obiektem pojawiającym się w życiu, istniejącym jakiś czas i w końcu rozpływającym się z powrotem w całokształcie życia samego w sobie, niczym fale unoszące się przez chwilę na powierzchni oceanu i z powrotem zatapiające się w nim, zasadniczo nigdy nie będące od niego oddzielone.

Co uczyniło to określone doświadczenie tak dogłębnym i różnym od wcześniejszych to to, że przestałam kierować się wciąż ku osobistym odczuciom „mnie”. Nie miało to nic wspólnego ze mną jako indywidualną, oddzieloną świadomością. To, czego doświadczałam jako bycia „mną”, nie było oddzielone od ciebie, Papajiego, Buddy, Chrystusa, owada, drzewa czy jakiejkolwiek innej formy życia. TO pojawiło się poza sferą osobowości. Nie mam na myśli, iż było to bezosobowe w znaczeniu „puste” czy „powierzchowne”. To było i jest żywe, wibrujące życiem. Zniknęło jedynie „osobiste uwikłanie”. Nawet, jeśli była tam i jest wciąż, osobowość powiązana z tym konkretnym ciałem oraz poczucie „osoby”, w moim doświadczeniu jest to nieistotne w konfrontacji z prawdą. To jakby mój umysł rozdarł się i możliwość trwającego samo-wątpienia została zupełnie unicestwiona.

Realizacja nie zaczyna się i nie kończy w takiej chwili. To, co jest pojmowane we właściwym momencie, było tu obecne zawsze. Oto wielki kosmiczny żart: to, czego rozpaczliwie, szaleńczo i zawzięcie szukamy, zawsze było obecne, dokładnie tam, gdzie jesteśmy.


Zwyczajność przebudzenia

Dziś prowadzę zupełnie zwyczajne życie. Lubię spacerować czy obejrzeć dobry film, lubię smaczny posiłek, kocham przebywać wśród natury i często cieszę się aktywnościami świata. Zanim spotkałam Papajiego, każde działanie mojego życia była poszukiwaniem jakiegoś rodzaju samo-spełnienia czy samo-definicji. Czy było to poszukiwanie pokoju w naturze, w ekscytującej relacji czy przyziemnych „podnietach zdobywania”, było to zawsze poszukiwanie tego, kim byłam – przeważnie poszukiwanie pozytywnej odpowiedzi na to pytanie oraz uciekanie od negatywnej.

Obecnie zaprzestałam poszukiwań. Wiem i nieprzerwanie coraz głębiej każdego dnia zdaję sobie sprawę, że nic nie może mnie zdefiniować. Niezależnie od tego, jak wielka jest radość z przebywania wśród natury, jak bardzo harmonijne są moje związki, jak mocno zachwycające jest doświadczanie świata, ów wszechobecny obszar czystej świadomości, z którego wszystko to się wyłania, jest dużo wspanialszy głębszy i bardziej błogi.

Na zewnątrz moje życie wygląda tak samo. Eli wciąż jest moim mężem, Sarah jest dalej moją córką i częściowo znam te same osoby. Co się zmieniło, to to, że nie patrzę już na nikogo ani na nic jako na mające zaspokoić moje pragnienia. Wiem, czego pragnę i na szczęście to „coś” już tu jest. Było tu zawsze, ponieważ tym właśnie jestem.

Wielu ludzi pytało mnie, jak można zintegrować tę realizację z życiem codziennym. Moja odpowiedź zawsze brzmiała tak samo. Nie jest możliwe zintegrowanie prawdy z czymkolwiek innym, ponieważ prawda we wszystkim już istnieje i zawsze istaniała. Nie możesz zabrać bezmiaru nieskończoności i zintegrować go z jakimś obiektem życia, takim, jak dzień czy miejsce pracy. Oto, co możesz rozpoznać: że twoje życie już się
w TYM zawiera, że jest częścią integralnej całości. Wówczas każda sytuacja jest okazją do rozpoznania podstawy istnienia, która wszystko to podtrzymuje.


Koniec wszelkich wymówek

Zwracam Ci uwagę na to, na co zwrócił mi uwagę mój nauczyciel. Wykorzystaj tę chwilę, by zatrzymać „robienie”. Jeśli będziesz obdarzony wystarczającą łaską, by naprawdę usłyszeć głębię tego przekazu, choćby przez chwilę, możesz rozpoznać, że wszystko jest już „zrobione”. Jakakolwiek myśl o oddzieleniu, jakiekolwiek duże byłoby powodowane nią cierpienie, jest wciąż jedynie myślą. Oddzielenie musi być utrzymane, musi być pomyślane, musi być udowadniane i praktykowane, aby istniało. Bez tego podtrzymywania, doświadczenie oddzielenia znika.

Jakkolwiek wygląda twoje życie codzienne – czy jest to życie dedykowane służbie klasztornej, czy też życiu w samym centrum ziemskich zdarzeń – każdy moment jest okazją zrozumienia, kim jesteś. Prawdziwe badanie ujawnia, że jakiekolwiek ważne ograniczenia odczuwasz jako oddzielające cię od tego, kim jesteś, jakkolwiek wielkie czy małe, są one niczym innym niż, koncepcjami, które nie podtrzymywane aktywnościami umysłu przestają powodować cierpienie. Te koncepcje mogą zostać uwolnione, tak samo, jak ty, takim jakim jesteś, możesz lśnić swoim pełnym blaskiem. To jest zaproszenie, które przenoszę na ciebie.

To nie jest ścieżka prowadząca dokądkolwiek. To ścieżka, na której rozpoznajesz, że tendencja podążania gdzieś jest tendencją podążania za myślą. To jest ścieżka, która zatrzymuje cię na Twoich drogach, żebyś mógł bezpośrednio odkryć, kim jesteś.

W końcu nie istnieją już żadne wymówki. Podobnie jak ty, jestem stworzeniem z tej planety. Nie urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą. Nie dorastałam przy rozwiniętych duchowo rodzicach czy w oświeconym społeczeństwie. Wyszłam za mąż. Urodziłam dziecko. Żyłam zupełnie normalnym życiem.

Spędziłam większą część życia poszukując szczęścia na wszystkie znane mi sposoby, do czasu, gdy napotkałam wielką siłę, która powiedziała: „Zatrzymaj się! Porzuć to!” Dzięki jakiejś łasce powiedziałam „OK.” To jest też twoja łaska. Nie ma żadnej różnicy. Porzuć wszystko i wówczas ujrzysz to, co nigdy nie może zostać zagubione. Wtedy będziesz wiedzieć, gdzie jest prawdziwy dom i będziesz mógł naprawdę odpocząć.


Tłumaczenie z języka angielskiego: gangaji.pl

-- 13 wrz 2015, 14:25 --

phpBB [video]



Na górę
 Wyświetl profil  
 
 

UDOSTĘPNIJ:

Share on Facebook FacebookShare on Twitter TwitterShare on Tuenti TuentiShare on Sonico SonicoShare on FriendFeed FriendFeedShare on Orkut OrkutShare on Digg DiggShare on MySpace MySpaceShare on Delicious DeliciousShare on Technorati TechnoratiShare on Tumblr TumblrShare on Google+ Google+

 Tytuł: GANGAJI
: 24 lut 2015, 20:23 
Offline
VIP Member
Awatar

Rejestracja: 17 kwie 2009, 22:37
Posty: 10000
Lokalizacja: PL



Na górę
   
 
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 

Strefa czasowa UTC [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Nowości Nowości Mapa Strony Mapa Strony Index Mapy strony Index Mapy strony RSS RSS Lista kanałów Lista kanałów | Powered by phpBB © 2007 phpBB3 Group